Załamywanie rąk z powodu upadku dziennikarstwa w ogóle i dziennikarstwa w Polsce w szczególe ma już długą tradycję. Słyszę ten lament od wielu lat. Ostatnio do chóru malkontentów dołączyli, choć w nierównym stopniu, Jerzy Kłosiński i Sławomir Jastrzębowski, dając na naszym portalu wyraz swych obaw i niepokojów. Szanując ich poglądy pozwolę sobie na głos tę dyskusję uzupełniający, jak i polemiczny. Odpowiedzi wymagają również kasandryczne refleksje Kamila Durczoka, które opublikowane zostały przez portal Wirtualnemedia.pl.

Skandaliczna okładka „Faktu” z Leszkiem Millerem i jego synem, o której pisze Jerzy Kłosiński, to tylko jedna z wielu, jakie w ostatnich latach, zasługiwałyby na antynagrodę dziennikarskiej hieny. Przypomnę choćby okładkę „Super Expressu” z bliskim ujęciem zabitego na tylnym siedzeniu samochodu Waldemara Milewicza. Przypomnę fotomontaż z Tomaszem Lisem w mundurze SS-mana lub Ewą Kopacz jako islamską terrorystką, opublikowane przez tygodnik „W Sieci”, a z drugiej strony - okładkę „Newsweeka” z Jarosławem Kaczyńskim, podpisaną „Dzień świra”, czy z Antoniem Macierewiczem jako talibem. Charakterystyczne, że Rada Etyki Medów, oceniając tę ostatnią, nie stwierdziła naruszenia którejkolwiek z zasad Karty Etycznej Mediów. Jeśli więc mielibyśmy mowić o upadku obyczajów w tej dziedzinie, to sięga on w Polsce co najmniej kilkunastu lat wstecz, a w Ameryce okresu tzw. yellow papers z lat 80. XIX wieku. Jerzy Kłosiński zdaje się sugerować, że tego typu okładki mogą pojawiać się dzięki temu, że omawiane przez niego media („Fakt” i „Newsweek”) należą do zagranicznych właścicieli. Moim zdaniem prawda leży o wiele głębiej. To kultura medialna kształtowała przez dziesięcioleci taki typ percepcji treści, dzięki której są one możliwe. Czarno - biały obraz mediów nie odpowiada rzeczywistości, bo dziś wszystkie media są, przynajmniej częściowo stabloidyzowane, co ma swoje zarówno dobre i złe strony (dowodzi na naszym portalu Łukasz Warzecha).

Sławomir Jastrzębowski pisze o śmierci redakcji. I ubolewa, że dzisiaj gazety nie mają już przewagi nad Internetem. Ma rację, ale tej przewagi gazety nie mają już od co najmniej 10-15 lat, kiedy niektóre z nich zaczęły wydawać swoje wersje online, pojawiły się obywatelskie, a potem profesjonalne portale informacyjne, i zaczęła się era dziennikarstwa obywatelskiego, de-profesjonalizacja dziennikarstwa oraz równolegle następował proces zaniku redakcji na korzyść wieloczynnościowych newsroomów albo w ogóle mediów bez redakcji. Tak było na przykład w Telewizji Polskiej już od końca XX wieku. Pamiętam, bo wtedy pracowałem w telewizji publicznej, że dziennikarze stali się tzw. „producentami” programów, ale jednocześnie to zjawisko likwidowało „poziomą” współpracą pomiędzy dziennikarzami na rzecz bezpośredniego podporządkowania dziennikarzy redaktorowi programowemu i dyrektorowi stacji (świadomie nie nazywam ówczesnych dyrektorów redaktorami naczelnymi, bo często nie mieli oni nic wspólnego z dziennikarstwem i byli wyłącznie politycznymi nominatami). Warto też pamiętać o tym, że już w latach 50., 60. i 70. XX wieku w Stanach Zjednoczonych tworzono poza redakcjami zespoły zadaniowe, np. do rozpracowywania afer w dziedzinie dziennikarstwa śledczego. Takimi „zadaniowcami” byli np. Bob Woodward i Carl Bernstein „wyjęci” ze swoich redakcji do tropienia afery Watergate. Oczywiście, brak redakcji i „mistrzów” zawodu niekorzystnie odbija się na poziomie dziennikarstwa, ale właśnie dlatego konieczne wydają się zarówno studia dziennikarskie, jak i systematyczne szkolenia dziennikarzy wchodzących do zawodu w celu podnoszenia ich kwalifikacji. Czasy, do których tęskni Sławomir Jastrzębowski, moim zdaniem już nie wrócą, bo dziś „dziennikarze” zajmują się głównie agregowaniem informacji, a nie ich zdobywaniem. Wystarczy, że ktoś opublikuje coś ciekawego, to natychmiast zostanie ta wiadomość przetworzona i powielona przez setki portali. Warto zauważyć, że dziś właściwie nie ma takiego znaczenia jak dawniej sama „treść” wiadomości, lecz liczy się przede wszystkim jej opakowanie, wyeksponowanie i umiejętność rozpowszechniania. I to są procesy i priorytety, które się nie „odwrócą”. „Dziennikarstwo” staje się „sztuką” znajdowania informacji w Internecie, a nie w rzeczywistości.

Portal Wirtualnemedia.pl (10 września) cytuje Kamila Durczoka, który na Forum w Krynicy stwierdził, że jesteśmy świadkami zupełnego upadku obyczajów. Załamywał ręce nad głupotą mediów, kultem klikalności, braku misyjności i rzetelności. Durczok krytykuje też TVP, że jest tubą propagandową partii. Ze wszystkimi argumentami mógłbym się zgodzić, jednak ważne jest również, kto to mówi. A mówi to człowiek, który nie do końca rozliczył się ze swoją przeszłością i z oskarżeniami o molestowanie swoich koleżanek w TVN. Gdy w publicznej debacie padają zarzuty pod adresem innych dziennikarzy i redakcji, to warto zwrócić uwagę na to, kto je wypowiada. A jak wiadomo często milczenie jest złotem. Szkoda, że nie wszyscy to rozumieją.

O kryzysie dziennikarstwa mówi się od lat. Ma on wiele wymiarów: globalny, ekonomiczny, zawodowy, etyczny, polityczny, żeby poprzestać na wymienieniu tylko kilku z nich. Jednak, z drugiej strony, to co niektórzy uznają za kryzys, inni nazywają transformacją dziennikarstwa. Na naszych oczach tworzy się nowy świat, i trudno w dobie ogromnych i szybkich przemian technologii medialnej spodziewać się, że świat dziennikarski pozostanie taki jak dawniej. Zatem, może lepiej powiedzieć, że świat dziennikarski nie umarł, lecz że wciąż odradza się w nowej, nieznanej dotąd formie.

Marek Palczewski

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl