Co ty k... wiesz o cenzurze? – gdyby tak mnie zapytał Bogusław Linda, to jeszcze do niedawna bym mu odpowiedział, że całkiem sporo. Wiem gdzie była, że teraz postawili tam pomnik. Znam nawet nazwiska niektórych cenzorów, i wiem kim był Jerzy Borejsza, a także po łebkach historię polskiego niezależnego ruchu wydawniczego. Wiem, że ta cenzura, którą stosowano w PRL to nie był jedyny jej rodzaj. Bo to była cenzura ante factum, a była jeszcze cenzura post factum taka, jak w hitlerowskich Niemczech, gdzie żartowniś doktor Goebbels mawiał, że „mamy pełną wolność słowa, ale trzeba za nie brać odpowiedzialność” (czyli iść do obozu). Inaczej wyrażali to pesymistyczni obywatele Kraju Rad, którzy mawiali, że nawet jak będzie wolność wypowiedzi to nie będzie wolności po wypowiedzi. No więc to wszystko bym Lindzie odpowiedział do niedawna. Jeśli teraz jednak padło by rzeczone pytanie, odpowiedziałbym „nic k... o cenzurze nie wiem”. Nic nie wiem, bo pisać zacząłem ładnych kilka lat po zniesieniu cenzury. Bo nie odczuwałem jej działania na własnej skórze, bo nie musiałem toczyć sporów o siebie, nawet nie z cenzorem, a z całą machiną cenzury. Sporów, które mogły zadecydować o wszystkim, tak jak o wszystkim zdecydował odjeżdżający pociąg z „Przypadku” Kieślowskiego. Ten ogrom własnej niewiedzy i niezrozumienia cenzury uświadomiłem sobie pod wpływem zbioru wywiadów autorstwa Błażeja Torańskiego zatytułowanych „Knebel. Cenzura w PRL-u”.

Torańskiemu udało się ukazać jak „kontrola prasy, publikacji i widowisk” była wszechogarniająca. Dlatego obok relacji słynnego, zbiegłego do Szwecji pracownika cenzury Tomasza Strzyżewskiego, znanych pisarzy, reżyserów czy satyryków, znajdziemy choćby krótką opowieść o jednorazowym kontakcie z tą instytucją grafika Andrzeja Strumiłło, któremu zablokowano jeden z plakatów. Dlaczego? Falliczne motywy nie spodobały się namiestnikowej Gierkowej. 

Istotnym elementem mojej wiedzy na temat cenzury były kozackie opowieści starszych kolegów po fachu. Jak to udało im się zagrać, przechytrzyć, jaki to cenzor był głupi, „niekumaty”, jak naiwny aparat reprezentował, a oni jak byli sprytnymi lisami, które przechytrzały tępaka w mig. Trochę zresztą to przebrzmiewa w rozmowach Torańskiego z satyrykami. Ale z uważnie czytanej jego książki wynika całkiem inny obraz. Owszem, do cenzury brano niekiedy ludzi bez matury, ale cenzorski egzamin dojrzałości szybko zdawali mając dostęp do informacji, które dla innych były absolutnie niedostępne. Profesor Zbigniew Romek, specjalista od cenzury z PAN, mówi, że jej aparat jako jedyny był uczony prawdy o Katyniu. Wiedza ta była konieczna, by w tej ważnej sprawie skutecznie działała kontrola jakościowa w fabryce kłamstw, jak o cenzurze mówi wspomniany Strzyżewski.

Peerelowska cenzura wyznaczała granice nie do przebycia. Czasem po prostu skreślała ludzi. Zresztą wykraczała daleko poza gmach na ulicy Mysiej i jego delegatury. To był szczyt piramidy. Niżej była cała rzesza krytyków, recenzentów, redaktorów, kuratorów, którzy walczyli o to, by skutecznie odczytywać pragnienia i fobie systemu. Na samym dole była autorska autocenzura. - Czy pamięta pan peerelowską powieść, której negatywnym bohaterem byłby wysoki funkcjonariusz partii – pyta pisarz Kazimierz Orłoś Torańskiego. Takiej powieści nie było, a przynajmniej nie mogła być wydana. Dlatego, kiedy traktującą o złym sekretarzu „Cudowną Melinę” Orłosia wydano w Paryżu (po wcześniejszym odrzuceniu przez cenzurę w kraju), pisarza objął zakaz publikacji. Cenzura skreślała nie tylko treści, ale i ich autorów.

Cenzurę, można było pokonać tylko w jeden sposób. Tworząc obieg wydawniczy poza nią i to się udało. Ale wszelkie gry były per saldo skazane na porażkę, mimo subiektywnych odczuć po poszczególnych potyczkach. By to zrozumieć warto przeczytać „Knebel” Błażeja Torańskiego.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl