Mam na Ursynowie ulubioną stację. Zatrzymuję się tam często rano, kiedy mam chwilę czasu. Piję kawę, kupuję coś do zjedzenia. Tak się składa, że to stacja Orlenu (nie wiem – ajencyjna czy własna, to nie ma znaczenia), jest tam więc standardowe wyposażenie, między innymi w postaci niewielkiego barowego stolika przy oknie z kilkoma wysokimi krzesłami. Najbardziej lubię siadać na skrajnym krzesełku, przy samej półce z prasą.

   Tak zrobiłem również kilka dni temu. W pewnym momencie podszedł mężczyzna w średnim wieku i powiedział: „Muszę pana przeprosić, chciałbym tam sięgnąć” – wskazał gdzieś pod moje nogi – „a tam niestety chowają »Wyborczą«”. Wiedziałem, o co chodzi, bo już dawno zlokalizowałem stałe miejsce dziennika z Czerskiej na „mojej” stacji: na dolnej półce, przy samym oknie, w rogu. Jeśli ktoś zajmuje miejsce, gdzie ja siedziałem, „Wyborczej” wydobyć się nie da. Siedzący musi się odsunąć. Podczas spędzonej na stacji pół godziny jeszcze dwukrotnie musiałem to zrobić, żeby wierni czytelnicy wściekle antyrządowego pisma mogli wydostać swoją gazetę. Nie zdarzyło się to zresztą pierwszy raz.

   Kwestia rozłożenia gazet na półkach na stacjach państwowej w istocie spółki paliwowej zawsze była przedmiotem sporów. Za Platformy chowano opozycyjną wobec władzy prasę, teraz też, tyle że tytuły zamieniły się rolami. Gdybyśmy mieli do czynienia z firmą czysto prywatną, nie byłoby problemu – miałaby prawo mieć własną politykę w kwestii prasy – ale też trudno sobie wyobrazić, żeby prywatna firma dokonywała takich dziwacznych manewrów. Na stacjach Shella, Statoil (dziś Circle K) czy BP nie dostrzegłem zmian w konfiguracji pism na półkach. Leżą, gdzie leżały i nie zamieniają się miejscami. Natomiast ewidentnie politycznie motywowane interwencje w sposób ułożenia gazet na półkach na stacjach benzynowych, należących do spółki z udziałem skarbu państwa i z prezesem, pochodzącym niezmiennie z politycznej nominacji, wydają się nie tyle niestosowne, co po prostu skrajnie dziecinne. To jakaś infantylna złośliwość: Platforma kazała chować „Sieci” i „Gazetę Polską”, to teraz my w odwecie schowamy im „Wyborczą” i „Politykę”. Zabawa w piaskownicy.

   Ale nie jest już tak zabawnie, jeśli potraktować poważnie informację, która pojawiła się właśnie w obiegu, że to duże spółki skarbu państwa, w tym Orlen i PZU, miałyby przejąć dysfunkcjonalny już Ruch, reanimować go i w ten sposób zająć się dystrybucją prasy. Faktycznie oznaczałoby to, że ogromna część tego biznesu trafiłaby w ręce państwowych gigantów, których polityczne podporządkowanie nie ulega wątpliwości, a polityczne podejście do prasy jest widoczne w przypadku Orlenu jak na dłoni – co widać na powyższym przykładzie (reprezentatywnym, ponieważ ułożenie gazet jest identyczne na każdej stacji z logo Orlenu).

   Sprawa nie jest prosta, ponieważ faktyczny upadek Ruchu jest dla wydawców gigantycznym problemem. Dystrybutor jest dłużnikiem wielu z nich, a ich kondycja finansowa zależy w wielu przypadkach od odzyskania pieniędzy i od utrzymania sieci sprzedaży, która nie pokrywa się z drugą siecią dystrybucji, czyli Kolporterem. Z jednej zatem strony uratowanie i sanacja Ruchu byłyby bardzo pożądane, a trudno sobie wyobrazić, jakie firmy poza największymi miałyby na to pieniądze i ochotę. Inna sprawa, czy gdyby SSP nie należały w dużej mierze do państwa i podeszły do sprawy z czysto rynkowego punktu widzenia, byłyby zainteresowane przedsięwzięciem. Prawdopodobnie nie.

   Z drugiej jednak strony polityczna motywacja i uwarunkowania budzą wątpliwości. Jeśli Orlen podchodzi do sprzedaży prasy niewygodnej dla rządu w taki sposób, w jaki podchodził zawsze (a w każdym razie za czasów PO i teraz), to jaką mamy gwarancję, że jako właściciel sieci dystrybucji nie potraktuje jej po prostu jako narzędzia do walki z niewygodnymi mediami? Tu po raz kolejny mamy problem „testu Warzechy”. Nazywam tak prosty zabieg psychologiczny: niech zwolennicy jakiegoś rozwiązania wyobrażą sobie, że to oni są dziś w roli opozycji, a dane rozwiązanie chcieliby wobec nich wprowadzić rządzący. Czy nadal by im się one podobało? Nie muszę nawet pytać, bo świetnie pamiętam wzburzenie przedstawicieli mediów prawej strony na sposób traktowania ich gazet na Orlenie za Platformy.

   Być może jednak Ruch pod kuratelą największych SSP robiłby po prostu to, co do niego należy i tyle? Może się mylę i jestem niesprawiedliwy? Ale nawet gdyby tak było, to nie ma też gwarancji, że dla nacisku na media nie wykorzysta go kolejna władza. Wracam tu w pewien sposób do poruszanego już przeze mnie tematu dekoncentracji (repolonizacji) mediów – jednym z moich największych zarzutów wobec tej koncepcji pozostaje, że inwestorem musiałyby zostać SSP, a to oznaczałoby ogromny wpływ polityczny na przejmowane media. Dziś skierowany w jedną stronę, kiedyś – w drugą. Identyczne wątpliwości mam wobec pomysłu przejęcia Ruchu przez spółki skarbu państwa.

   Pomysł reanimacji Ruchu przez duże SSP podobałby mi się jednak znacznie bardziej i budził znacznie mniej moich obaw, gdyby Orlen zrezygnował z dziecinady na półkach z prasą i układał ją według czysto komercyjnych zasad, a także gdyby przy ewentualnym przejmowaniu Ruchu wyznaczono jasną i nieprzekraczalną granicę, po której SSP musiałyby się pozbyć większości swoich udziałów, całkowicie lub prawie całkowicie urynkawiając uzdrowioną firmę.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl