Afera, jaka wybuchła wokół programu „Jaka to melodia”, to coś niezmiernie typowego dla telewizji „naszych czasów”. Owe „nasze czasy” to epoka zmieniania się form, funkcji, a także zasad funkcjonowania programu telewizyjnego. Już nie jest on po prostu przekazem medialnym – nałożono nań wiele innych funkcji, wiele „pobocznych” zadań do spełnienia. Owa „poboczność” ma często postać dość dziwną, by nie powiedzieć: kuriozalną.

   Oto np. pojawiła się kategoria, nazwana „infoszoł” – połączenie informacji i widowiska. I już nie wiadomo, jak traktować podawane tam informacje: serio czy z przymrużeniem oka?

   Był kiedyś teleturniej – dziś już nic się tak nie nazywa: TV-game, Infotainment… Dziwolągi.

   Wydawać by się mogło, że – tak czy tak – zasady to prawda i elementarna uczciwość. Dlatego dawna „Wielka gra” do dziś budzi zainteresowanie, bo szanowało się tam reguły.

   Tyle, że – według różnych telewizyjnych guru – taka formuła stała się… nudna.

   Jednym z takich guru jest od lat (dziś już nieco, ale, jak się okazuje, tylko „nieco” na bocznym torze) prezes Józef Węgrzyn. Jego firma – Media Corporation, jest producentem „Jaka to melodia”. Właściwie jednak należałoby powiedzieć „była” – po wybuchu afery TVP S.A. rozwiązała z nią współpracę.

   Józef Węgrzyn (ur. 1943) zaczynał od prasy. Poważny staż w PZPR spowodował, że – jako człowiek partyjnego zaufania – objął posadę redaktora naczelnego głównego rzeszowskiego dziennika partyjnego. Ale ambicje i zdolności szybko niosły go w górę. Bo już w r. 1975 był zastępcą redaktora naczelnego „Sztandaru Młodych”, o później naczelnym studenckiego tygodnika „itd.”

   Ale prawdziwą karierę zrobił Węgrzyn w TVP, z którą związany był zawodowo 16 lat (1980 – 1996). Zabłysnął koncepcją dwu nowatorskich programów – „TELEEXPRESSU” i „PANORAMY”. Stworzył również pierwszą polską telenowelę – „W labiryncie” (która wobec dzisiejszych telenowel była arcydziełem!).

   Przełomowy okazał się rok 1990. Węgrzyn opuścił definitywnie TVP i założył własną firmę producencką – Media Corporation. Ona to właśnie od początku była producentem „Jaka to melodia?” (tytuł angielski „Name that tune”) – programu licencyjnego. Węgrzyn kupił prawa do jego polskiej wersji od właściciela praw – Sandy Franka.

   Wszystko, co robił Węgrzyn, nosiło znamię jego medialnego temperamentu. Program musiał być żywy, dynamiczny, żadnej ciszy, żadnego namysłu, żadnych dłużyzn. Naczelną dewizą szefa „MC” było wezwanie: „Program musi żreć!” – czyli szybkość, dynamika, zmienność; niestety – czasem za cenę jakości lub… zdrowego rozsądku.

   Miałem okazję pracować czas jakiś w MC jako kierownik literacki, więc to i owo widziałem. Robiliśmy np. quizowy program o Warszawie pt. „Przypomnij sobie”. Wymyśliłem taką konkurencję: uczestnik dostaje wycinek planu miasta (na ekranie) z zaznaczonymi kilku punktami orientacyjnymi. Jego zadaniem było przewędrować „myszką” po ustalonej trasie, podając po drodze nazwy ulic, które się z marszrutą krzyżowały. Dość frapujące – wydawało mi się. Ale Prezes był innego zdania: „To nudne” - uznał. – „Długo trwa, a nic się nie dzieje”. I było po sprawie.

   W wypadku innego teleturnieju wiedzowego trzech zawodników miało w rękach piloty. Kto pierwszy znał odpowiedź, naciskał przycisk, pilot buczał i świecił się. Ale gracze byli „słabi”, niewiele wiedzieli, więc piloty buczały rzadko i najczęściej pojedynczo. A Prezes chciał, by widać było walkę, by piloty buczały i migały niemal równocześnie. Wtedy program „żarł”.

   Czyż w tej sytuacji można się dziwić, że w „Jaka to melodia?” dawano uczestnikom listy z tytułami piosenek, których gracze mieli się nauczyć na pamięć? Wtedy wszystko migało i buczało, a wygrywał ten, który miał… najlepszą pamięć…

   Przygrywką do takiego pomysłu był inny z programów, przy którym pracowałem. Materiał do pytań wynajdowaliśmy w „Kronice Warszawy”. Potencjalni uczestnicy nie bardzo miasto znali (choć byli warszawiakami!), toteż program „nie żarł”. Węgrzyn, niezadowolony, powiedział do nas: „Dajcie im tę książkę z zaznaczonymi miejscami, skąd bierzecie pytania, niech się nauczą na pamięć”…

   I to by właściwie było „na tyle”. Okazuje się, że świat poszedł naprzód, a metody Prezesa pozostały te same.

   I jak tu się dziwić, że gracze w „Jaka to melodia?” odgadywali tytuły piosenek po jednej nucie? Kto wie, może można by dojść do ideału: odgadywania bez jakichkolwiek dźwięków? W końcu potrzebna jest tylko dobra pamięć…

Wojciech Piotr Kwiatek

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl