„Studio YAYO reaktywacja” – to było najecelniejsze określenie piątkowej debaty kandydatów na prezydenta Warszawy, jakie znalazłem na Twitterze (gratulacje dla pana @Obora_grzes za lapidarne ujęcie sprawy). Przy czym kultowe „Studio YAYO” było jednak spójniejsze i czytelniejsze.

   Już po paru minutach „debaty”, transmitowanej jednocześnie przez TVP, Polsat News i TVN24 oraz prowadzonej przez dziennikarzy tych stacji, było jasne, że przyjęte zasady i format są kompletnym nieporozumieniem. Przy 14 kandydatach (o niektórych większość widzów, w tym ja sam, słyszała zapewne po raz pierwszy), absurdalnie krótkim czasie na wypowiedź i braku możliwości ripostowania, rzecz faktycznie przypominała kabaret. Wypowiedzi liczących się kandydatów ginęły wśród dziwacznych elukubracji kandydatów folklorystycznych. Dlatego słowo „debata” należy brać za każdym razem w cudzysłów. Całość miała bowiem z prawdziwą debatą wyborczą tyle wspólnego co sylwestrowa petarda z głowicą nuklearną.

   Dziennikarze prowadzący „debatę” podkreślali wielokrotnie, że jej format i długość wypowiedzi kandydatów są wynikiem wspólnych ustaleń. Można się domyślić, że „wspólnych” znaczy tyle, co między trzema telewizjami i przede wszystkim dwoma głównymi kandydatami. Ostateczny rezultat jest jednak bardziej porażką mediów niż kandydatów.

   Po pierwsze, spośród 14 kandydatów jakiekolwiek znaczenie miała najwyżej połowa (Jaki, Trzaskowski, Jakubiak, Glusman, Śpiewak, Rozenek, Wojciechowicz), a i tak dla wszystkich musiało być jasne, że interesująca byłaby tak naprawdę jedynie debata Jakiego z Trzaskowskim. To jednak nie było możliwe, choćby dlatego, że głównym organizatorem była Telewizja Polska, a ta nie mogłaby wybrać sobie uznaniowo dwóch czy siedmiu kandydatów spośród startujących. W tej sprawie nie sposób nawet oprzeć się na sondażach, ponieważ autorytet ośrodków demoskopijnych w Polsce jest zerowy, wyniki badań są przedmiotem ostrych sporów i trudno byłoby tu znaleźć przejrzyste i możliwe do zaakceptowania dla wszystkich kryteria.

   Inna sprawa, czy gdyby debatę tylko Jakiego z Trzaskowskim postanowiły zorganizować komercyjne telewizje, kandydaci by się na to zgodzili. Ale tylko w takim formacie można by rzeczywiście mówić o starciu dwóch wizji miasta – i to zapewne także wszyscy zaangażowani w organizację „debaty” rozumieli.

   Przy 14 uczestnikach (i trojgu dziennikarzy) czas wypowiedzi musiał być drastycznie ograniczony. Przekonaliśmy się więc naocznie, że zdecydowana większość uczestników życia politycznego na dość jednak wysokim szczeblu ma tak słabe przygotowanie medialne, że nie są w stanie powiedzieć czegoś zgrabnego, zapadającego w pamięć, stanowiącego z grubsza odpowiedzi na zadane pytanie i mieszczącego się w 45 sekundach. W większości przypadków idealnie zmieścił się w czasie jedynie Jakub Stefaniak, kandydat PSL. Może dlatego, że przez lata pracował jako dziennikarz mediów elektronicznych.

   Po drugie – nie da się w tym wypadku pisać słowa „debata” bez cudzysłowu, bo samo pojęcie debaty zawiera w sobie możliwość odnoszenia się oponentów do swoich tez i wypowiedzi. Tu taka możliwość niemal nie istniała, poza dostępnymi dla każdego 30 sekundami, do wykorzystania w dowolnym momencie. Uczestnicy wykorzystywali zatem czas na odpowiedzi na to, żeby odnosić się nawzajem do swoich stwierdzeń, co potęgowało zamieszanie. Dziwne, że nie zgodzono się na choćby jedną turę pytań do siebie nawzajem. Co i tak nie oznaczałoby, że mielibyśmy do czynienia z prawdziwą dyskusją.

  Po trzecie – odbiorca nie miał szans wyłowić jakiejkowiek spójnej opowieści z chaosu kandydatów, pytań dziennikarzy i odpowiedzi, przypominających często oświadczenia. Jedyne, co mogło zapaść wyraźnie w pamięć, to oświadczenie Patryka Jakiego, że w razie wygranej zrezygnuje z członkostwa w Solidarnej Polsce (przy tej okazji wielu widzów mogło zadać sobie pytanie, co to jest ta Solidarna Polska).

   Można się oczywiście domyślić, czemu całość wyglądała w taki sposób. Swoje warunki narzucili stacjom telewizyjnym najważniejsi kandydaci, bez których „debata” nie miałaby sensu; do tego doszły powinności telewizji publicznej (konieczność zaproszenia wszystkich kandydatów); do tego nieufność między sztabami Jakiego, Trzaskowskiego i paru innych kandydatów – a wszystko to trzeba było jakoś pogodzić i spiąć. Wyszło danie całkowicie niestrawne, o walorze wyłącznie kabaretowym, a chyba nie o to chodziło.

   No i żenujący wręcz warszawocentryzm. Dlaczego trzy wielkie media uznały, że powinny uraczyć widzów w całej Polsce „debatą” kandydatów na prezydenta Warszawy, przy całym znaczeniu stołecznych wyborów – nie wiem. Można by to jeszcze jakoś zrozumieć, gdyby zaplanowana była choćby debata ogólnopolskich komitetów wyborczych, ale niczego takiego w planach nie ma. W rezultacie 95 procent widzów otrzymało dyskusję kompletnie dla nich bez znaczenia, bo przecież wybory prezydenta są silnie spersonalizowane. Jeśli komuś w Gdańsku spodobał się Trzaskowski, to nie znaczy, że zagłosuje na Wałęsę, a jeśli ktoś w Krakowie był pod urokiem Jakiego, to nie znaczy, że odda głos na Wassermann.

   Jak nazwać podejście wszystkich trzech stacji telewizyjnych do kwestii „debaty”? Powiedziałbym, że to medialny oportunizm. W tego typu przedsięwzięciach zawsze interes mediów ściera się z interesem uczestników – choć jest też część wspólna. Tą częścią wspólną jest chęć zaprezentowania się odbiorcom. Mediom zależy na tym, żeby przyciągnąć widzów i wiedzą, że to mogą zapewnić główni kandydaci lub przedstawiciele najważniejszych ugrupowań (nie tylko w wyborach lokalnych – w każdych), kandydatom zależy zaś na tym, żeby się pokazać. Starcie interesów zaś dotyczy tego, że kandydaci chcą to zrobić w sposób dla siebie najwygodniejszy i najbezpieczniejszy, co z kolei nierzadko stoi w konflikcie nie tylko z medialną atrakcyjnością widowiska, ale i z jakąkolwiek jego użytecznością dla odbiorcy.

   Chciałbym, żeby media – przynajmniej te, które wciąż dostrzegają, że ich rolą jest krytyczne podejście do polityków i przepytywanie ich w imieniu swoich odbiorców – w końcu się postawiły, uznając własne zobowiązania wobec widzów, czytelników czy słuchaczy za ostateczną granicę ustępstw. Życzyłbym sobie na przykład, żebym przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku mógł obejrzeć debatę kandydatów – nie wszystkich 25 czy ilu ich tam będzie, ale jedynie w oczywisty sposób najważniejszych – nieprzypominającą przepytywania przez panią dzieci w przedszkolu, ale będącą prawdziwą konfrontacją wizji, argumentów, a pewnie i zgrabnych chwytów piarowych. Ale to ostatnie jest również częścią polityki.

   Zaś o piątkowej „reaktywacji Studia YAYO” lepiej jak najprędzej zapomnijmy.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl