Komu Polska przeszkadza

Piotr Witt

 „Ludowi nie wszystko się mówi”, wyznał w przystępie szczerości François Mitterrand. Prezydent Francji, przemawiając do studentów podczas spotkania w Budapeszcie, nie miał na myśli własnej śmiertelnej choroby, którą starannie ukrywał.

Przez czternaście lat Francuzi nie wiedzieli, że rządzi nimi człowiek utrzymywany przy życiu za cenę codziennych dializ dokonywanych przez jego osobistego lekarza doktora Claude'a Gublera. Oficjalne biuletyny na polecenie prezydenta przedstawiały stan jego zdrowia niezmiennie jako doskonały.

Nie. W Budapeszcie chodziło o mniej znane strony upadku komunizmu. Co się tyczy Polski, jej ciężka choroba – dżuma Okrągłego Stołu, była równie starannie ukrywana przed opinią publiczną, jak stan zdrowia francuskiego prezydenta. Media przedstawiały ugodę zawartą w Magdalence przez przedstawicieli mas pracujących i partii komunistycznej jako bezwarunkowe zwycięstwo ludu. Wśród narodów Europy zapanował entuzjazm i podziw dla dzielnych Polaków. Mało który z komentatorów, donosząc z triumfem z Warszawy o transformacji ustrojowej, o przejściu w Polsce od komunizmu do kapitalizmu, od własności państwowej do własności prywatnej, wspominał, że władza pozostała nadal przy komunistach. Na mocy ugody budzącej ogólny zachwyt trzy strategiczne ministerstwa: obrony, spraw zagranicznych i spraw wewnętrznych, oraz 65 proc. głosów poselskich w Sejmie pozostały przecież w rękach dawnych rządzących. Zwłaszcza zostawienie im policji i tajnych służb miało w przyszłości katastrofalne konsekwencje.

O zmianach w Polsce informowali opinię światową starannie dobrani komentatorzy. Właściciel wielkiego dziennika „Le Figaro” zwolnił warszawskiego korespondenta. Miejsce znakomitego Bernarda Margueritte’a zajął na łamach konserwatywnego „Le Figaro” laureat nagród partyjnych Krzysztof Turowski. Polski dziennikarz komunistyczny okazał się znacznie bardziej dochodowy od liberalnego Francuza, którego długi pobyt w Warszawie zaraził polskim patriotyzmem. Dzięki koneksjom partyjnym Turowskiego Robert Hersant mógł tanio kupić od komunistycznych właścicieli 80 plus minus polskich dzienników regionalnych i lokalnych. Wkrótce sprzedał je innym zachodnim konfratrom, inkasując po drodze ok. 40 milionów dolarów.

W podobnym mniej więcej trybie zmieniły właścicieli banki, kopalnie, huty, zakłady przetwórstwa spożywczego, hotele i wszelkie gałęzie polskiej gospodarki. Należało się spieszyć. James Rothschild zalecał kupować przy huku armat i sprzedawać przy dźwiękach skrzypiec. W Polsce na razie huczało, ale echa skrzypiec już dochodziły z oddali.

W tych osobliwych, jedynych w swoim rodzaju transakcjach stroną sprzedającą byli ludzie, do których nic nie należało. Ale to oni, dostojnicy partyjni, wpływowi funkcjonariusze komunistyczni, decydowali o tym, co z majątku narodowego ma być sprzedane, komu i za ile. Ich zgoda naturalnie odpowiednio kosztowała. Przez lata warczałoby od interesów w Polsce, gdyby przetargi nie odbywały się ukradkiem, w ciszy rozmaitych gabinetów konsultingowych. Ogromne pieniądze przewalały się lewymi kanałami, zamieniając przy okazji dotychczasowych dostojników komunistycznych w ogólnie szanowanych kapitalistów. Ludzie, do których za komuny nic nie należało, teraz stali się właścicielami kolosalnych dóbr. Pan doktor Kulczyk, znany przemysłowiec, który nikogo nie uleczył, gdyż był doktorem prawa i w życiu swoim nie wyprodukował nawet łebka od szpilki, przeniósł się z rodzinnej Wielkopolski do kantonu Grisons w Szwajcarii z 4 miliardami euro.

Policja, tajna policja, wywiad wojskowy pozostawione w rękach komunistów stały na świecy, gdy inni kradli. Zapewniały dyskrecję i pomyślny przebieg poufnych operacji. Działały właściwymi sobie metodami, nierzadko uciszając na zawsze tych, co wiedzieli za dużo, za dużo mówili albo przeciwstawiali się rabunkowi. Po kolejnym, którymś z rzędu, dziwnym i podejrzanym samobójstwie lud szemrał nawet o seryjnym samobójcy. Niektórych afer kryminalnych nie udawało się pokryć milczeniem. Spektakularne zabójstwo generała, nagłe samobójstwo posła znanego z pogodnego usposobienia, a zwłaszcza okrutny mord na charyzmatycznym księdzu musiały wyrwać z uśpienia wymiar sprawiedliwości. Służby policyjne zadbały przeto, aby w prokuraturze i w sądownictwie znaleźli się prawnicy, którzy nie będą niepotrzebnie rozgrzebywać śmierdzących afer i w odpowiedniej chwili wydadzą pożądane wyroki. Posłanka przyłapana na korupcji i złodziejstwie mogła z całym spokojem przekonywać wysoko postawionych wspólników: „Nie bójcie się. Sprawa jest pod kontrolą. Niedługo znowu będziemy kręcić lody!” (kręcić lody to w żargonie złodziejskim defraudować). Rzeczywiście, wystarczyły jej łzy skruchy pokazane w telewizji, żeby afera korupcyjna rozeszła się po kościach.

Po siedmiu latach od wprowadzenia stanu wojennego było po wszystkim. Usunięto ostatnie przeszkody. Ciało niewygodnego księdza Stefana Niedzielaka, ofiarę mordu, odnaleziono 21 stycznia 1989 roku. Półtora miesiąca później podpisano porozumienia Okrągłego Stołu. Transformacja ustrojowa została zalegalizowana. Optykę wydarzenia zmieniają nieco rewelacje dotyczące właściwej roli Lecha Wałęsy. Z ujawnionych dokumentów policyjnych wynikło, że trybun robotniczy, świętoszek i bigot był od 1970 roku płatnym agentem-prowokatorem. Dane te zostały potwierdzone następnie w dokumentach ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka. („Le Figaro” bagatelizuje ten zasadniczy fakt lekceważącym „za komunizmu miał teczkę”). Przy Okrągłym Stole komuniści podpisali porozumienie sami ze sobą.

Oficjalne rozwiązanie partii komunistycznej PZPR podsumował natomiast w trafnym skrócie karykaturzysta. Na rysunku Andrzeja Mleczki sekretarz partii oznajmia zebranym: „Towarzysze, wszystko, co było do sprzedania zostało już sprzedane, wszystko, co było do rozkradzenia zostało już rozkradzione. Możemy oddać władzę".

                                                                             -----00000------

 „Le Monde” zwany przez Raymonda Arona „opium dla intelektualistów” podjął akcję znacznie bardziej radykalną niż „Figaro” i nierównie bardziej skuteczną. Usłużny korespondent warszawski nie wystarczał dziennikowi; Francuz Bernard Guetta nie był dość wiarygodny. Wpływowy organ paryski założył w Polsce polską gazetę „opozycyjną”, aby opinia światowa dowiadywała się o sytuacji od samych Polaków i z polskiego źródła. Nakłady na rozruch i kosztowne maszyny rotacyjne wkrótce się zwróciły. Nikogo jakoś nie dziwiło, iż opozycja była finansowana przez rząd. „Gazeta Wyborcza” otrzymała suto płatne reklamy od ministerstw i przedsiębiorstw nabytych tanim kosztem i zainteresowanych bezpośrednio w zalegalizowaniu gigantycznego przekrętu. Nawet teatry dotowane z funduszów ministerialnych zamieszczały w „Gazecie” dwustronicowe ogłoszenia po dwieście tysięcy złotych każde. Otrzymywały w zamian dotacje ministerialne. Drogą fikcyjnych ogłoszeń przelewano na konto „GW” około miliona złotych dziennie. Obowiązkowa prenumerata pisma przez państwowe urzędy, biblioteki, kolej i placówki dyplomatyczne uzupełniała wpływy. W niedługim czasie redaktor „opozycyjnego” czasopisma mógł rozdystrybuować wśród najbliższych współpracowników po milionie dolarów na głowę.

Na czele aparatu propagandy w prasie i innych mediach stanęli ludzie powiązani z dawnym aparatem komunistycznym. Ich wypróbowana gotowość służenia zagranicznym mocodawcom dawała gwarancję, że nie będą przeszkadzali w wyprzedaży polskiego dobytku obcemu kapitałowi. Na redaktorze strategicznej „Gazety Wyborczej” można było polegać w stu procentach. Tylko nieliczni kawalerowie maltańscy mogą wylegitymować się szlacheckim seize quartiers równie solidnym, jak on koligacjami komunistycznymi. Ojciec Ozjasz Szechter – agent Kominternu w służbie Związku Radzieckiego. Starszy brat – krwawy prokurator stalinowski skazujący na śmierć polskich patriotów. Mamusia Helena (Hinda) – agent stalinowski, działaczka antykatolicka, za czasów stalinowskich powierzono jej dystrybucję „Le Monde”, jedynej, obok „L’Humanité”, gazety francuskiej dopuszczonej do obiegu.

                                                                        -----00000------

 Niebezpiecznym przeciwnikiem dobrze idącego interesu byli polscy patrioci i polscy katolicy. Ze względu na przekonania i nakazy wiary przeszkadzali w rozkradaniu i rozprzedaży majątku. Dopóki się dało, katolikom kneblowano usta oskarżeniami o antysemityzm, patriotów kompromitowano pomówieniami o nacjonalizm. Ponieważ najczęściej byli to ci sami ludzie, połączenie dawało... „faszyzm”. Strategiczna „Gazeta Wyborcza” dbała o zabezpieczenie publicystyczne operacji; piętnowała „faszystów”, którzy walczą z rynkiem liberalnym. Działając wspólnie z ogłoszeniodawcami, „Gazeta” uzyskała w praktyce międzynarodowy monopol na informacje o Polsce, rozleglejszy nawet niż rodzina Smolarów, Alexander Adler i Marek Halter razem wzięci. Do opisu nowej rzeczywistości „Gazeta” stworzyła nowy język. Aferzyści to byli liberałowie, nowi kapitaliści – lewica, obrońcy mas pracujących – prawica, patrioci to byli faszyści. W pewnym momencie zamieszanie semantyczne osiągnęło taki poziom absurdu, że szef Komisji Europejskiej oskarżył nowy rząd polski o stosowanie metod prawicowych przypominających mu Związek Radziecki. Prawicowa ojczyzna komunizmu to było rzeczywiście coś nowego. Prawda często przemawia ustami wariatów, dzieci i pijaków. Ponieważ Jean-Claude Juncker nie jest ani dziecinny, ani głupi, nasuwa się przypuszczenie, że to nadmierne spożycie uczyniło go heroldem prawdy.

Zgodnie z intencją założycieli „Gazeta Wyborcza” dostarczała inspiracji mediom zachodnim zależnym od wielkiego kapitału. Jej artykuły, nawet jeżeli nie tłumaczono ich w całości, to w każdym razie cytowano obficie jako głos polskich demokratów.

                                                                         -----00000------

 Wybór nowego prezydenta i w ślad za nim nowego parlamentu w listopadzie 2015 roku zmobilizował wszystkie siły w służbie Wielkiego Interesu. Władze programowo chrześcijańskie i patriotyczne stanowiły poważne zagrożenie dla zafiksowanej już zagranicznej własności.

Ruch wolnościowy w Polsce od czasu strajków gdańskich tylko częściowo był spontaniczny. Ci, co nim kierowali, wiedzieli dobrze, że to nie trybun robotniczy obalił komunizm, ale Matka Boska. Tłum manifestantów nie strzelał, nie rozbijał, nie niszczył ani nie kradł. Stoczniowcy i górnicy manifestowali na klęczkach, w skupieniu i po przyjęciu komunii. Modlili się nie do Wałęsy, ale do Matki Boskiej – Królowej Korony Polskiej, którą miał w klapie marynarki, do Jana Pawła, którego miał w długopisie. Wałęsy zresztą nie słyszało się za wiele, więcej się go widziało. Trybun pokazywał się jak jakiś Rycerz Niepokalanej obwieszony świętymi wizerunkami... Doradcy, którymi był otoczony, dbali, aby komedia cieszyła się powodzeniem i przedstawienie przebiegało bez zakłóceń. Nikt lepiej od nich nie wiedział, jak należy grać rolę polskiego katolika. Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek przerobili scenariusz już dawno i byli przy swojej kolejnej powtórce. Zanim awansował do rangi eksportowego chrześcijanina, młody redaktor Mazowiecki w dzienniku „Dziś i Jutro” miotał oskarżenia przeciwko biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi postawionemu przed sądem pod fałszywymi oskarżeniami. Nazywał go zdrajcą Polski Ludowej, amerykańskim szpiegiem i lokajem imperialistów. Insynuacje Mazowieckiego wymierzone w biskupa kieleckiego biły rykoszetem w cały polski episkopat. Opinia polska wiedziała co sądzić o procesie biskupów i o nowej władzy, ale to nie ona była właściwym adresatem sprawozdań. Artykuły Mazowieckiego przedrukowywały za granicą „Le Monde”, „L’Humanité” i inne pisma lewicowe jako głos katolików polskich, ponieważ władze bezpieczeństwa, zakładając to pismo, nazwały je katolickim. Z czasem, kiedy prześladowca biskupów nabrał ciężaru gatunkowego, utworzono dla niego „Wrocławski Tygodnik Katolicki” – tytuł jeszcze bardziej wymowny, gdzie Mazowiecki nadal wyrażał „opinie polskich katolików” zredagowane w Komitecie Centralnym Partii. W „WTK” i później w „Więzi”, czasopiśmie o podobnym charakterze, Mazowiecki atakował zajadle zwłaszcza prymasa Stefana Wyszyńskiego. Na koniec, oddelegowany do Wałęsy nadawał właściwy ton katolicyzmowi trybuna.

Ze swej strony Bronisław Geremek, wnuk charyzmatycznego rabina z Łodzi, zasłużony działacz partyjny trzymał trybuna w ryzach i dbał, aby skłonny do przesady Wałęsa nie popadał w katolicką egzaltację.

                                                                       -----00000------

 W czasach najnowszych młode pokolenie historyków i publicystów rzetelnie zajęło się demaskowaniem ukrytych sprężyn systemu. Mimo wszelkich lokalnych osobliwości badacze mieli do dyspozycji odtajnione archiwa policji politycznej i partii komunistycznej. Fikcja musiała upaść, choć nie od razu. Grzech pierworodny polskiego przewrotu jeszcze nie raz dał znać o sobie: ukryta władza pozostała w ręku dawnych policji.

                                                                      -----00000------

Kiedy w 2015 roku skołatany naród wybrał nowego prezydenta i nowy rząd, w prasie zachodniej przyjęto do opisu polskiej rzeczywistości formułę: Polska jest podzielona. Stwierdzenie można zastosować do każdego państwa demokratycznego, w którym mniejszość podporządkowuje się większości. Grupki odsuniętych od władzy próbowały w pierwszym okresie odzyskać na ulicy to, co straciły w urnach. Hałaśliwe demonstracje w obronie demokracji rzekomo zagrożonej w Polsce zainspirowały francuską prasę. O Polsce w tytule każdej gazety czytelnik znajdował mniej więcej to samo. Nie była to ani informacja, ani wyraz opinii, ale oskarżenie. „Le Figaro”: „Odchylenie dyktatorskie Polski niepokoi Brukselę”, Pierre Haski, „Le Nouvel Observateur”: „Odchylenie nacjonalistyczne Polski – zagrożenie dla Europy”. Haski na tle innych dziennikarzy pochodzenia żydowskiego był względnie przyjaźnie nastawiony do Polski.

Fotografowie ze swej strony dwoili się i troili, żeby rozdąć tłum obrońców demokracji. Na portalu RFI (Radio France International) tytuł „Tysiące Polaków manifestuje w obronie mediów publicznych” zilustrowany był zdjęciem wielotysięcznego tłumu manifestantów. Paryżanin dopiero przez okulary mógł przeczytać w podpisie drobnym maczkiem, że chodzi o manifestację PiS sprzed roku, 13 grudnia. W „Courrier International” pod tytułem „Skrajna prawica antymigrancka i antysemicka” także znalazło się zdjęcie tłumów. Z 11 listopada, Święta Niepodległości. Przedruk z „The Jerusalem Post”. W „Courrier International” tekst „Czy Warszawa posłucha cudzoziemców z Brukseli” wydaje się jakby pisała ta sama ręka. Wrażenie mylne. To nie „Jerusalem Post”, ale „Gazeta Wyborcza”. Artykuł w „Le Monde” pod tytułem „Manifestacje, aby »uchronić naszą demokrację« i naszą wolność” zilustrowano fotografią z pozycji żaby przedstawiającą las sztandarów, mającą obrazować tysiące obrońców demokracji.

Wystarczy przeczytać redaktora Haskiego, aby poznać elementy oskarżenia. Istnieją dwie Polski. W miastach naród wykształcony, dzięki któremu kraj zalicza się do tygrysów gospodarczych, i wieś zacofana, grzęznąca w przesądach religijnych, która nie dorosła ani do gender, ani do małżeństwa gejów. To ona wybrała parlament i prezydenta. Unia Europejska będzie zmuszona stanąć w obronie demokracji na wezwanie setek tysięcy jej zdecydowanych obrońców. Inaczej Polsce grozi despotyzm, czyli putynizacja.

Przez pewien czas w mediach nadal obowiązywała oficjalna wykładnia o zagrożeniach demokracji i pluralizmu, ale ton złagodniał. Można ją było dostrzec w dwuczęściowym, mdłym reportażu telewizyjnym wyemitowanym przez 3 kanał TV francuskiej w styczniu 2016 roku. Mimo ponawianych wezwań Unia Europejska, dobrze wiedząca jak prawda wygląda, nigdy nie zdecydowała się wdać w awanturę przeciwko nowemu rządowi. Kilka pozorowanych działań i to wszystko. „Le Monde”, organ założycielski „Gazety Wyborczej”, przedstawiający do tej pory sytuację w barwach mocno smolarowych, wycofał się z oskarżenia Polaków o faszyzm albo raczej – w języku, do którego żurnal przywykł – o „odchylenie faszystowskie”.

Frédéric Zalewski uznał tę analogię za „niepewną i przypadkową”. Wykładowca Uniwersytetu Paris Ouest Nanterre sprecyzował: „Oskarżając PiS o faszyzm, ryzykujemy, że przeciwnik, jak to się dzieje obecnie, oskarży opozycję o histerię. Działania antydemokratyczne i odwetowe rządu Prawa i Sprawiedliwości są stwierdzone, ale ich logikę zrozumie się łatwiej poprzez odtworzenie splotu kultur politycznych, które obecny kryzys zaktualizował, niż poprzez słowa wytrychy”.

Autor tej analizy jest członkiem Komitetu Nauk Społecznych i Politycznych i pracuje nad okresem postkomunistycznym w Polsce.

Niżej podpisany starał się przedstawić zamiast „słów wytrychów” wspomniany przez uczonego „splot” raczej jednak interesów niż idei. Skomplikowany, to pewne, gdyż kupno średniej wielkości państwa nie jest najprostszą sprawą. I trudny do zrozumienia, ale nie niemożliwy, jak to się często uważa.

Piotr Witt

 

Materiał powstał w ramach projektu "Dziennikarze mówią o Polsce - dialog dziennikarzy polskich z dziennikarzami zagranicznymi". Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 – komponent „Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2017”

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl