Wrzawa medialna wokół Adama Andruszkiewicza wskazuje na potrzebę wnikliwego ważenia decyzji personalnych. Do weryfikacji świetnie nadaje się dziennikarz i mały ekran. Ważne jednak by rozmowy „rozpoznawcze” z kandydatem były prowadzone poważnie i niezdawkowo przez ludzi po prostu mądrych. Wówczas będzie się można dowiedzieć who is who naprawdę.

   Kasta poselska niestety nie zachwyca wyborców. Wielu zawiodło skandalicznie, a większość przejawia bierność i obojętność. Ożywiają się jedynie przed kamerami. Płyną miesiące i kasa. I to dla wybrańców narodu jest najważniejsze. No i kłótnie, które są nie tyle dowodem przebojowości i zaangażowania co bezsilności i prymitywizmu wszelakiego.

   „Wybrańcy” ani nie są mądrzejsi, ani ładniejsi. Czy trzeba czekać aż miesiące, albo i lata by dostrzec, że ćwok o tępym wyglądzie nie powinien być ministrem? Czy rzeczywiście trudno dostrzec kto co lobbuje? Majątek z korupcyjnych źródeł można schować w kieszeni krewnego lub przyjaciela (choć to już jest ryzykowne). Gorzej z posiadaną wiedzą, zdolnościami i uczciwością. Oczywiście nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. Jednak dłuższa rozmowa prowadzona przez dziennikarza potrafiącego pokazać kim kandydat na ministra jest, co wie i dokąd zmierza jest możliwa. Nie mogą jednak prowadzić tych wywiadów ludzie zdecydowanie głupsi, no powiedzmy delikatniej – bardziej tchórzliwi niż wywiadowani. Tymczasem zestaw potencjalnych „wywiadowców” jest po prostu słaby, uzależniony od politycznych nominacji i w dodatku już dość wyeksploatowany. Jeśli na okrągło wykorzystuje się te same trzy buźki w najważniejszym ciągle przekaźniku informacyjnym to trudno mieć nadzieję, że we własnym gronie dyspozycyjnego politycznie medium znajdzie się dziennikarzy, którzy mieliby szansę być uznanymi za obiektywnych, bezstronnych. A tylko tacy powinni przepytywać, (czytaj: poszukiwać) kandydatów na posłów, senatorów, ministrów.

   Zbliżają się wybory do parlamentu europejskiego. Co dotychczas wyrabiali na tamtym polu „nasi” pamiętamy. Jedni nie wahali się bez skrupułów i obaw występować przeciwko własnemu państwu, a drudzy protestowali tylko cichym szeptem nie będąc zdolnymi do zdecydowanego walczenia o wszystko co polskie choćby z powodu kiepskiego przygotowania językowego. Tysiące młodych jest u nas już świetnie technicznie przygotowanych do pracy w międzynarodowym środowisku. Niestety zasada nagradzania za zasługi w kraju nominacjami na intratne synekury – trwa.

   Podobnie jak politycy ośmieszają się również dziennikarze. Jeśli redaktorstwo sądzi, że odbiorca nie dostrzega kłamania, podlizywania się i tchórzostwa – to znaczy, że uważają ludzi za durni, głupich i naiwnych. Owszem są ludzie obojętni, których tysiąckrotnym powtarzaniem nieprawdy można otumanić. Ale liczenie na to, że takich jest większość to pogarda i wywyższanie się wobec innych, którym ma się służyć a nie indoktrynować. Dziennikarz, przyjaciel polityka lub partii – to już żurnalista zbędny społecznie. Niech idzie do PR-u. Tam się przecież o wiele lepiej zarabia. Niestety niektórych nawet oficjalnych PR-owców reklamują decyzyjni redaktorzy nie rozumiejąc lub wchodząc w układy niezrozumiałe i szkodliwe dla zawodowego etosu.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl