Reportaż literacki. Polski przebój eksportowy.

 

Ćwierć wieku temu, w wywiadzie dla miesięcznika „Res Publica Nowa”, Ryszard Kapuściński powiedział mi: „Jestem za takim pisaniem, które przybliża, a nie rozdziela, które służy rozumieniu, a nie antagonizowaniu. Bardzo świadomie staram się, żeby moje książki były rodzajem tłumaczenia, przekładaniem jednej kultury na inną kulturę, jednej racji na inną rację, jednego sposobu myślenia na inny sposób myślenia. W dzisiejszym świecie można wysunąć pod adresem każdego długą listę często słusznych żalów, oskarżeń i krzywd. [...] Wejście na drogę wypominania sobie przeszłości: a oni nam to, a my im to oznacza jednak zapędzenie się w ślepy zaułek. Jest to droga kolejnych krzywd, kolejnych cierpień i kolejnych strat ludzkich”.

Kapuściński (1932-2007) to najbardziej znany polski reporter. Jego książki doczekały się tłumaczeń na – jak dotąd – trzydzieści osiem języków świata (jak dotąd, bo wciąż ukazują się nowe). Do sukcesu „Cesarza”, „Szachinszacha”, „Wojny futbolowej”, „Imperium” czy „Hebanu” przyczyniły się oczywiście walory literackie tych dzieł, ale duże znaczenie miała też z pewnością przyjęta przez autora postawa „tłumacza kultur”.

Pod słowami Kapuścińskiego mogłaby podpisać się znakomita większość polskich reporterów. Można powiedzieć, że rosnąca popularność polskiego reportażu literackiego w kraju i za granicą wynika między innymi z faktu, że potrafi on przybliżyć i objaśnić czytelnikowi coraz bardziej skomplikowany i coraz mniej zrozumiały współczesny świat.

 

Metoda kropli wody

 

Reportaż literacki – ta zadomowiona w polszczyźnie zbitka w tłumaczeniu na obce języki traci często swój właściwy sens i brzmi jak oksymoron. A oddaje ona istotę tego gatunku, dwa filary, na których się opiera: „reportaż” odwołuje się do dziennikarstwa, a „literacki” – do literatury. Innymi słowy, reportaż literacki to ładnie opowiedziana historia oparta na faktach. Mówi o czymś, co naprawdę miało miejsce – nie zostało wymyślone – za pomocą artystycznych środków wyrazu. Na marginesie, autorem powyższej, najprostszej, ale bardzo trafnej definicji gatunku był inny wielki reporter, Krzysztof Kąkolewski (1930-2015).

Za ojca polskiego reportażu literackiego uchodzi Melchior Wańkowicz (1892-1974), który publikował reportaże krajowe i zagraniczne począwszy od lat 20., jednak największą sławę przyniosły mu utwory opowiadające o drugiej wojnie światowej, w tym monumentalny, trzytomowy reportaż „Bitwa o Monte Cassino”. Warto wspomnieć o Ksawerym Pruszyńskim (1907-1950), który w latach 30. zdobył popularność reportażami z Palestyny i wojny domowej w Hiszpanii. Ale prawdziwy rozkwit gatunku przypadł na lata 60. i 70., gdy zaczęły ukazywać się reporterskie książki Kapuścińskiego, Kąkolewskiego, Hanny Krall (ur. 1935), Małgorzaty Szejnert (ur. 1936) i wielu innych wspaniałych autorów.

Skąd wzięła się ówczesna popularność reportażu? Stąd, że pozwalał on – właśnie dzięki literackiej formie – „przemycić” między wierszami treści, które podane wprost nie mogłyby ukazać się w druku, bo zatrzymałaby je komunistyczna cenzura. Służyła temu tzw. „metoda kropli wody”, którą do perfekcji doprowadziła Hanna Krall: jak w kropli wody odbija się cały ocean, tak w opisywanych przez nią historiach odbijała się cała ówczesna polska rzeczywistość. Nie wolno było wspominać o pladze alkoholizmu, przedstawiało się zatem los pojedynczego alkoholika. Nie wolno było pisać, że komunizm jest zły, ale można było znaleźć gdzieś na dalekiej na prowincji jednego małego złego komunistę. Nie wolno było pisać źle o Związku Radzieckim, więc... ale o tym za chwilę.

Był to zatem reportaż aluzyjny, pełen niedomówień, wysublimowany, często wręcz poetycki. Oczywiście, cenzura i tak zachowywała czujność. W 1986 roku zapadła decyzja, aby zniszczyć cały, wydrukowany już dziesięciotysięczny nakład książki Hanny Krall „Katar sienny”, choć składała się ona z tekstów już opublikowanych w prasie i uzyskała akceptację Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (cenzura książek była w Polsce dwustopniowa: najpierw trzeba było uzyskać zgodę na druk książki, a następnie – zgodę na jej rozpowszechnianie). Ktoś widocznie jeszcze raz przeczytał całość i doszedł do wniosku, że tak duże nagromadzenie kropel wody grozi władzy prawdziwym potopem.

 

Na wschód od Arbatu

 

Debiutancką książką Hanna Krall był tom „Na wschód od Arbatu”. Ukazał się w 1972 roku i zawierał reportaże ze Związku Radzieckiego. Polacy tego kraju nie kochali, ale nakład rozszedł się błyskawicznie. Bo reporterka opisała ZSRR tak, jak opisywała Polskę.

We wstępie do najnowszego wydania „Arbatu”, z 2014 roku, reporter Mariusz Szczygieł (ur. 1966) napisał: „Zagadka dla młodych czytelników. Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach. Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego? Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces”.

Wcześniej, w 1968 roku, książkę o Kraju Rad zatytułowaną „Kirgiz schodzi z konia” wydał Ryszard Kapuściński. Pojechał tam na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej. Miał przygotować publikację na pięćdziesięciolecie rewolucji październikowej. Tymczasem w „Kirgizie” nawet nazwa Związek Radziecki pojawiała się sporadycznie.

Kapuściński, który zawsze interesował się trzecim światem, pojechał nie do Moskwy, ale na Kaukaz i do Azji Centralnej, do republik najmniej rozwiniętych i najmniej zrusyfikowanych. Zamiast monolitycznego supermocarstwa opisał ziemie Gruzinów, Ormian, Azerbejdżan, Turkmenów, Tadżyków, Kirgizów i Uzbeków. Prastare kultury, które w ciągu historii przetrwały wiele najazdów i zaborów.

Warto zatrzymać się przy reportażu poświęconym Azerbejdżanowi. Tamtejsza elita partyjno-rządowa, podobnie zresztą jak elity z innych republik, snobowała się wówczas na godności doktorów, docentów, profesorów. Oto w jaki sposób reporter puszczał do czytelnika oko: „Okazuje się, że tutaj większość członków kierownictwa na tytuły naukowe. Prezydent [przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej – przyp. WG] Azerbejdżanu, Mamed Iskanderow, jest docentem geologii. I sekretarz KC, Weli Achundow, jest docentem medycyny. Premier, Enwer Alichanow, jest docentem geologii. Wicepremier, Askier Orudżew, jest docentem nauk rolniczych. Wicepremier, Taira Tairowa, jest doktorem. Wicepremier, Sulejman Wezirow, jest doktorem. Wicepremier, Rza Sadychow, jest doktorem. Sekretarz KC, Szichali Kurbanow, był docentem filozofii, dramaturgiem i poetą. Sekretarz KC, Gambar Kiazimow, jest doktorem.” Kawałek dalej Kapuściński napisał: „Uczony pięknie mieszka, zarabia krocie i jeździ wołgą”. Przekaz był jasny: sowieccy dygnitarze opływają w luksusy. A jak żyje prowincja? „Poza granicami miasta [Baku – przyp. WG] zaczyna się świat patriarchalny, od wieków znieruchomiały, pusty, niedostępny.”

Tak nie pisało się ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Taki reportaż to w dużym stopniu polski „wynalazek” i na pewno – polska specjalność.

 

Kryzys czasów przełomu

 

Paradoksalnie, upadek komunizmu i odzyskana na przełomie lat 80. i 90. wolność przyniosły kryzys gatunku. Można było pisać o wszystkim, więc ezopowy styl stracił rację bytu. Zabiegi stylistyczne i zabawy językiem nie pasowały do nowych czasów – te domagały się cyferek, konkretów i telegraficznego skrótu. Redakcje zaczęły liczyć pieniądze i często dochodziły do wniosku, że nie opłaca się im trzymać reportera na etacie. Bo dużo kosztuje (wielodniowe delegacje, hotele, przejazdy), a mało pisze, zwykle nie więcej niż jeden tekst w miesiącu. Puste miejsca po reportażu zaczęły wypełniać nowe gatunki: raporty, analizy i cover stories, a także wszechobecne reklamy. Jednym z nielicznych tytułów, gdzie reportaż cały czas się ukazywał, była „Gazeta Wyborcza”. Pierwszą szefową działu reportażu była tam – krótko – Hanna Krall. Potem przez wiele lat kierowała działem Małgorzata Szejnert.

Ówczesne dylematy dobrze oddaje wypowiedź Piotra Gabryela (ur. 1961), który porzucił świetnie zapowiadającą się karierę reportera na rzecz pracy redaktorskiej (dziś jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”). W miesięczniku „Bestseller”(nr 11/1991) przytoczono takie jego słowa: „Nie robię już tego, co najbardziej lubiłem, ale w ten sposób już na świecie się nie pisze. To czym się teraz zajmuję, nie sprawia mi już tyle przyjemności, ale czuję, że jest to bardziej europejskie” (pamiętajmy, że słowo „europejski” miało wtedy wyłącznie pozytywne konotacje). Gabryel – i nie tylko on – był przekonany, że reportaż literacki wyczerpał się jako formuła opisywania świata. Wielu reporterów odeszło wtedy w ogóle z zawodu: do dyplomacji, polityki, biznesu.

Ale spora grupa pozostała, z pokolenia Gabryela chociażby Jacek Hugo-Bader (ur. 1957), Wojciech Jagielski (ur. 1960), Włodzimierz Nowak (ur. 1958), Lidia Ostałowska (ur. 1954), czy Paweł Smoleński (ur. 1959) – nazwisk należałoby wymienić tu  o wiele więcej. I ciągle dochodzili nowi, wychowani na słynnym „potrójnym K” (Krall, Kapuściński, Kąkolewski).

Starzy mistrzowie dodawali im otuchy. W „Lapidarium II”, które ukazało się w 1995 roku, Ryszard Kapuściński napisał: „Szansą literatury (w tym reportażu) jest schodzenie w głąb. Powierzchnia została zawłaszczona przez obiektyw, przez kamerę, przez obraz. Drążenie, kopanie, odkrywanie warstwa po warstwie – oto czemu trzeba się oddać, w czym zagłębić”. Zaś w cytowanym już wywiadzie Kapuściński przekonywał: „Uważam, że powinny istnieć równocześnie dwa rodzaje reportażu. Pierwszy opiera się na aktualnej, bieżącej informacji: stało się dzisiaj to i to. Taki reportaż, opisujący powierzchnię historii, która toczy się na naszych oczach, pozostanie główną strawą środków masowego przekazu. Dla przeciętnego odbiorcy otaczająca nas rzeczywistość i dziejąca się historia przejawia się bowiem w poszczególnych wydarzeniach. On je dostrzega, ale nie umie ze sobą powiązać. Drugi rodzaj reportażu powinien z potoku dziejących się wydarzeń umieć wysnuć refleksję, próbować nadać pewną logikę temu, co wydaje się alogiczne, i ustalić pewne prawidła tego, co wydaje się być pełną anarchią i chaosem”.

 

Wielki powrót

 

Jak to się stało, że skazany – wydawałoby się – na niskonakładowe miesięczniki i książki oraz garstkę wielbicieli reportaż literacki wrócił jednak do łask? Że reportaże zaczęły zajmować pierwsze miejsca na listach bestsellerów, a czołowi reporterzy uzyskali status celebrytów? Wreszcie, że polski reportaż zaczął podbijać świat, stając się jednym ze znaków firmowych polskiej literatury i polskiej kultury?

Powodów jest kilka. Po pierwsze, tradycja. Książki mistrzów przetrwały kryzys, ciesząc się niezmiennym powodzeniem u czytelników. One utorowały drogę książkom ich następców, którzy mieli się do czego odwoływać.

Po drugie, specjalizacja. Nie sposób pisać dziś kompetentnie o całym świecie, więc reporterzy zaczęli skupiać się na konkretnych problemach czy regionach, stając się nieraz wybitnymi ekspertami: Wojciech Jagielski od Afryki, Paweł Smoleński od Izraela i Palestyny, Mariusz Szczygieł od Czech. Obok innych walorów siłą ich książek stała się unikalna, gromadzona latami wiedza.

Po trzecie, rozwód reportażu z mediami. Reportaże wciąż drukowane są w gazetach, ale w coraz mniejszym stopniu jest to gatunek dziennikarski, a w coraz większym – odrębny byt na pograniczu dziennikarstwa i literatury pięknej. Reporterzy – coraz częściej nie są nimi etatowi dziennikarze – mogą w związku z tym bardziej koncentrować się na własnych projektach i książkach, nie czując presji redakcyjnych zamówień i deadline`ów. Sprzyja temu rozwijający się system grantów i stypendiów.

Po czwarte, zmęczenie fikcją. Podczas drugiej wojny światowej udziałem milionów ludzi stały się przeżycia, wobec których bladły wszelkie fantazje i zmyślenia, dlatego po wojnie tak bardzo rozwinęła się – w skali globu – literatura faktu: wspomnienia, biografie, książki historyczne. Dziś wyraźne jest znużenie wszelką nieautentycznością: światem reklam, oper mydlanych, fake news`ów. Nieprzypadkowo redakcja słowników oksfordzkich wybrała na słowo roku 2016 post-prawdę. Ludzie, a przynajmniej duża ich część, chcą się dowiedzieć, JAK BYŁO NAPRAWDĘ. I ciągle lubią czytać o innych ludziach.

Po piąte, dobra literatura. Polski reportaż literacki trzyma poziom, opierając się na swoich tradycyjnych filarach: faktach i ładnym opowiadaniu. Oczywiście, co jakiś czas pojawiają się zarzuty, że w tej czy innej książce nie wszystko się zgadza (w Polsce od kilku miesięcy toczy się ożywiona dyskusja, co wolno reporterowi, a czego nie), ale przy skali reporterskiej produkcji są to wyjątki. W sytuacji, gdy za pomocą kilku kliknięć możemy zweryfikować niemal wszystko, tylko samobójca próbowałby w reportażu zmyślać.

Pierwsze skoncentrowane na reportażu oficyny, na czele z wydawnictwem Czarne, powstały jeszcze w latach 90., ale rozwinęły się już w nowym stuleciu. W kolejnej dekadzie reportaż został uznany za pełnoprawną literaturę, na równi z tomem wierszy czy powieścią. W 2015 roku literacką Nagrodę Nobla otrzymała białoruska reporterka Swietłana Aleksijewicz, uważająca się za uczennicę Kapuścińskiego (krytycy uznali, że to nobilitacja gatunku). Dwa lata później polską Nagrodą Literacką „Nike” uhonorowano reporterską książkę „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezarego Łazarewicza (ur. 1966). Od 2010 roku przyznawana jest Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.

 

Dlaczego nie Słowacy!?

 

W 2015 roku powstało wydawnictwo Absynt. Założyli je Polak – Filip Ostrowski i Słowak – Juraj Koudela. Pomysł był prosty: wydawać polski reportaż na Słowacji. Filip i Juraj doszli do wniosku, że to nie musi być tylko polski fenomen: jeśli te książki masowo czytają Polacy, to czemu nie Słowacy? W oficynę włożyli własne pieniądze.

Sukces przeszedł ich oczekiwania. Dziś mają na koncie około pięćdziesięciu tytułów (już nie tylko polskich autorów), weszli też na rynek czeski. Na ich spotkaniach autorskich trudno znaleźć wolne miejsce. A jeszcze dwa lata temu słowaccy czytelnicy nie mieli większego pojęcia nie tylko o polskich autorach (z wyjątkiem Ryszarda Kapuścińskiego), ale w ogóle o gatunku.

Aktywność i sukcesy Absyntu wpisują się w szerszą tendencję. W dobie globalizacji fenomen polskiej szkoły reportażu musiał przekroczyć granice i „zainfekować” inne kraje. Nawet pozaeuropejskie. Moja książka „Tost za przodków” o Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie – jej ukraiński przekład ma się niebawem ukazać nakładem lwowskiego wydawnictwa Czowen – wyszła w swoim czasie na Tajwanie w chińskich znakach tradycyjnych. Tamtejszy wydawca, Chih-feng Liao z Asian Culture Publishing tłumaczył, że książka zainteresuje czytelników, bo Tajwan, tak jak Kaukaz, leży przecież na pograniczu Wschodu i Zachodu.

Wojciech Górecki

 

Wojciech Górecki (ur. 1970), reporter, uczeń Hanny Krall, analityk, historyk. Znawca Kaukazu i Azji Centralnej. Autor książek, m.in. „Planety Kaukaz”, „Toastu za przodków” i „Abchazji”. Tłumaczony na chiński, czeski, gruziński, słowacki, włoski i ukraiński. Pracownik warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich. Członek misji UE badającej przyczyny wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl