Po moskiewskiej nawałce pisałem, że i tak „ostanie się ino Boniek”. I to trwa. Również dlatego, że „kasta” sportowych dziennikarzy zależna od łaski pańskiej baronów sportowych nie podskoczy, bo zostanie im relacjonowanie meczy w Kłaju i Bzdzichkiszkach. A tacy głupi to oni nie są!

   Aż tu nagle spośród ślepych i głuchych, a najgorsze że tchórzliwych, wyrwał się dziennikarz sportowy z Gdańska, z „Dziennika Bałtyckiego”, Krzysztof Juras (20 bm) i napisał: „Prezes Zbigniew Boniek powinien się zastanowić. Czy jednak pośrednio też nie odpowiada za mizerię polskiego futbolu klubowego...”. Źródło wyschło – dodam – z piasku bicza nie ukręcisz!

   „Bońki” nie czują się odpowiedzialni za klęskę, po prostu wstydu nie mają. Rządzą nadal. Kupują byle co za granicą, a usłużni redaktorzy wmawiają, że to to gwiazdy. Są to na ogół zblazowane przystojniaczki, które znudziły się „na zachodzie” lub rozleniwiły po wylądowaniu w Europie uciekając z ukropu Afryki. Nic nie da prześwietlanie tych transakcji bo ci, którzy wiedzą, nie powiedzą w imię wspólnych geszeftów.

   Trzeba zacząć ab ovo. „Bońkowe” doświadczenia i pośrednictwo jest tu zbędne. Muszą to zacząć ci, którzy naprawdę kochają piłkę i swój kraj. „Bońki” mają koniunkturalne wyczucie. Jak to się może opłacić włożą nawet po meczu, do kamer, ruską koszulkę. Oczywiście są cwani i podkształceni. Nawet, jeśli nie najlepiej z ich artykułowaniem polskich samogłosek, uczą się szybko języków i z tupetem wrodzonym klepią komunały. Gawiedź tego słucha, czasem nawet mlaska z uznaniem. No, bo to po angielsku, włosku…

   Żyłem długo i znałem (bardziej znałem niż znam) wielu świetnych dziennikarzy, którzy – tak się im złożyło – zajmowali się sportem. Bo rzeczywiście dziedzina to wspaniała, czysta (przynajmniej powinna być i kiedyś przed erą narkotykową w dużej mierze była). Slogan „sport to zdrowie” to było dość prymitywne uproszczenie, ale z sensem. Podobnie, jak Wańkowiczowskie „cukier krzepi”. Dziś prześmiewcy z zapijaczonych stadionów dodają „wódka – lepiej”. Ale chamstwo rozzuchwala się wówczas, gdy nie spotyka się natychmiast ze zdecydowaną reakcją. I to też wina „bońków”, którzy ochoczo czerpią z reklam piwa, mającego tyle wspólnego ze sportem, co wrzask z muzyką.

   „Bońki” filmują się z kuflami, a bogobojny, ostry na mównicy sejmowej, poseł czerpie z tego zyski. Za straty - materialne i moralne – płaci państwo.

   Jako rzekłem, znałem wspaniałych propagatorów sportu, takich jak Bohdan Tomaszewski, Jerzy Tuszyński – którzy nie za bardzo się lubili, ale idolami byli; Jacek Żemantowski i Tomasz Hopfer; jak Maciek Biega, który towarzyszył kolarzom na trasie, jadąc obok na motorze; a także szef tygodnika „Sportowiec” Witold Duński oraz niezmordowany i wszechstronny dziś nestor - Tadeusz Olszański. Oczywiście niezastąpiony Jan Ciszewski, Wojtek Zieliński (ten od siatkówki z czasów Wagnera). Był też na wizji i fonii popularyzator lekkoatletyki i opiekun polskiej młodzieży w Grodnie Lech Skinder. Może to się nie podobać – niektórym – ale wspomnę dobrego organizatora Ryszarda Dyję, który jedną nogą stał w Białym Domu (dla młodych: wówczas siedziba wszech decydującej partii) a drugą w Telewizji Polskiej. Napisał na koniec życia książkę o piłce nożnej, ale chyba wstydził się ją reklamować. Gdzieś tam zaległa. Niemniej właśnie Dyja (choć wyrzucił Żemantowskiego) był ojcem chrzestnym Tomasza Hopfera. Do przejścia do najbardziej wówczas popularnego programu Telewizji Polskiej „Studia 2” namówił Tomka Mariusz Walter. Tomek stał się niekwestionowanym idolem. Podjął wielką ogólnopolską akcję biegania amatorskiego. Zmarł na początku stanu wojennego po odmowie pracy w TVP.

   Pisząc o Mariuszu Walterze trzeba przypomnieć, że zaczynał on w radiowej redakcji sportowej w Katowicach u Konrada Grudy („sportu blaski, sportu cienie, czyli  Gruda na antenie”). Walter, gdy wylądował dzięki Jerzemu Abramowiczowi u Macieja Szczepańskiego, okazał się prawdziwym skarbem dla Telewizji Polskiej. Dziś łączy się jego nazwisko z TVN-em. Talent dostrzegł menadżer Jan Wejchert i potrafił to wykorzystać. Pan Mariusz też naprawdę kochał sport, nie tylko pieniądze, ale hołota z Łazienkowskiej nie była dlań przychylna.

   Teraz już nie będzie nazwisk. Bo po co popularyzować karły i karakany. Przemijają, przeminą i nikt o nich nie będzie pamiętał. Szkoda, że raz po raz dobry, bardzo dobry piłkarz, awansuje na „prezesa”. To inny zawód. A potem totalna nawałka.

   Ale można to oczywiście łatwo zmienić, zapytajcie Waltera, Olszańskiego, albo – przepraszam za zarozumiałość – nawet mnie, jak to zrobić. Niestety u steru medialnego jest gorzej niż kiedykolwiek było. Ale są jeszcze konkursy. Byle były sprawiedliwe, a nie tylko poprawne technicznie.

Stefan Truszczyński

        

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl