Początek lat 70. Do Warszawy sprowadzono nowe tramwaje z Chorzowa. Opływowe kształty. Inaczej zagospodarowane w środku. Lśniące, świeżością pachnące. Ale okazało się, że prądożarłoczne. Gdy jednocześnie wyjechało ich kilka na Marszałkowską - wysiadły podstacje. Za duże było obciążenie. Miasto stanęło. Ludzie nie dojechali do pracy.

   Byłem reporterem w Standarze Młodych, w dziale miejskim, właśnie od transportu i komunikacji. Tramwajowa władza w oczekiwaniu „na kopa” zamknęła przed dziennikarzami drzwi Pałacu Błękitnego przy Placu Bankowym. Tam urzędowała.

   Poszedłem, więc do nowego, prężnego - jak się wydawało - dyrektora od autobusów. Miał ponoć „kontakty” wysoko. Sprowadził do stolicy francuskie Berliety. Facet już nie był z tych „wicie-rozumicie”, wysoki, elegancki, energiczny.

   - Kto to nie policzył obciążenia sieci? - pytam. Miało być super, a wyszło jak zawsze.

   Dyrektor biega po gabinecie, zakłopotany. Prąd to wprawdzie nie jego broszka, ale on świeży w Warszawie. No i autobusy to część komunikacji miejskiej. Ratusz mu płaci. A ja - chyba zgłupiałem i pytam wprost: - A komitet wojewódzki partii? Stanął jak wryty: - Instancję chce Pan krytykować? - zapytał teraz on zupełnie przerażony.

   Też się wystraszyłem własnej śmiałości. No, ale kto winien? Rozmowa się urwała.

   Profesor Podoski z Politechniki Warszawskiej, jeszcze przedwojenny autorytet inżynierski, sprawę mi wyjaśnił i wskazał co trzeba zrobić. Artykuł w redakcji analizowali wszyscy święci. Ale się ukazał. Był fachowym wytłumaczeniem technicznym przyczyn zablokowania miasta. I tyle. Dołożono podstacji na ulicach gdzie miały jeździć N-13. I tramwaje jeździły bez zakłóceń. Dostałem stówkę honorarium. I tylko ta „instancja” świdruje mi w głowie do dziś.

   Instancja? A cóż to właściwie znaczy? Słownik wyrazów obcych wyjaśnia: instancja - każdy z kolejnych stopni w systemie podległych sobie...

   A więc w moim wypadku - piszącego dla portalu sdp.pl - najpierw jest naczelny tegoż, jego ekscelencja redaktor Błażej Torański. Ów niestety podle mi płaci, ale czy w ogóle zareaguje, gdy się doń właśnie w tej sprawie zwrócę? Potem jest prezes, jego eminencja Krzysztof Skowroński. Ale czy mam prawo zawracać głowę, albo inną część ciała, gdy jest teraz tak bardzo zajęty w związku z otrzymaniem koncesji na radio (Wnet) w Warszawie i Krakowie. Dawno mu się to należało, a teraz szczęście jest tuż-tuż. Jednak i roboty huk.

   Umówiłbym się we wpływowym lokalu z ważnymi decydentami, ale restaurację-studio nagrań „U Sowy” niestety zamknięto. Niektórzy wprawdzie uważają, że nie knajpę, ale pewnych jej gości powinno się zakluczyć. Tak czy owak „Sowa” odpada.

   Na Nowogrodzką to chyba mnie nie wpuszczą. Pan premier Morawiecki sam ma kłopoty. Straszą go, że jest więcej nagrań. Znowu redaktorzy Onetu będą mieli nieprzespane noce. No, ale oni to bardzo lubią. 

   A może Stowarzyszenie Dziennikarzy lub związki zawodowe? Ale przecież sam najlepiej wiem jak to z tą pomocą jest. Powstają nowe stowarzyszenia tylko po to by zbierać składki za legitymacje. Tyle, że te legitymacje niewiele dają. Opowiadał mi ostatnio kolega, że pojechał do Francji i z taką „legitymacją” polskiej turystycznej organizacji nie chcieli go wpuścić nawet do muzeum. Inne tak zwane towarzystwo żurnalistów siadło na kanapie i chrapie.

Tak więc, chyba zostanie mi tylko: Panie Boże pomóż – jako ostatnia instancja.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl