SDP zorganizowało konferencję o wolności słowa. To bardzo dobrze, bo wolność słowa jest dzisiaj zagrożona z wielu stron. Jako jej konsekwentny obrońca nie mam co do tego wątpliwości. Uważam, że należy ją stawiać wyżej niż między innymi różnego rodzaju wyimaginowane lub nawet faktyczne zagrożenia dla bezpieczeństwa, a w każdym razie bardzo ostrożnie ważyć bilans korzyści i strat z każdego jej ograniczenia. Bardzo celnie mówił o tym podczas jednego z paneli Tomasz Wróblewski.

   Na konferencji z różnych powodów być nie mogłem, ale uważnie przyjrzałem się jej programowi oraz relacjom i z satysfakcją odnotowałem, że znalazło się miejsce między innymi dla kwestii tzw. mowy nienawiści (miałem okazję ostatnio dwukrotnie uczestniczyć w debatach na jej temat – jedna miała miejsce właśnie w dniu konferencji, odbywała się w Białymstoku – i widzę wyraźnie, jak duże zagrożenie niesie ze sobą próba dowolnej interpretacji tego pojęcia, o rozszerzeniu zakresu penalizacji nie mówiąc) czy, ogólniej mówiąc, poprawności politycznej, będącej chyba największym dzisiaj zagrożeniem dla wolności słowa.

   Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie postarał się znaleźć dziury w całym. Taka już moja wredna natura.

   Konferencję otwierał minister kultury Piotr Gliński, który wygłosił tyradę o tym, że zagrożeniem dla wolności słowa jest zagraniczna własność mediów. Co prawda temat repolonizacji czy, jak to się potem mówiło, dekoncentracji mediów wydaje się przynajmniej na jakiś czas zdjęty z agendy rządu, ale wciąż gdzieś orbituje. Niestety, w postaci dogmatu po stronie, najogólniej mówiąc, prorządowej.

   W swoich tekstach – w tym na portalu SDP – wielokrotnie wskazywałem na liczne słabości argumentacji zwolenników interwencji w polski rynek medialny i na ogromne niebezpieczeństwa z tego wynikające. Jestem gotów bronić tezy, że w idei dekoncentracji nie chodzi o obronę wolności słowa czy zdrowie polskich mediów, ale stoi za tym prosta motywacja polityczna: przekonanie, że uderzy się w ten sposób w media krytyczne wobec obecnej władzy. Przekonanie zresztą całkowicie błędne. Analiza konkretnych przypadków jasno pokazuje bowiem, że nie ma związku między własnością polską lub zagraniczną a stosunkiem do obecnej władzy (o tym także wielokrotnie pisałem).

   Podczas konferencji ostrzeżenia przed prostymi rozwiązaniami pojawiały się ze strony przedstawicieli mediów z Węgier czy Czech. Z rozczarowaniem muszę niestety stwierdzić, że z polskiej strony głosu polemicznego wobec tez ministra Glińskiego – podzielanych, jak się zdaje, przez większość przedstawicieli SDP – zabrakło. Tymczasem nadal nie mamy analiz pokazujących, jakie podmioty miałyby przejmować ewentualnie sprzedawane przez zagraniczne podmioty media, jaki miałoby to wpływ na wolność słowa, czy cała operacja byłaby zgodna z prawem UE (moim zdaniem – nie, ale jestem przecież laikiem). Nie mamy też śladu kompleksowego uzasadnienia dla twierdzeń, że faktycznie – jak powiadają zwolennicy dekoncentracji – istnieje iunctim między strukturą właścicielską mediów a jakimiś domniemanymi, a nigdy nie wskazanymi konkretnie działaniami „przeciwko polskiej racji stanu”. Gdy prosiłem w toku dyskusji na ten temat o konkretne przykłady, zawsze takie dostawałem, owszem, ale były to przykłady krytyki linii obecnej władzy, które równie dobrze mogłyby się pojawić w przypadku mediów, będących własnością całkowicie polską. Przykłady opinii, mieszczących się doskonale w spektrum dopuszczalnej debaty. Jeżeli miałyby one być uznane za powód do przeprowadzenia dekoncentracji, to może to być wskazówka, że w istocie taka operacja nie tylko nie pomogłaby wolności słowa, ale przeciwnie – miałaby na celu jej ograniczenie.

   Żałuję też, że na konferencji nie pojawił się temat, który – można odnieść wrażenie – dla części kolegów dziennikarzy jest bardzo niewygodny. Do tego stopnia, że udają, iż nie istnieje: temat zależności między wolnością słowa a sposobem działania mediów publicznych i sprawowaniem kontroli nad nimi przez władzę. Ignorowanie kwestii problemu z TVP to jak ignorowanie słonia w pokoju lub w tym wypadku – w sali, gdzie toczyły się obrady. Na słoniu postawiło się mikrofony, obstawiło się go banerami o wolności słowa, za słoniem zasiedli paneliści i wszyscy udawali, że ot, to taki szczególny rodzaj stołu, a słoń? Jaki znowu słoń? Żadnego słonia nie ma.

   Otóż jest i można odnieść wrażenie, że rośnie. Być może dyskusja o problemie byłaby szczególnie niewygodna dla niektórych osób, które brały udział w debacie, a które w mojej opinii trudno właściwie nazywać dziennikarzami – i które na obecnej sytuacji korzystają. Życzyłbym sobie jednak, żeby tego akurat SDP nie brało pod uwagę. Dyskusja nie jest od tego, żeby wszyscy czuli się w jej trakcie komfrotowo.

   Bardzo interesująco byłoby dowiedzieć się, jakie gwarancje niezależności i możliwości wykonywania swojej pracy bez bezpośrednich politycznych poleceń z góry mają dziś dziennikarze mediów publicznych na Węgrzech, w Czechach, w krajach bałtyckich. I porównać to uczciwie z tym, co dzieje się w Polsce.

   Dobrze, że konferencja się odbyła i zajęła się tym, co zagraża dzisiaj wolności słowa. Szkoda, że zajęła się trochę wybiórczo. Jakiś czas temu pisałem już w tym miejscu, że byłoby świetnie, gdyby SDP nie uciekało od trudnych także dla siebie tematów. Debata o mediach publicznych z uczestnikami o różnych punktach widzenia czy debata o dekoncentracji byłyby naprawdę ciekawymi wydarzeniami. Zakładam, że szefostwo stowarzyszenia wie i rozumie, iż jego członkowie rekrutują się z nieco szerszego kręgu poglądów niż ten, który reprezentowała polska strona na konferencji.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl