Zabił ją las. Lasek właściwie, nic wielkiego. I jedno jej spojrzenie na te zarośla. Spojrzała i bęc. W mgnieniu oka było po niej. Niesamowite. Gdybym nie był sobą, pewnie bym jej współczuł…

Akcja działa się w stołecznym sądzie, w małej salce, w zasadzie w takim pokoiku. Przed sędzią stała baaardzo znana celebrytka, która pozwała pewien tabloid o duże pieniądze uważając (słusznie, bądź niesłusznie), że on, ten tabloid, wziął i naruszył jej dobra osobiste. Sporne publikacje nie były żadnym tam hardkorem, ale nie stawiały jej też w wymarzonej roli świętej oraz godnej czci. Ot, kilka jej zdjęć na ulicy z pewnym panem i sugestią, że mają się ku sobie. Urażona celebrytka uważała publikację za niedopuszczalną ingerencję w jej życie prywatne. Z kolei przedstawiciele gazety byli zdania, że jakie prywatne, jak szlaja się z gościem po warszawskich ulicach oraz knajpach na widok publiczny wystawiając się chyba świadomie, nie? Ponieważ prawnicy nie mają najmniejszego pojęcia, jak precyzyjnie zdefiniować „dobra osobiste” (ale się nie przyznają, jak to prawnicy), bezwstydnie mówią, że „katalog dóbr osobistych jest otwarty”, żeby można było zawsze dopchnąć tam coś kolanem i coś tam w sądzie dorobić.

Sprawa była więc teoretycznie dość interesująca, ponieważ po raz kolejny dzięki tabloidom w polskim prawie pojawiał się problem, który mimo braku u nas precedensów, jakoś jednak kształtował orzecznictwo wcześniej w tym zakresie w ogóle nie istniejące. Przyjmując ten punkt widzenia, zasługi gazet popularnych (a także, nieskromnie mówiąc, moje) są dla polskiego orzecznictwa olbrzymie, choć, za szlachetne poświęcenia za życia człowiek jest wyłącznie potępiany i dopiero po śmierci może liczyć na uznanie (patrz np. Giraolamo Savonarola).

Wróćmy jednak do naszej małej sądowej salki, bo tam celebrytka dla pieniędzy udaje właśnie skrzywdzoną mniszkę. Głosem cichym, skromnym i natchnionym, spuszczając oczy na poplamioną wykładzinę mówi sądowi, jak ważne są dla niej wartości rodzinne, miłość, wierność, spokój i jak bardzo chroni ona zawsze swoją prywatność (słowo „prywatność” jeszcze tu powtórzę, bo się przyda). Sędzia to kupuje, widzę przecież, że kupuje tę jej gadkę, chociaż miłość, wierność i prywatność z tą akurat celebrytką to się nie widują osobiście każdego miesiąca. Sytuacja wygląda, więc na klasyczną: celebrytka za namową adwokata zgrywa świętoszkę, żeby od wydawcy gazety wydoić jak najwięcej pieniędzy. Taki teatr. Role ustalone, nikt tu do nikogo pretensji nie ma. Stojąca przed nami pani świetnie wypada w obcej dla siebie obsadzie, lecz nadciąga las! Nadciąga las! Choć nie jest to może Las Birnamski, to jednak dokona potwornych zniszczeń. Otóż adwokat reprezentujący tabloid w małej tej salce ze swoich papierzysk wyjmuje taki piękny kolorowy magazyn na lśniącym papierze. I go sobie kartkuje, a wszyscy widzą, i sąd widzi i celebrytka, no wszyscy widzą, bo przecież on tymi kartkami trochę hałasuje. Każdy widzi dokładnie każde zdjęcie, bo salka mała. A w magazynie nasza pani występuje sobie na golasa. Ale tak całkiem na golasa. Prezentuje to, co kobieta może zaprezentować w sesji niezwykle artystycznej na golasa. Wszystko. Żeby nie było wątpliwości, ja bynajmniej nie potępiam, no ja? No skąd? Jest więc pupa, są więc piersi i jest też kolorowy wzgórek Wenery, a na nim las, lasek właściwie, nic wielkiego. I jedno spojrzenie celebrytki na własne swe zarośla zmienia wszystko. Gwałtownie umiera mniszka, od jednego spojrzenia, po prostu ginie! W jej ciało wstępuje demon wykrzywionej , wściekłej jędzy wrzeszczącej do tego perfidnego, spokojnego adwokata: „Co pan tutaj ogląda?”. A w tego adwokata wstępuje akurat duch skromnego mnicha, który mając przed sobą las, pyta: „Więc twierdzi pani, że ściśle dba o swoją prywatność?”.

I rozpętuje się piekło, jak mnie się to podoba! Piekło jest takie dynamiczne. Pani wrzeszczy, sędzia ucisza, adwokat patrzy, a ja, ja sobie chłonę kolejną lekcję o naturze ludzkiej. Nie będę tu opisywać walk na korytarzu i jak przybiegła ochrona, bo przecież chodzi o coś innego. O to, że celebryci normalnie dorabiają w sądach grając swoje wyreżyserowane przez adwokatów fałszywe role, trochę kłamiąc, trochę naciągając i dzieląc się pieniędzmi z prawnikami. Kolejna gałąź polskiego przemysłu czy też mecenatu. Pani dostała jakieś pieniądze, ale dużo mniejsze, niż chciała, bo przecież wypadła z roli, zabita własnym lasem. I żeby nie było wątpliwości, nie mam zamiaru udawać Savonaroli (nie podobała mi się jego życiowa końcówka), ja po prostu znam zasady…  

Sławomir Jastrzębowski

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl