Czy istnieje zawód dziennikarza śledczego? Wielu dziennikarzy śledczych przeczy temu, wielu nie-śledczych nosi wizytówki „dziennikarz śledczy”.  Ale Piotr Gociek i Cezary Gmyz wątpliwości nie mają. I razem piszą książkę „Zawód: dziennikarz śledczy”. Jej premiera odbyła się 5 kwietnia w Hybrydach.

A już 8 kwietnia książką zainteresował się „Newsweek” w artykule Piotra Bratkowskiego „Bo w partyzantce nie jest źle”. Artykuł prezentuje w sposób sarkastyczno-ironiczny książki Sakiewicza („Partyzant”), Lisickiego („Po prostu Uważam Rze”) oraz wyżej wspomniany wywiad-rzekę Goćka z Gmyzem. Bratkowski ironizuje, że współtwórcami dzieł są koledzy z pracy głównych bohaterów/autorów. To sprawia,  że – jak pisze Bratkowski – „ani Gmyz, ani Lisicki nie dostają kłopotliwych pytań, a Sakiewicz opowiada o tym, co chce”. Bratkowski dodaje, że nadmiar koleżeńskich usług bywa przeciwskuteczny”.

Postanowiłem to sprawdzić i kupiłem książkę Goćka/Gmyza. Słyszałem o niej wcześniej, czekałem na jej publikację, a teraz dodatkowo namówił mnie na jej lekturę Piotr Bratkowski.  I zacząłem czytać, z zainteresowaniem.

Gmyz odkrywa przed czytelnikiem niektóre tajniki swojego warsztatu; mówi o źródłach informacji, technikach komputerowych, prowokacjach, motywacjach informatorów, miejscach stale obserwowanych przez służby specjalne. Poucza np., żeby nie umawiać się w centrach handlowych, hotelach, modnych knajpach, a na spotkania chodzić bez telefonu komórkowego. Nie przyjeżdżać na nie samochodem, lepiej rowerem albo przybywać pieszo. Mówi też o podsłuchach, bilingach i inwigilacji dziennikarzy przez służby. Są to sprawy znane profesjonalistom, ale wciąż świeże i zaskakujące dla laików.

W innej części rozmowy (książka dzieli się na sześć rozdziałów) Gmyz opowiada o kulisach powstawaniu głośnego tekstu „Trotyl na wraku tupolewa”. Prostuje pogłoski, że oryginalny tekst był „podkręcany” – przeciwnie: został złagodzony, bo usunięto z niego wszelkie aluzje do teorii zamachu. Mówi, że Talaga (z-ca red. nacz. „Rzeczpospolitej” ) chciał, żeby podać nazwy konkretnych substancji, ale o ostatecznym kształcie tekstu zadecydował naczelny Tomasz Wróblewski. Nie pada jednak w rozmowie pytanie, dlaczego Wróblewski nie uzyskał od prokuratora Seremeta zgody na dosłowny cytat, który potwierdziłby informacje opublikowane przez gazetę. Nie dowiadujemy się również, czy cztery źródła, o których wcześniej mówił Gmyz, były źródłami niepowiązanymi i niezależnymi od siebie. Mamy natomiast być może dla wielu zaskakującą wiadomość, że pierwszym, który chciał zwalniać  Gmyza po tej publikacji był Tomasz Wróblewski.

Piotr Bratkowski pisze w „Newsweeku” o koleżeńskiej przysłudze, komplementach i braku niewygodnych pytań. Zwraca też uwagę, że  Gmyz w kilku przypadkach popełnia błędy faktograficzne, m.in. myli imię ojca Ryszarda Terleckiego (zamiast Olgierda omyłkowo wymienia Władysława), przypisując mu współpracę z SB (za co Gmyz przeprosił rodzinę Władysława Terleckiego, w nr 11 z 8 kwietnia „Tygodnika Lisickiego Do Rzeczy” – red.). Zarzuty Bratkowskiego są częściowo słusznie, ale – moim zdaniem – nie umniejszają znaczenia refleksji i informacji, które zawiera książka. Przyjazne nastawienie do rozmówcy wcale nie musi podważać wartości faktograficznej zebranego materiału. Aczkolwiek, z drugiej strony, owa „współpraca” Goćka z Gmyzem i branie w obronę swego rozmówcy przed krytykami przekraczała czasami granicę dziennikarskiej powinności (np. w ostatniej rozmowie, kiedy Gociek wyśmiewa „absurdalną narrację sekty wypadkowej” i staje po stronie Gmyza, zamiast pozwolić mu na rzeczowe odniesienie się do stawianych mu zarzutów). Jednak wielokrotnie udaje się Goćkowi  – i chyba dzieje się to za sprawą komfortu jaki miał zapewniony w tej rozmowie Gmyz – wyciągnąć od niego informacje, które dotąd pozostawały w ukryciu. I tak dowiadujemy się chociażby, których prokuratorów Gmyz  „nie potępia”, a raczej chwali ich za to, że nie chcieli wziąć udziału w słynnej konferencji prasowej po publikacji tekstu o trotylu. Czy jednak,  zostawiając ten ślad, autorzy książki nie wyrządzają im niedźwiedziej przysługi?

Tak, czy inaczej, dla każdego kto ceni lub nie ceni Gmyza jako dziennikarza śledczego ta lektura będzie pouczająca.

 

Marek Palczewski

11 kwietnia 2013

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl