Autor bon-motów, typu:  - Ciemny lud to kupi - ma nie lada problem. W jaki sposób swojemu bratu Jarosławowi Kurskiemu, pierwszemu zastępcy redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” ma wytłumaczyć, że mężczyzna nie jest kobietą? Więcej, że dorosły mężczyzna nie jest studentem, jeszcze więcej, że dorosły mężczyzna nie jest studentką?

   Sprawny dziennikarz o proweniencji niewątpliwie prawicowej Cezary Gmyz stał się przyczyną kolejnej  kompromitacji TVP.  Sprawa wynagrodzeń w telewizji zawsze budziła gorące emocje, ale z całą pewnością pensja korespondenta TVP w Berlinie przekracza średnią krajową. Ta obecnie wynosi 4513 zł. Śmiem twierdzić, że miliony Polaków mających rodziny na utrzymaniu o podobnym wynagrodzeniu tylko mogą śnić. Pewnie bycie korespondentem w Berlinie wiąże się z dużym wydatkami, i z tego powodu Cezary Gmyz postanowił oszczędzać, na czym się tylko da. Wyszukał w Internecie cudzy login, podszył się pod nową tożsamość studentki niemieckiego pochodzenia, by za darmo korzystać z serwisu internetowego „Gazety Wyborczej”. Idea redakcji sama w sobie szlachetna. Z okazji wyborów samorządowych przygotowała specjalną ofertę dla młodych ludzi, którzy po raz pierwszy wzięli udział w głosowaniu. Dotyczyło to młodych ludzi w wieku 18-22 lat i obowiązuje do 30 listopada 2018. Dostęp do strony administrator udostępniał chętnym, którzy podadzą swój PESEL.

   Oddajmy głos zainteresowanemu: Od ponad miesiąca korzystam z darmowej, cyfrowej prenumeraty wyborczej dla studentów. A właściwie studentek bo zarejestrowałem się przy użyciu generatora PESEL jako studentka Gudrun Maschingewehr czy jakoś tak

   Czy to mają być nowe standardy korespondentów Telewizji Polskiej w krajach Unii Europejskiej  pod kierownictwem Jacka Kurskiego? Można by tak sądzić, zważając na jego milczenie w tej kwestii, która wzbudziła lawinę prześmiewczych komentarzy w Internecie. Nie sposób zacytować żadnego z nich, by nie użyć słów uważanych powszechnie za nieparlamentarne. Znajomi dziennikarze kwitują krótko:  Publiczne chełpienie się kradzieżą jest czymś, co trudno pojąć. Nie przystoi pijaczynie spod budki z piwem, nie mówiąc o człowieku dojrzałym

   Swoje wyjaśnienia poniewczasie Cezary Gmyz, znany z pokrętnych tłumaczeń za każdym razem, kiedy został przyłapany na sprzeniewierzaniu się sztuce dziennikarskiej, pomieścił na Twitterze, że cała sprawa z wyłudzeniem prenumeraty była prowokacją z jego strony. Myślę, że wielu osadzonych w aresztach na całym świecie będzie się powoływać na podobną filipikę dziennikarską, i będzie się nań powoływać … ukradł pan kiełbasę… nie, to była prowokacja, zrabował pan bank … nie, to była prowokacje itp, itd.

   Kiedy nie ma się co powiedzieć, najczęściej się milczy. I taką właśnie strategię w sprawie Gmyza obrał najpewniej Jacek Kurski. Schować głowę w piasek, poczekać, aż nawałnica przycichnie. Być może zbyt mała aktywność prezesa TVP spowodowała, że na niektórych platformach internetowych stawia się otwarte pytanie:  Kto jest prezesem TVP? Pracownicy publicznych mediów mają z tym problem

   A może należałoby napisać po prostu prawdę. Byłoby to prawdziwe nowe otwarcie w Telewizji Polskiej, po dojściu do władzy politycznej dobrej zmiany. Faktycznie, dobra zmiana widoczna jest w kraju, w budżetach rodzin wielodzietnych, największych ofiar transformacji zafundowanej Polakom w 1989 roku przez prof. Leszka Balcerowicza i kolegów. Dobra zmiana widoczna jest też w coraz zdrowszych relacjach pomiędzy państwem a Kościołem. Ważne uroczystości spod stempla Episkopatu Polski, a zwłaszcza dyrektora ojca Tadeusza Rydzyka mają stosowną oprawę liturgiczną, asystę wojskową i bierze w nich udział delegacja najważniejszych instytucji państwa polskiego. I tak być powinno. Mniej przyjemnie się robi, kiedy ten sam kapłan głosi, od lat zresztą to samo, że małżeństwo to – związek kobiety i mężczyzny; że ideologia gender nie przynosi nic dobrego, że cokolwiek Bóg raz zwiąże na ziemi, człowiek niech się nie ośmiela rozwiązywać. Ale ludzie są słabi, grzeszni i próbują sami wcielać się w rolę Stwórcy.

Pijaczki w bramach zamiast uchodźców

   Zastanówmy się, kto odpowiada w stacji telewizyjnej, jakiejkolwiek, za przemycanie propagandy? I też tu nie ma znaczenia, o jaką propagandę chodzi... Za dużo tekstów już napisałam o stosowanej od lat pozbawionej cienia finezji propagandzie politycznej w TVP Info, a ponieważ nie lubię się powtarzać, ograniczę się do kilku konstatacji. Najlepszym dowodem na nieskuteczność totalnej, tępej propagandy uprawianej w TVP Info są wybory samorządowe w Warszawie i Łodzi. Czy też dogrywka, czyli II tura choćby w Krakowie i Gdańsku. Niestosownością, by nie używać mocniejszych słów, była wypowiedz prowadzącej program wyborczy ze sztabu przegranego kandydata Zjednoczonej Prawicy Kacpra Płażyńskiego, że niestety  przegrał … Kto uczył tę dziennikarkę zawodu, warsztatu? Dla porządku dodam, że też trzymałam kciuki za Kacpra Płażyńskiego, ale prywatnie. Publicznie nie wolno dziennikarzowi zdradzać swoich poglądów. Bieganie z kilkoma kamerami za kandydatem Zjednoczonej Prawicy na prezydenta stolicy późnym wieczorem, też nic nie dało. Bo dać nie mogło. Zmobilizowało jedynie przyjaciół, znajomych i członków rodzin kontrkandydata Patryka Jakiego, i ci gremialnie opowiedzieli się za Rafałem Trzaskowskim w Warszawie i Hanną Zdanowską w Łodzi. Każda zmiana w fotelu włodarza lokalnego samorządu, od lat okupowanych przez układy wszelkiej maści, opisywane na łamach tygodników „Sieci”, „Gazecie Polskiej” czy „Do Rzeczy”, zagraża bytowi tysięcy rodzin. Sztabowcy kandydatów Koalicji Obywatelskiej  zmobilizowali tzw. znanych i lubianych ludzi kultury. W efektownym spocie, wyemitowanym tuż przed pierwszą turą wyborczą, jednogłośnie opowiedzieli się za Rafałem Trzaskowskim. Spokojnie, w pozytywnym przekazie. Odpowiedzią sztabu Patryka Jakiego i być może podpowiedzią byłego „bulteriera” PiS w fotelu prezesa TVP był agresywny, pełen złych emocji spot o lawinie uchodźców, której postawić może tamę wyłącznie bezpartyjny (!) Patryk Jaki. Wielu komentatorów mówi, i ja się z nimi zgadzam, że ten spot zniweczył dobrą, aktywną kampanię kontrkandydata Rafała Trzaskowskiego. Moich o pokolenie młodszych znajomych ujęła wizja miasta przyszłości nad Wisłą. Piękne plenery, wieżowce, przestrzeń na rodzinne spacery itp. Aż przykro się robi na samą myśl, że ta fantastyczna wizja nigdy nie zostanie zrealizowana.

   Chlubimy się stolicą „na miarę XXI wieku”, ale dobrze wiemy, że tak nie jest. Proszę przejść się spacerkiem ulicami choćby Woli, a natkniemy się na rudery zagrażające bezpieczeństwu. Z ulic Złotej, Prostej, Siennej, Twardej itp. , a to przecież ścisłe centrum Warszawy, zrobiły się slumsy XXI wieku. Resztka  starych warszawiaków marzy o przeniesieniu się gdziekolwiek, byle dalej od cuchnących piwem i fekaliami przejść. Na zaplanowanych niegdyś podwórkach między blokami dzieci się tam nie uświadczy, bo strach. Ich miejsce zajęli panowie i panie lubujące się w spożywaniu napojów wyskokowych pod gołym niebem. Dlaczego sztabowcy kandydata Zjednoczonej Prawicy nie wpadli na pomysł, by zrobić spot podsumowujący 12-letnią kadencję starszej koleżanki Rafała Trzaskowskiego, pani Hanny Gronkiewicz-Waltz? Dlaczego pierwszy propagandysta w fotelu prezesa TVP niczego podobnego nie podpowiedział? Z prostego powodu, Jacek Kursi nie jest z Warszawy, a ponadto porusza się po mieście limuzyną, w której licznik tylko z rzadka spada poniżej „setki”.

Przegrana Patryka Jakiego to też efekt pracy zagonu dziennikarskiego nowego szefa TVP Info. Nie wiem, co porabia i z czego się utrzymuje ostatnio Marzena Paczuska, była szefowa „Wiadomości”. Zaszła mi za skórę,  przyczyniła się walnie do mojego zwolnienia z pracy, ale w końcu … nie jestem małostkowa, potrafię wybaczać. Niemniej, Marzena była i jest znakomitą dziennikarką. Robiła – jako szef „Wiadomości” tylko to, co jej kazano. Raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy poniżej pewnego standardu. Tymczasem nowa obsada w sercu każdej telewizji publicznej na świecie, czyli w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej nie dość, że zmienia się jak w kalejdoskopie, a wiadomo, że niewłaściwa polityka personalna potrafi „zabić” każde medium. Jedynym kryterium zatrudniania dziennikarzy pozostaje hasło: mierny, ale wierny. Przeczołgano swego czasu niezłą w sumie dziennikarkę Ewę Bugałę. Nie zagrzała za długo miejsca w PKN Orlen. Prawdziwy dziennikarz nigdy nie będzie dobrym urzędnikiem, bo ma niespokojną naturę, ciągle go gdzieś gna, wszędzie doszukuje się drugiego dna. Tak po prostu jest. Sądzę też, że ostre pióro pani Ewy nie było potrzebne w PKN Orlen. Nie wiem, jak innym, ale mnie bardziej podobała się pani Ewa w głównym wydaniu „Wiadomości”, niż obecnie w roli prowadzącej program publicystyczny w TVP Info „W pełnym świetle”. Wcześniej była inna, wyróżniała się, a ostatnio przejęła za dużo cech starych wyjadaczy telewizyjnych. Uśmiecha się do osób, do których się powinna uśmiechać, a bardziej dociekliwa staje się wobec tych, o których zapewne wie, że premier Mateusz Morawicki nie ceni ich zbyt wysoko.  Z jakichś powodów przytępiła też ostrze pióra i języka, niestety nie z korzyścią dla całości.

Rozdwojenie jaźni TVP

Podobne dylematy nie spędzają snu z powiek prezesa TVP, jak mi zdradzili koledzy z TVP, których jeszcze nie zwolniono. Wzywany raz po raz przed oblicze Rady Mediów Narodowych musi tłumaczyć się ze słupków oglądalności. I tu jest prawdziwe rozdwojenie jaźni. Trwające już kolejne dziesięciolecie. Należało sądzić, że ta szumnie zapowiadana instytucja, czyli Rada Mediów Narodowych postawi temu kres. Chodzi o podstawową kwestię. Media publiczne, jak sama nazwa wskazuje, winny widzów edukować – to po pierwsze, informować – to po drugie, i dostarczyć mądrej rozrywki – to dopiero po trzecie. W TVP pod wodzą Jacka Kurskiego te wytyczne zapisane w setkach dokumentów, w tym i sygnowanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji – wszystko jest na opak. Teraz publicznymi mediami rządzi rozrywka, sortu i jakości, delikatnie mówiąc, nie najwyższych. Edukację, tak naprawdę,  zepchnięto do niszowego  kanału dziecięcego. Chwała i za to, ale zgoła inne jest przesłanie i misja telewizji publicznej na całym świecie. Kogoś nie zorientowanego, co mam na myśli, odsyłam do telewizji amerykańskiej PBS - Public Broadcasting Service.

   Wspomniane rozdwojenie jaźni nie kończy się na misji. Bowiem, w ustawie z 1993 roku stoi, że TVP jest spółką skarbu państwa, i jako taka ma przynosić zysk! Tych dwóch rzeczy, czyli wody z ogniem nigdy nikomu się udało pogodzić. Jako że programy edukacyjne sensu stricte interesują inteligencję, a ta w każdym kraju jest niewielka, dobrze, kiedy sięga 10 proc. ogółu społeczeństwa. Dlatego, programy misyjne od początku lat 90. umieszczano w ramówkach  poza prime time, najczęściej gdzieś w okolicy godz. 23:00.  Jest  wyjątek, jak za moich czasów wprowadzona na antenę TVP1 audycja „Jak to działa?”. Było to możliwe pod jednym warunkiem, to nie telewizja płaci za produkcję tego programu, ale sponsor. I zażądał emisję w niedzielę, jeżeli zmieniono by porę nadawania, sponsor zamyka worek z pieniędzmi, i po misji.

   W granicach rozsądku emitowane są dwa z całą pewnością dobre programy misyjne, tj. „Sprawę dla reportera” i „Ekspres reporterów”. To są absolutne wyjątki, bo wyjątkowi są ich prowadzący, a co więcej, te programy są długo obecne na antenie, i zdążyły pozyskać wierną widownię. Ponadto, ewidentnie, obie audycje pomagają ludziom. Ich autorem jako żywo nie jest prezes TVP Jacek Kurski. Jeżeli już, to za jego kadencji powrócił na antenę program śledczy Anity Gargas. Zrobił to, domyślam się, nie z własnej i nieprzymuszonej woli. Po prostu autorka cieszy się zaufaniem ważnych polityków Zjednoczonej Prawicy, i tyle. Prezes TVP nie mógł zlekceważyć ich zdania. Program podobny jest potrzebny, tylko życzyłabym sobie, żeby był bardziej obiektywny, czyli zachowywano w nim fundamentalne prawidła sztuki dziennikarskiej. Ale niestety tak nie jest. Bohater programu nie cieszący się sympatią polityków PiS jest  prezentowany najczęściej jako zło wcielone. Kiedy w roli bohatera reportażu występuje polityk lub przedsiębiorca, którego politycy PiS lubią, nie usłyszy on żadnego niewygodnego pytania, nikt mu nie przerywa, nie skrada się za nim z kamerami itp. Prawda jest taka, że autorka programu się nie zmieniła, ona zawsze tak samo uprawiała i uprawia dziennikarstwo śledcze. Tyle tylko, że to nie ma nic wspólnego z rzetelnym, obiektywnym i niezależnym dziennikarstwem. Znacznie więcej obiektywizmu można przy odrobinie dobrej woli doszukać się w programach interwencyjnych w prywatnych stacjach telewizyjnych TVN i Polsat.

   Słowem, trzeba przyznać, że Rada Mediów Publicznych postawiła przed prezesem TVP zadanie niewykonalne. Nie da się w tej samej stacji uprawiać misji publicznej i jednocześnie zarabiać. Nie i już. Szef Rady Mediów Narodowych obiecał publicznie, że ten stan rzeczy rychło zostanie zmieniony, ale mija już kolejny rok jego urzędowania, i nic się nie zdarzyło. I najpewniej się nie zdarzy. Też z prostego powodu, pan prezes Rady Mediów Narodowych nie czuje tego medium. Był dotąd dziennikarzem prasowym i przez jakiś czas zajmował się jako prezes radiem. A telewizja to inny byt medialny, że tak się wyrażę. Operuje innymi środkami. Znakomity tekst prasowy, wart nagrody Pulitzera, nie przekłada się prosto na język telewizji. W tym ostatnim medium operuje się językiem i obrazem, a nie tylko językiem. Bodaj tylko nieżyjący już Gustaw Holoubek potrafił przykuć uwagę widzów. Po prostu człowiek ten siedział i mówił, a ludzie niemal z otwartymi ustami chcieli go słuchać. Dlaczego? Bo on zawsze miał coś ciekawego i interesującego do powiedzenia. Operował fantastyczną dykcję i grał, jak na scenie. Czy jest ktoś dzisiaj, kto mógłby przykuć widzów do fotela, jak Holoubek, nie wiem. Ja nikogo takiego  nie znam. Już klasyk Marshall pisał, że telewizja jest przedłużeniem rzeczywistości nas otaczającej. A inny klasyk dodawał, że od XX wieku telewizja stała się maszynką do sprzedawania reklam. Taką maszynką, tylko co i rusz się zacinającą, jest właśnie TVP.

   Najlepiej bodaj działa ta maszynka w wykonaniu Polsatu. Programem rządzi osoba, która zęby zjadła na telewizji, nazwij ją biesiadną. Czyli oferującą produkt, który widzowie chcieliby oglądać. Co kwadrans czy trochę dłużej, nie sprawdzałam z zegarkiem w ręku, przerwa się najbardziej zabawny program rozrywkowy, zwykle tuż przed kulminacyjnym momentem, i wtłacza ludziom papkę, że kolejny proszek do prania jest tym produktem, który każda pani domu powinna mieć, albo inne podpaski, żele do włosów dla panów itp. W telewizji publicznej maszyna reklamowa się zacina, gdyż ustawodawca zabronił przerywać programu reklamami. Łebski Marcin Wolski znalazł rozwiązanie. Po prostu jeden program sztucznie podzielił na dwie audycje pod dwoma różnymi tytułami. Ale trzeba mieć talent i doświadczenie kolegi ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Z tych zawiłości finansowo-merytorycznych w telewizji polskiej zdaje się mieć świadomość bodaj jeden członek Rady Mediów Narodowych, Juliusz Braun. I kiedy się posłucha lub poczyta relacje z posiedzeń rady, tylko były prezes TVP Juliusz Braun ma coś istotnego do powiedzenia. Ideologicznie się z nim nie zgadzam, ale widać i słychać, że nie tylko pobierał pensje jako prezes TVP, ale jej się jakoś nauczył.

Zenek Martyniuk i Sławomir nie wystarczą

   Zgoła inną metodę preferuje obecny prezes. Uznał, że tym razem „kit” widzom będzie wciskał opowieściami o tym, że winne wszystkiemu są ośrodki badania widowni. Firmę Nielsen odsądził już od czci i wiary. Zapewne w jakimś sensie podnosi słuszne argumenty. Zapomina wszak, że prywatna firma nie jest instytucją charytatywną. Prezes Jacek Kurski wymyślił sobie, że jego misją będzie wmawianie ludziom, że największymi idolami publiczności w XXI wieku będą Zenon Martyniuk i śliczny Sławomir. Otóż, oświadczam, że tak nie jest i nigdy nie będzie. Ci artyści adresują swoją twórczość do określonego targetu, i robią to zapewne świadomie. Disco polo jest niewątpliwie gatunkiem muzycznym, ale telewizja polska nie jest medium na usługach tych pieśniarzy. Żaden z tych panów nigdy nie zdobędzie sławy i uznania Seweryna Krajewskiego, Agnieszki Osieckiej, Czesława Niemena, zespołów Skaldowie, Dwa plus Jeden, Czerwono Czarni itp. Twórczość tych ostatnich też klasyfikowana jest jako muzyka rozrywkowa, ale ich wyższość polega na tym, że oprócz łatwo wpadającej w ucho melodii, artyści czysto śpiewają, mają świetną dykcję, tekst jest wyraźnie artykułowany, a najważniejsze, każdy z utworów niesie za sobą jakąś mniej lub bardziej ważką treść. Coś ważnego ludziom mówi, o nich samych i otaczającym świecie. Zapewniam, nie każda kobieta ma zielone oczy

   Skoro jest tak źle, to dlaczego wciąż przełożeni Jacka Kurskiego dają mu wolną rękę, przymykają oko na związek niesakramentalny, przekraczanie przepisów kodeksu drogowego, lansowanie rozrywki tak niskiego lotu – zapyta niejeden. Ci najważniejsi przełożeni, mają tysiące innych ważniejszych spraw na głowie. Ci mniej ważni przełożeni sami nie wiedzą, jak zrobić telewizję publiczną, misyjną i chętnie oglądaną. Wolą więc schodzić z ostrzału i po cichu, bez błysków fleszy dosypać grosza podatników. Liczby nie kłamią. Okazało się, że miniony 2017 rok był kolejnym rokiem z rzędu ze stratami TVP. W pozycji wpływy z reklam widnieje kwota 799 mln zł, i jest to o 73 mln zł mniej niż w roku poprzednim. Deklaracje coraz bardziej złotoustego patrioty Jacka Kurskiego o jakościowych, przywracających tożsamość i godność programach TVP, rzeczywistości nie zdołały zaczarować. Ta jak skrzeczała, tak skrzeczy. Trzeba też przyznać, że nie pomagają prezesowi TVP jego koledzy z ministerstwa kultury, Rady Mediów Narodowych i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wszystkie te instytucje jesienią 2015 roku, czyli w okresie euforii powyborczej, zapewniali, że lada chwila zostanie uchwalona nowa ustawa abonamentowa. Ogłaszano coraz to nowe pomysły, po czym się z nich rakiem wycofywano, bo okazywało się, że ktoś czegoś nie doczytał, że za chwilę wkroczy wszechpotężna Unia Europejska i wywróci zapisy do góry nogami, a Polska zostanie ukarana sowitą kwotą. Koniec końców, wpływy z abonamentu skurczyły się do 355 mln zł, o 10 mln zł mniej niż w 2016 roku. Znawcy tematu zjawisko to tłumaczą wprost: Nie podoba mi się TVP, więc nie płacę abonamentu! Brakujące miliony - z których zapewne część przeznaczył na szumnie zrelacjonowane otwarcie nowego studia TVP Info, z przecinaniem czerwonych wstęg i tym podobnymi fajerwerkami – prezes TVP pokrył, a jakżeby inaczej, zaciągając pożyczkę z budżetu państwa. Czy zdoła ją spłacić, to już nie będzie jego problem. Prezesi Telewizji Polskiej nie odpowiadają prywatnym majątkiem. W każdym razie, na razie bawimy się dalej, bo … ciemny lud i to też kupił. Koledzy posłowie stanęli na wysokości zadania. Z tytułu tzw. ustawy abonamentowej TVP uzyskała rekompensatę „za przychody a abonamentu rtv utracone w latach 2010 – 2017 z tytułu zwolnienia z tej opłaty niektórych grup społecznych”.

   Wracając do wątku, od którego zaczęłam. Kamil Durczok za niestosowne zachowania wobec podwładnych dziennikarek został wyrzucony na tzw. zbity pysk w stacji komercyjnej. Dziennikarz publicznej telewizji cieszy się nadal intratną posadą korespondenta. Wstyd, kompromitacja, czy li tylko nieporozumienie, głupi żart? Nie takich standardów rzetelnego dziennikarstwa uczą wykładowcy na wszystkich polskich uczelniach, od Uniwersytetu Warszawskiego po Szkołę filmową im. L. Schillera w Łodzi. Chyba że, Telewizja Polska pod wodzą Jacka Kurskiego wprowadziła specjalne standardy dla swoich korespondentów zagranicznych. Skoro tak, to bardzo przepraszam …

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl