Gdy w 2003 roku startował „Fakt”, i ja byłem na pokładzie nowej gazety. Pamiętam tytuł na okładce pierwszego numeru: „Muszę umrzeć wcześniej, bo jestem biedna?” i zdjęcie kobiety chorej bodaj na nowotwór. Konkretnej, nie wymyślonej bohaterki, której historia miała zwrócić uwagę na ogólny problem. Tak miał działać „Fakt”.

   Wszyscy spodziewali się, że nowy, potężny gracz, za sprawą zagranicznego właściciela niezależny od lokalnego układu politycznego i wyposażony w potężne pieniądze, namiesza na rynku. Ale chyba nikt nie oczekiwał, że tak bardzo – zdetronizuje „Wyborczą” i podejmie z nią walkę o, jak byśmy dziś powiedzieli, dominującą medialną narrację. Oraz że rozpocznie modę na leczenie własnych kompleksów kosztem brukowców.

   Nie zamierzam bronić głośnego tytułu z dodatku „Faktu”, którego konsekwencją było podanie się redaktora naczelnego, Roberta Felusia, do dymisji. Tytuł, którego nie chcę nawet przypominać, był nie do obrony. Jest to jednak zarazem chyba jedyny w polskich mediach w III RP przypadek, gdy nie błąd, nie proces, nie kłamstwo, ale przekroczenie granicy dobrego smaku doprowadza do dymisji naczelnego. Czy słusznej – pozostawiam na boku, bo nie o tym jest ten tekst.

   Ten tekst jest o hejtowaniu tabloidów. I jakkolwiek pojęcia „hejt” nie lubię i staram się nie używać, tutaj pasuje jak ulał. Nie istnieje równie lakoniczny polski odpowiednik.

   Przy okazji przypomniały mi się pierwsze lata „Faktu”. „Gazeta Wyborcza”, wyczuwając konkurencję i zagrożenie, od samego początku starała się przekonywać swoich zakompleksionych odbiorców, że elementem „niezbędnika inteligenta” jest unoszenie się słusznym gniewem na tabloidy i tabloidyzację. Ta kampania stała się jeszcze intensywniejsza, gdy „Fakt” uruchomił dział opinii z prawdziwego zdarzenia, a następnie dodatek „Europa”, i zaczął drukować ambitną publicystykę i wywiady. Tego elementu gazety zakompleksiona ćwierćinteligencja uparcie nie dostrzegała, bo burzyłoby to ustaloną narrację. Do dziś mam na półce książkę, złożoną z tekstów, jakie pojawiły się w opiniach „Faktu” w 2007 roku. Oto nazwiska tylko części autorów tekstów i rozmówców: Rocco Buttiglione, Ryszard Legutko, Guy Sorman, Andrzej Nowak, Richard von Weizsäcker, Javier Solana, Nicolas Sarkozy, Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Garri Kasparov, Richard Pipes, Jadwiga Staniszkis, Władimir Bukowski, Jarosław Gowin, Valéry Giscard d’Estaing, Wiesław Chrzanowski, Marek Cichocki. Ale dla tabloidofobów „Fakt” nadal był gazetą dla troglodytów. Szczególnie zabawne było, że gdy na jakiejkolwiek konferencji i dyskusji, szczególnie z uczestnikami z zagranicy, pojawiali się dziennikarze „GW”, machinalnie przedstawiali się jako pracownicy „największej gazety w Polsce”. Bardzo nie podobało im się, gdy przypominałem, że największą polską gazetą jest „Fakt”.

   Pogardliwy i lekceważący sposób mówienia o brukowcach wrócił po aferze z tekstem o samobójstwie syna Leszka Millera. Wróciły wszystkie stare schematy, których cel był zawsze dwojaki. Po pierwsze – skonsolidować własnych czytelników czy odbiorców (mediów „inteligenckich”, jak „Wyborcza” czy „Polityka”), przy okazji lecząc ich kompleksy. A jak łatwiej wyleczyć kompleks inteligencki niż podsuwając coś, czym można po „inteligencku” pogardzać? Proszę uprzejmie – jestem inteligentem, bo gardzę brukowcami (a przy okazji ich prymitywnymi czytelnikami). Po drugie – zaatakować medium, które z jakichś powodów jest niewygodne politycznie. I ta motywacja gra dzisiaj rolę, choć, jak na ironię, w innej konfiguracji niż w połowie ubiegłej dekady.

   Tabloidów przychodziło mi bronić wielokrotnie podczas różnego rodzaju dyskusji i debat, gdy musiałem łamać utarte myślowe schematy współdyskutantów i słuchaczy. Zwykle się udawało.

   Pracując przez dziesięć lat w „Fakcie”, a potem podejmując trwającą szczęśliwie do dziś współpracę z drugą polską bulwarówką, „SuperExpressem”, przekonałem się, że taka prasa jest również potrzebna. Przede wszystkim dlatego, że może sobie pozwolić na robienie tego, czego nigdy nie zrobią media „poważne”. Może opowiedzieć zwykłą ludzką historię, pokazując poprzez nią poważny problem. Może zorganizować prowokację, której nie zrobi „poważne” medium. I takich prowokacji polskie bulwarówki mają na koncie wiele. Dzięki nim przekonywaliśmy się, jak słabej jakości są polskie elity i w jak małym poważaniu władza (każda) ma obywateli.

   Bulwarówka, wbrew twierdzeniom pyszałkowatych krytyków, nie traktuje swoich czytelników jak idiotów, co zdarza się mediom opinii. Przeciwnie – jest budowana na założeniu, że czytelnik jest dość rozsądny, aby odróżnić to, co jest opowieścią wymyśloną dla rozrywki od tego, co jest sprawą poważną.

   Mówi się, że nie jest wstyd robić tabloid – ale wstyd jest robić słaby tabloid. To prawda. Słaby tabloid to taki, który udaje, że tabloidem nie jest i to zawsze kończy się tragicznie. Patrz przypadek zapomnianego już „Nowego Dnia”, wydawanego niegdyś przez Agorę. Rasowy tabloid musi być ostry, musi być drapieżny, musi walić między oczy, czasem szokować. Rzecz w tym, żeby nie złamać przy tym pewnych tabu, które także bulwarówki powinny obowiązywać. Owszem, to się zdarza, bo wszystkim mediom zdarzają się błędy. Ale dwie polskie gazety bulwarowe nie mają na szczęście zbyt wielu takich przypadków na koncie. Inna sprawa, że każdy z nich jest bardzo głośny, zaś krytycy dbają, żeby potępienie grało na odpowiednio wysokim diapazonie. Stąd wrażenie, że takich sytuacji było bez liku. Wrażenie mylne.

   Jeśli zaś dziś niektórzy z lubością przywołują agresywne słowa pewnego aktora na temat „Faktu”, napisane po sprawie Leszka Millera juniora, proponuję, żeby zrobili małą kwerendę i sprawdzili, w jakim kontekście (nie wymyślonym, nieudawanym, faktycznym) tenże aktor pojawiał się na stronach gazety. Jego katońska postawa będzie się w tym kontekście jawić jako skrajna hipokryzja.

   Tabloidy są już stałym elementem polskiego krajobrazu medialnego i oby w nim pozostały. Są przecież potrzebne również jako czynnik terapeutyczny dla tych, którzy muszą jakoś leczyć swoje kompleksy.

Łukasz Warzecha

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl