Od ponad dwóch lat mamy w SDP kilkoro posłów. Możemy być dumni. Szczególnie z Krzysztofa Czabańskiego, bardzo nielubianego przez młodych dziennikarzy spoza naszej organizacji.

Jego kariera dziennikarska, redaktorska, wydawnicza i menedżerska jest nie do ogarnięcia jedną formułą. Grał te cztery role zawsze dbając o swój rozwój.

Nie udało mu się z „Expresem Wieczornym” i to wówczas - co za chichot losu – gdy został jego redaktorem naczelnym. Państwo w 1989 r.  przewracało się do góry nogami, a z nim oczywiście i gospodarka. Z dnia na dzień podrożały gazety, których było mnóstwo, a artykuły codziennego użytku, wcześniej trudno dostępne, zapełniały półki sklepowe, stragany, stoliki przenośne i łóżka polowe. Polacy woleli więc wydawać więcej na to, czego poprzednio nie mieli, niż na drogie dla nich gazety, zwłaszcza na popołudniówki, których era wyraźnie się kończyła. „Express Wieczorny” przejęła Fundacja Prasowa Solidarność i choć ta gazeta była przed zmianą ustroju nader popularna tudzież dobrze redagowana, zaczęła z przyczyn nade wszystko ekonomicznych tracić czytelników. Jarosław Kaczyński przekazał Czabańskiemu funkcję redaktora naczelnego spodziewając się zapewne, że uratuje pismo. W zespole „Expressu Wieczornego” doszło do rozbieżności, większość dziennikarzy uznała, że w zmieniających się warunkach cenowych pismo przetrwałoby być może jako dziennik poranny. Lecz doświadczony dziennikarz, redaktor naczelny, wydawca, menedżer był odmiennego zdania i nadal redagował popołudniówkę wbrew protestom znakomitej części zespołu, aż doprowadził gazetę do upadku. Frondyści z gremium redakcyjnego szybko i sprawnie utworzyli poranny „Super Express”, utrzymujący się na rynku do dziś.

Ale nic to. Czabański nie stracił zaufania Jarosława Kaczyńskiego ani swej inwencji i energii arywistycznej. Był prezesem Polskiej Agencji  Prasowej, tej wielkiej państwowej instytucji medialnej, z której przed paru miesiącami usunął prezesa Artura Dmochowskiego pod niewiarygodnymi dla opinii publicznej zarzutami braku bezstronności w kwalifikowaniu depesz do publikacji.  O tak - jak napisali młodzi dziennikarze około sześciu lat temu w proteście przeciwko kandydowaniu Czabańskiego na prezesa SDP wcześniej przezeń wyrzucani z różnych redakcji i wydawnictw - niefortunny z powodu irracjonalnego uporu redaktor naczelny „Expressu Wieczornego” ma skłonności do częstego pozbawiana pracy swych podwładnych.

Czabański prezesował również Polskiej Agencji Informacyjnej; w PRL pod nazwą Polskiej Agencji Interpress została powołana dla usłużnych dziennikarzy „w nagrodę za dobre sprawowanie”. W podobnych celach władcy PRL utworzyli Krajową Agencję Wydawniczą, pisma „Perspektywy” czy „Literatura na świecie”. Od początku pierwszego dziesięciolecia naszego wieku roku nie ma już, i dobrze, PAI. Za to Czabański objął prezesurę Polskiego Radia, gdzie zasłynął jako sprawny „czyściciel” personelu. Chyba wtedy część środowiska do reszty go znienawidziła

Wszelako nie miejsce tu na pisanie życiorysu zawodowego bohatera tej wypowiedzi, jego  biogram, zgoła renesansowy, jest bowiem z tymi czy innymi uproszczeniami lub głównie niedopowiedzeniami rozpowszechniany w internecie. W każdym razie w ostatnich latach rządów PO-PSL były redaktor i prezes PAP, PAI, PR etc. etc. trochę się błąkał. Coś tam robił w naszym stowarzyszeniu, ale za pieniądze stanowczo dla niego zbyt małe.

Prawdziwe eldorado otworzyło się przed nim po wyborach 15 października 2015 r. Jarosław Kaczyński, odzyskawszy władzę, jakby zapomniał o tym, że Czabański należał do ZMS, PZPR i o tym, co się przedsiębiorczemu dziennikarzowi-prezesowi nie udawało. Lider PiS nadal ufa jego kompetencjom, bezinteresowności i szlachetności. Sprawił przeto, iż nasz kolega z SDP znalazł się na poczesnym miejscu listy wyborczej, toteż torunianie obdarzyli go mandatem poselskim. Skoro tak, to po ukonstytuowaniu się Sejmu koledzy posłowie powołali posła Czabańskiego na stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Sprawowanie tej funkcji urzędniczej wymaga jednak sporo odpowiedzialnej pracy. A tego Czabański nie lubi, on jest do wyższych, dziennikarsko-menedżerskich i komercyjnych rzeczy stworzony. Toteż stanął na czele Rady Mediów Narodowych, powołanej jakby dlań specjalnie za dobre sprawowanie w  PiS.     

Opinia publiczna dowiedziała się, że zadaniem owej rady jest nade wszystko dostosowanie do aspiracji dzisiejszej Rzeczypospolitej Prawa Prasowego uchwalonego w roku 1984  z licznymi od tego czasu nowelami; inną ważną jej ustawową powinnością jest uregulowanie opłaty za korzystanie z odbiorników radiowo-telewizyjnych. Deliberowano nad tym (czytaj: nic nie robiono, oprócz pobierania pensji) przez prawie dwa lata i w końcu – góra porodziła mysz, tryb płacenia taki sam, jedynie tzw. abonament droższy o kilka  złotych. A ustawy medialnej (czy rzeczywiście koniecznej? W jakim celu – li tylko powiększania biurokracji, i tak już monstrualnej, tudzież wyrzucania pieniędzy… do kieszeni poslów-urzędników?) jak nie było, tak nie ma, identycznie brak jest unowocześnionego Prawa Prasowego.

Ile kosztuje owa inercja Rady Mediów Narodowych pod przewodem dziennikarza, redaktora, menedżera, prezesa Krzysztofa Czabańskiego? Jakie korzyści z tej instytucji ma społeczeństwo i państwo? Bo o profity osób ją tworzących nie wypada pytać? Od zawsze mamy, my Polacy, gest. Trwonienie beztroskie wspólnego majątku przez powoływanie różnych instytucji, fundacji, rad, komisji itp. to nasza specjalność narodowa, piętnowali ją przodkowie już w czasie Sejmu Czteroletniego.  

Niedawno Czabański udzielił wywiadu „Rzeczpospolitej”. Dziennikarz prowadzący rozmowę

zauważył, że audycje, programy i serwisy telewizji publicznej, niby spełniającej nakazy tzw. misji, są jakościowo złe i coraz gorsze. Czabański go ofuknął – przecież nie on jest od tego, żeby  kontrolować i oceniać pracę wydawców poszczególnych emisji. A kto lub co jest od tego ? Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji też nie zajmuje się warsztatem programów telewizyjnych, natomiast strzeże – teoretycznie - ich prawowierności.

Owszem, czasami na naszym portalu o programach telewizyjnych wygłasza opinie nasz kolega doktor medioznawcza Marek Palczewski. Lecz również abstrahuje od warsztatu, w którym pełno usterek, niepoprawności redaktorsko-dziennikarskich (niedawno pisałem tu - bez rezonansu! - o niektórych), natomiast również tropi niepraworządności, ale wobec ideologii lewicowej, bo jest jej wyznawcą. Nb. to ciekawy fenomen socjologiczno-polityczny, że wśród uczonych medioznawców zdecydowanie przeważają lewicowcy. Przed wielu laty, kiedy medioznastwo nazywało się prasoznawstwem i nie było jeszcze tak bez reszty jak dzisiaj w okowach ideologii lewicowej, stosowano metodę badań, zwaną skrótowo analizą zawartości czasopism. W tych eksploracjach sporo uwagi poświęcało się warsztatowi dziennikarsko-redakcyjnemu. Pod kierunkiem śp. prof. Mieczysława  Kafla imałem  się z naszym stowarzyszeniowym kolegą Jerzym Szejnochem niejednego takiego przedsięwzięcia. Czy  przeto kol. dr Marek Palczewski mógłby wskrzesić ten rodzaj badań warsztatowych przede wszystkim w odniesieniu do zawartości programów (emisji) telewizyjnych? Może  opublikowanie wyników takich analiz warsztatowych TVP1 doprowadziłoby, wbrew  szlachetnym intencjom lidera PiS, do zamiany prezesa Jacka Kurskiego na innego i nade wszystko obudziłoby z letargu nicnierobienia KRRiT, a także,  i  głównie, przewodniczącego Rady Mediów Narodowych?

Lecz nie można powiedzieć, że on jest całkowicie bierny. Niedawno rozmawiał z nim dziennikarz „Wiadomości” o zakazie… hodowli zwierząt futerkowych. Dlaczego poseł Czabański dbający z wysokiego urzędu o media narodowe, które powołane są do spełniania (teoretycznie)  misji, zajął się przed kamerami, de facto przed  całym społeczeństwem, tym tematem? Może w pobliżu jego domu ktoś ma farmę, która drażni powonienie naszego prześwietnego kolegi.

Najlepszym rozwiązaniem sygnalizowanego tu problemu braku oczekiwanych działań Rady Mediów Narodowych byłoby rozwiązanie tego ciała rządowego. Ale co wtedy zrobić z jej przewodniczącym o niespożytej dynamice arywistycznej? Wybrać go na prezesa Oddziału Warszawskiego SDP, bo stanowisko szefa ZG SDP jest już od listopada definitywne zajęte. Ze swym doświadczeniem zawodowym przydałby się Oddziałowi Warszawskiemu, a jaki  nadałby mu  prestiż, aż zazdrościłyby nam inne oddziały.

            Ale to, niestety, jedynie moje rojenia, żaden poseł ni czynny polityk nie może wchodzić w skład władz SDP. Czabański musi się więc dalej teoretycznie zajmować mediami narodowymi i praktycznie interesować się problemami hodowli zwierząt futerkowych. Miejmy jednak nadzieję, że znowu omami swym urokiem osobistym kogo trzeba i po koniecznej likwidacji synekury jak by dla niego pod nazwą Rady Mediów Narodowych stanie na czele powołanej przez rząd narodowej rady likwidacji farm zwierząt  futerkowych.

Genialna myśl – niszczenie to wszak druga po arywizmie maestria kolegi posła i jednocześnie wciąż jeszcze przewodniczącego Rady Mediów Narodowych. Ma jednak w tej dziedzinie wielką konkurencję ze strony posłów-urzędników państwowych. Musi się więc  bardzo starać, żeby w sztuce destrukcji nadal zachowywać pierwszeństwo. Bo w arywizmie nikt go nie prześcignie.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl