Nie przegapmy opowieści, która da do myślenia każdemu publicyście. Na ekrany wszedł film pt. „Hannah Arendt” o jednym z najważniejszych wydarzeń dziennikarskich XX wieku. Filozofka napisała sprawozdanie z procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie dla znamienitego tygodnika opinii New Yorkera. I ciężko zapłaciła, że napisała prawdę. Bo czytelnicy nie chcą prawdy. Chcą, żeby ich kochać i schlebiać ich przekonaniom o tym, co jest dobre.

Z tego sprawozdania wydanego potem w książce „Eichmann w Jerozolimie” pochodzi sławna uwaga o „banalności zła”. Arendt doszła do takiego wniosku przyglądając się oskarżonemu, i jak odpierał zarzuty o rolę w Zagładzie. Nie był antysemitą. Osobiście nie skrzywdził żadnego Żyda. Odpowiadał za wycinek planu ludobójstwa, nie za całość. Tylko wykonywał rozkazy, do czego zobowiązała go przysięga na wierność Wodzowi. Zabiłby też własnego ojca, gdyby Wódz uznał, że jest winien. Ten proces nie odbył nad oskarżonym, ale nad Zagładą. Zawisło trudne pytanie: czy był sprawiedliwy?

Arendt doszła do wniosku, że Eichmann nie jest potworem, a tylko biurokratą o wyłączonej zdolności myślenia. To był jej pierwszy występek przeciw czytelnikom. Uważali, że kto bierze udział w ludobójstwie ten potworem być musi. A dlaczego, gdy się skupia na mechanice zbrodni a nie na ludziach? Drugi jej występek był dużo poważniejszy. Miała odwagę napisać, że Zagłada pochłonęłaby do półtora miliona mniej ofiar, gdyby Judenraty nie współpracowały z nazistami. Oskarżenie rzucił na procesie jeden ze świadków ocalonych z Zagłady. A ona napisała, że „jest to najciemniejsza karta w tej mrocznej opowieści”.

Napadli za to na nią nie tylko Żydzi. Zarzucano jej, że oskarża ofiary; że broni Eichmana bo nie uznaje go za potwora; że sama będąc Żydówką nienawidzi siebie. Obelgi spotykały ją na każdym kroku i wielu przyjaciół odwróciło się od niej. Była to reakcja przeniesienia emocji. Czytelnicy nie mogli wyżyć się na ludobójcy, więc wyżyli się na Hannie Arendt.

Film ukazuje zadanie intelektualisty i poważniejszego publicysty. Głosić, co uważa za prawdę, choćby bolesną. Arendt była uczennicą oraz kochanką Martina Heideggera. Filozof na początku poparł władzę nazistów. Mówił studentom, że myślenie nie ma na celu praktycznych korzyści. „Myślimy, ponieważ jesteśmy istotami myślącymi”. A ona postąpiła według tej zasady. Napisała, co jej wyszło z myślenia. Została więc oskarżona o umysł bez serca oraz arogancję. To wszystko przypomina proces Sokratesa. Ateńczycy skazali go na śmierć za demoralizację młodzieży. Uczył mianowicie, jak myśleć samodzielnie.

Fabuła biegnie przez kilka lat na początku lat 1960-tych w Nowym Jorku. Pokazuje przemianę pozycji Hanny Arendt od uwielbianej i podziwianej uczonej w obiekt nienawiści. Babara Sukova w tej roli jest skupiona i energiczna, czasem oschła i wyniosła, często ciepła. 30 lat temu zagrała również w filmie Margarethe von Trotta „orła rewolucji” Różę Luksemburg, i też bezwzględnej intelektualistki. Tamta zeszła na manowce złej ideologii, a ta wpadła w samotność myślącego rozumu.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl