Latem tego roku wydawca portalu Wyborcza.pl ograniczył możliwość komentowania zamieszczonych na nim tekstów. Ten przywilej otrzymały jedynie osoby, które zdecydowały się wykupić dostęp do przeglądanych treści.

Marcin Makowski specjalnie dla tego numeru „Forum Dziennikarzy” zebrał opinie na temat tej precedensowej decyzji. Większość pytanych chwali ruch Agory, liczą,  że ograniczy on falę hejtu. Kultura dyskusji wydaje się więc dziś wartością równie istotną, a może i ważniejszą, jak jej pluralizm. Tym bardziej tam, gdzie pluralizmu nie należy się już spodziewać, co zresztą jest efektem świadomych decyzji redakcyjnych. Już dawno zróżnicowanie opinii, będące przecież warunkiem niezbędnym sensownej debaty, przestało być potrzebne zarówno nadawcom, jak iodbiorcom. Taki wniosek narzuca się zobserwacji dominującej dziś części mediów cyfrowych, zwanych niegdyś papierowymi. Nikt nikogo w bańkach informacyjnych przecież nie zamyka na siłę, ludzie zbierają się tam zwłasnej woli. Iraczej nie po to, by konfrontować czy weryfikować swoje poglądy. Istotniejsza okazuje się potrzeba utwierdzania się wdokonanym już, jakże słusznym, wyborze. Komentarze internautów stają się wtej sytuacji równie przewidywalne jak same teksty, awartość poznawcza uczestnictwa wdebacie przegrywa ze swoistą psychoterapią. Czy jednak świadome odejście od pluralizmu wstronę mediów tożsamościowych chroni kogokolwiek przed hejtem? Ograniczenie możliwości komentowania tekstów jedynie do ich subskrybentów przypomina uszczelnienie śluzy do bańki informacyjnej, by nieproszeni goście nie wzakłócali błogostanu jej użytkowników. Trudno bowiem zakładać, by poza nałogowymi pożeraczami wszelkich mediów płacili za wstęp na tożsamościową stronę jacyś masochiści zinnego plemienia. Niestety, przebywanie wyłącznie we własnym towarzystwie nie chroni przed chamstwem, nawet po uiszczeniu opłaty za wstęp. Nie chroni, bo dziś mamy (nie tylko wPolsce) do czynienia zhejtem rytualnym. Nawalanie na mieszkańców sąsiedniej bańki jest elementem obowiązkowym niemal tak samo jak dyskusja o pogodzie. Mało tego, imperatyw słownej agresji daje osobie znać także wobec osób nie dość energiczne manifestujących entuzjazm wobec naszych albo obrzydzenie na samą myśl o tych drugich. Dotyka podejrzanych o symetryzm lub okazywanie empatii. Zjawisko to można obserwować tej jesieni przy okazji sporu o reformę sądownictwa. Prezydent Andrzej Duda czy Zofia Romaszewska stali się ofiarami brutalnego hejtu we własnym obozie, podobnie jak Małgorzata Gesdorf w obozie przeciwnym „dobrej zmianie” . I nie chodzi tu o– nawet ostrą – krytykę nieprzemyślanej wypowiedzi czy błędnej decyzji, bo przecież nie wszystko, co polemiczne, musi od razu być uznawane za hejt, ale o niewybredne uwagi ad personam. Zapewne istnieje silna korelacja między tym, co piszą autorzy tekstów agwałtownością zamieszczanych pod nimi komentarzy. Ale trudno nie zauważyć, że związek ten coraz bardziej się rozluźnia. Komentatorzy schowani za nickami prowadzą własne wojny, często między sobą i całkowicie obok tekstów, pełniących raczej rolę wabika dla piranii atakujących bez hamulców ijakichkolwiek ograniczeń. Na górze olimpijski boks, pod spodem wrestling, na sali soft drinki, na zapleczu zapierająca dech gorzała. Temat komentarzy do komentarzy nie jest bynajmniej marginalny, bo to one napędzają ruch na stronach. Inie uciekniemy od zasadniczego pytania, jak długo nadawcy iwydawcy świadomie będą pełnić rolę przynęty dla hejterów ijaką cenę są wstanie za to płacić. Bo już dziś wygląda na to, że ogon zaczyna machać psem.

Piotr Legutko

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl