Pyta fryzjer, widząc łepetynę pokrytą posiwiałymi włosami. Oczywiście strzyżenie, ale broń Boże do gołej skóry, bo taki zabieg mógłby obnażyć niedostatki kształtu czaszki; cofniętą potylicę przestępcy, pochyłe czoło jaskiniowca lub „matematyczne” guzy i pamiątki po różnych zabronionych przygodach. Farbowanie zaś ma to do siebie, że prędzej czy później prawda wychodzi na jaw, a stara gęba głupio się tonuje z młodzieńczym uwłosieniem. 

  Fryzjerskie rzemiosło nie dorównuje oczywiście zasobem wiedzy i umiejętności dziennikarstwu, ale - tak jak nasz zawód – jest ostatnio zagrożone. Na skutek ogólnej relatywizacji – fryzjerem może być każdy, kto tylko poczuje powołanie i otworzy działalność gospodarczą. Skutkiem tego cieniowanie włosów stało się retro i jako takie nie obowiązuje, więc większość mężczyzn nosi włosy wyschodkowane.  Na moje szczęście madame, która mnie strzyże ma dyplom mistrzowski, przez pół wieku zajmowała się fryzjerstwem, więc jestem dobrze wycieniowany.

   W naszym zawodzie również nie zanadto liczy się obecnie odpowiednie wykształcenie i praktyka. Autorytetami są dyrektorzy z radia, telewizji lub wiodących reżymowych i opozycyjnych czasopism oraz członkowie KRRiT i Rady Mediów Narodowych. W ostateczności ci, którzy w swoim czasie załapali się na bezpieczne posady na dziennikarskich czy medioznawczych wydziałach najrozmaitszych uniwersytetów.  Dodajmy do tego  prezesów i właścicieli mediów, którzy w ogóle nie muszą mieć jakiegokolwiek rozeznania, bo dysponują kasą.

   Kiedy na konferencjach dotyczących statusu zawodu dziennikarza, na zakończenie dyskusji członkowie prezydium składającego się z notabli tego pokroju udzielają fachowych „wyjaśnień i odpowiedzi” w sprawach natury deontologicznej (że powinno się jednak cieniować przy strzyżeniu i wiedzieć kiedy farba, a kiedy golenie), to - z całym szacunkiem dla ich organizacyjnych i politycznych umiejętności - ta formuła oraz ich naiwne rady w odniesieniu do zaawansowanego w zawodzie gremium pobudzają mnie niezmiennie do śmiechu. Bo przecież najlepiej strzyże, pardon, przedkłada informację, komentuje wydarzenia lub potrafi dogodzić odbiorcom dziennikarz, który przez wiele lat pracuje w pierwszej linii kontaktu z nimi i oprócz odpowiedniego wykształcenia, ma po prostu talent.

   Nie tyle zatem należałoby zajmować się nawoływaniem do rzetelnego, sympatycznego i sprawnego pisania, co tworzyć ramy, w których taki stan rzeczy staje się oczywisty. Etyka ma z tym niewiele wspólnego. Człek, który całe nieledwie życie machał piórem (klawiaturą to posługuje się przecież „byle” informatyk lub organista), na pierwszy rzut oka rozpoznaje intencje i podejście swoich kolegów do tematu. Bez względu na formę wypowiedzi autora nie da się w niej ukryć stopnia zaangażowania w poszukiwaniu prawdy, podlizywania się władzom, kibicowania jedynie słusznej racji, karmienia własnych kompleksów, braku znajomości tematu, bylejakości, braku wyobraźni lub najzwyklej – zmysłu smaku. Ale to nie  obniżenie poziomu przeświadcza o zagrożeniu zawodu upadkiem, więc utyskiwanie na tego rodzaju postępowanie do niczego nie prowadzi. Tak samo, jak nie mają większego znaczenia różnice światopoglądowe. Posługujemy się różnym smakiem i odmienną logiką w ocenie wydarzeń i komentarzy im poświęconych. Ja na przykład uważam, że skojarzenie „dnia świra” z portretem posła Jarosława Kaczyńskiego należałoby rozpatrywać w kategoriach rozumowych, a nie zmysłowych. No, bo tam gdzie w grę wchodzi realizacja logicznie pomyślanej wizji, to bez względu na nasz do niej stosunek musimy włączyć umysł, a nie zmysły ze smakiem włącznie. Natomiast pan Antoni  Macierewicz - okazujący przy każdej okazji, albo i bez tejże, płomienny patriotyzm i niesłychanie żarliwe przywiązanie do wiary – niczym nie urąga postaci fanatycznego taliba i odwrotnie. Ocena tego, jakie wartości obie te postacie prezentują zależy od geograficznego umiejscowienia. Logika w tym przypadku zawodzi - pozostaje smak. Na antypodach tych rozważań i odczuć usadowiłbym jednak wiadome rewelacje pewnego medium na temat syna premiera Leszka Millera. Budzą bowiem one we mnie odruch wymiotny.

   Oczywiście,  dobrze by było, aby niektórzy z niewątpliwych mistrzów publicystyki, których jest bez liku w naszym stowarzyszeniu, zastanowili się czasami przed przystąpieniem do napisania artykułu, czy zamierzają jego temat wygolić do cna, jak fryzjer czyjąś czaszkę,  ufryzować go przemyślnie, tak żeby się przynajmniej mile czytało, czy też podkoloryzować, aby ukryć w ten sposób zbyt odważne myśli. Jednakże, skoro chcielibyśmy poważnie podejść do sprawy, to należałoby przede wszystkim objąć zawód dziennikarza ochroną wynikającą z ustawy, zastrzegając prawnie odpowiedzialność wszelakiego rodzaju kierownictwa z administracją państwową włącznie za jakiekolwiek straty, na jakie mogłyby one narazić osobę wykonującą czynności, do których upoważnia ją sprawowanie zawodu. Czyli przyznać dziennikarstwu  status związkowy lub korporacyjny

   Niezmiernie  się cieszę, że rzuconą jakiś czas przeze mnie propozycję w tej mierze  podniósł ostatnio ktoś taki, jak Jerzy Kłosiński, wieloletni szeregowy dziennikarz czasu  niepodległościowego podziemia, potem najdłużej kierujący Tygodnikiem „Solidarność” redaktor naczelny, wiceprezes  Polskiego Radia i wiceprezes SDP. Człowiek, który rozumie i czuje problem z różnych stron.  Zgadza się, że potrzebny jest status korporacji.

   Oczywiście nikt nam takiego statusu nie przedłoży na tacy. Demokratyczna święta trójca rządzących nie wykreuje sobie czwartej władzy. Sami musimy wywalczyć tę pozycję. A bez względu na różnice światopoglądowe lub nawet polityczne całe środowisko dziennikarskie tego by chciało.

   W rozmowie z amerykańskim dziennikarzem prasy lokalnej poruszyłem niegdyś temat straty pracy spowodowanej poglądami lub wyrażeniem opinii niewygodnych dla redakcji czy nawet rządu stanowego.

   - Ależ każdy marzy o tym, żeby go za coś takiego wylali z roboty!  -  Zakomunikował mi  rozmówca. -  Prawnicy związkowi wynegocjowują podówczas milionowe odszkodowania bez uruchomienia trybu procesowego.

   Między innymi dlatego lubię USA, że  wolność człowieka gwarantują tam po równo własny karabin i konstytucja.

Jerzy Terpiłowski

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl