Czas płynie, obrazy zacierają się w pamięci.  Poeta napisał: na ulicach coraz więcej ludzi, a coraz mniej znajomych twarzy. Wypadają z głowy nazwiska. Przychodzą szeroką ławą nowi ludzie. Oni o tamtych… starych nie pamiętają, albo i nigdy nawet nie słyszeli.

Fot. Wikipedia

   Była sobie pani Irena. Redaktor Irena Dziedzic – dokładnie. Była bardzo ważna, jeszcze bardziej popularna. Była bardzo długo i mocno. Gdy mówiła to donośnie i wyraźnie, słychać było każdą literkę. Stała pewnie na długich i pięknych nogach. Była bardzo pewna siebie, ale ponieważ szedł za tym profesjonalizm publiczność ceniła i lubiła panią Irenę. A może i więcej. Gdy wspólnie z konferansjerem doskonałym, popularyzatorem wspaniałej muzyki Lucjanem Kydryńskim prowadziła przez lata sopockie festiwale piosenki – byli prawdziwymi idolami.

   Pamiętam, jak w słynnym 1968 roku dzielnicowy sekretarzyk wiodącej partii na Mokotowie (a telewizja właśnie podlegała mokotowskiej instancji), rzekł mi – „Byśmy ją zdjęli, ale ona ma legitymację jeszcze PPR-owską z lat czterdziestych”. Chcieli, ale nie śmieli. Pamiętam też inną scenę. Poszło po telewizji, że program „Teleecho” ma być odwołany z anteny. Poleciała wówczas na 9. piętro, gdzie zapadały najważniejsze decyzje w wielkim wieżowcu kompleksu telewizyjnych gmachów przy Woronicza (nota bene budynek został już rozwalony). Wbiła się w fotel pod drzwiami gabinetu ówczesnego prezesa Macieja Szcepańskiego , tego który niesłusznie nazywany był krwawym, bo tak naprawdę to był na ogół drinknięty. I rozryczała się w głos. Szloch rozchodził się donośnie i wszyscy ważni i mniej ważni okropnie się przestraszyli. Makijaż i kredka płynęły ciurkiem po policzkach zostawiając bruzdy. Sekretarka prezesa omal nie zemdlała. Nikt nie wiedział co robić. Rozwarły się wreszcie drzwi od gabinetu i „straszny” Maciej wyskoczył. Stanął przed zalaną łzami i wrzasnął: „Irena przestań, nikt ciebie nie wyrzuca!”

   Chcecie to wierzcie, chcecie nie wierzcie, ale takie to były czasy i obyczaje. Dziś mamy za to leasing ludzi. Kto wie, czy wyrzucani teraz nie woleliby, by ich traktowano nawet brutalnie, ale jednak pozostawiano w robocie. Teraz leasingowani długo walczą bezskutecznie i marnują pieniądze na niedołężne papugi.

   Irena Dziedzic to nie była jakaś tam panienka z okienka. To była instytucja. Ćwierć wieku trwało „Teleecho”. Inna rzecz, że wtedy tak często nie wylatywało się z pracy, nawet z tych najważniejszych stołków. Ot, choćby tacy premierzy. Jeden z nich trwał szczególnie długo. Kiedyś przyuważono go, jak stał na rogu Kruczej i Wilczej i rozmawiał. Właśnie z Ireną Dziedzic. Telewizyjną gwiazdą. Premier był dokładnie ogolony na całej głowie. Postawny facet, elegancki, a obok buchająca życiem i zdrowiem wspaniała kobieta w kwiecie wieku. I tam na ulicy gaworzyli sobie. Skądinąd wiem, że rozmowa dotyczyła reżysera Andrzeja Munka, który był jakoś tam skoligacony z Józefem Cyrankiewiczem, a w domu pod którym stali mieszkała siostra filmowca. Ale fama, jak to fama poleciała szybko po parzystych i nieparzystych posesjach – tych co idą przez Warszawę numerowo od Wisły i tych które z biegiem rzeki zasuwają (tylko Puławska jest wyjątkiem). Premier Józef Cyrankiewicz był wtedy mężem znanej aktorki, oczywiście i zasłużenie też gwiazdy. Ale popularność płynąca z występowania w telewizji działała obezwładniająco na wyobraźnię ludzi. Telewizyjne gwiazdy to nie były meteoryty, ale rzeczywiście jak ciała niebieskie świeciły mocno.

   „Tele Echo, echo, echo…” - łagodnie wypływało z głośników i milkły w domach swary i kłótnie. Zamierano w oczekiwaniu. Przed panią Dziedzic siedział sparaliżowany delikwent i błagał oczami o łaskę. Dama o wielkich oczach, wydatnych ustach i rzymskim nosie zadawała pytania. Nie powalała rozmówcy, nie niszczyła go, ale robiła z nim co chciała. Wszystko było perfekt wyuczone. Redaktorka wymyślała wprzódy nie tylko swoje pytania, ale sama pisała gościom odpowiedzi, żądając wykucia tego wszystkiego na blachę.

   Zdarzyło się jednak, że trafiła na silną osobowość. Na Wandę Łuczycką, która wówczas w „Dramatycznym” święciła triumfy w „Wizycie starszej pani” Dürrenmatta. Pani Wanda Pani Irenie powiedziała:

- NIE!

   Nazywaliśmy ją w środowisku – usłyszałem przed laty od wspaniałej aktorki - nauczycielkąWiększość moich kolegów na takie traktowanie jednak się godziła, po prostu bali się telewizyjnej terrorystki. No ale ja nie wystąpiłam pod dyktando.

   „Życiem” zaryzykował również Marek Kwiatkowski. W końcu profesor, dyrektor Królewskich Łazienek, po których to on właśnie – wyznaczany przez władzę – oprowadzał królową brytyjską , Jacqueline Kennedy, a także… Michaela Jacksona (nawiasem mówiąc idol młodzieży bardzo go polubił). Tenże szalony dyrektor, no ale następca profesora Stanisława Lorentza, odmówił Dziedzicowej występu w „Tele Echu”. Najpierw coś tam kręcił, ale w końcu na kolejny telefon powiedział zdecydowanie, że się nie zgadza. Redaktorka zamieniła się najpierw w podlizującą się do profesora przymilną fankę. Namawiała brzęczącą monetą, chwaliła książki historyka sztuki. Powoływała się na znajomości z dyrektorem Muzeum Narodowego i w ogóle ze wszystkimi świętymi. Demonstrowała, że jest wspaniale przygotowana do wywiadu. Zgadzała się na wszelkie decyzje rozmówcy, obiecywała podwodę. A ten – cholera – nie i nie. No to następny telefon nie był już miły: „zniszczę cię dziadu, nie daruję”. Na tym rozmowy się zakończyły.

   Ale ani profesora Kwiatkowskiego nikt nie zniszczył (niestety w końcu choroba), ani Pani Irena go nie zastrzeliła. Sama dożyła jak niedawno wszyscy się dowiedzieli 93 lat.

   Miała charakter. Potrafiła docenić również charakter u innych. Oto na przykład w studio telewizyjnym, gdzie kiedyś spotkała się w programie z Haliną Miroszową – słynną Matką Polką, kobietą naprawdę dobrą i wrażliwą, doszło do takiej oto sytuacji: program był o niegrzecznych dzieciach, wychowaniu itp. W pewnym momencie Irena Dziedzic powiedziała dosłownie: -„Gdyby dzieciom dać do wyboru to najpierw zjadłyby deser, a potem grymasiłyby nad zupą”. Halina długo się nie namyślała i odparowała: - „Pani Irena mówi o wychowaniu dzieci, z tym że ja je mam, a ona nie”. Zapanowała cisza. Reżyser, kierownik produkcji byli wówczas blisko zawału. Najbardziej wpływową w telewizji redaktorkę zamurowało. Ale gdy zgasły w studio światła Dziedzicowa podeszła do Miroszowej, wyciągnęła prawicę i powiedziała: - Irena jestem. Przeszły na ty.

   Dziedzicowa rządziła. Drobne sprawy i kłopoty załatwiał za nią wierny pomocnik i oddany bez reszty – chyba nawet przyjaciel – mały i byle jak ubrany Kazio. Dokładnie jego stanowisko w telewizji nazywało się wówczas kierownik produkcji. Dziś oczywiście to Producenci. Kazio, a dokładniej Kazimierz Klusek przyjechał do Warszawy z jakiegoś strasznego zadupia, ale szybko się przebił w telewizyjnej dżungli, a nawet ściągnął do stolicy i ustawił całą swoją wieloosobową rodzinę. Był nieokreślonego wieku i nieokreślonej urody, ale wszędzie było go pełno. Skuteczność Kazia w załatwieniu czegokolwiek była prawie stu procentowa. Oczywiście w tym załatwianiu posługiwał się nazwiskiem swojej szefowej. Ona… nic o tym nie wiedziała, a on szedł jak burza. Zawsze wiedział do kogo zadzwonić i jak zagaić.

   Wiele lat spędziłem w redakcji Jerzego Ambroziewicza, Mariusza Waltera – jednak powołanie się na Irenę Dziedzic było najbardziej skuteczne. Można być pewnym, że Kazio kochał bez reszty swoją panią, ale trzeba przyznać, że i ona choć czasem traktowała go jak sierżant rekruta, okazała się dobrym człowiekiem. Gdy zachorował, była do końca w szpitalu przy jego łóżku. Angażowała najlepszych lekarzy, sprowadzała leki. Pierwszy atak choroby został odparty. Drugi już nie.

   Może ten czy ów czytając to, co tu piszę żachnie się – że przesadzam. Albo że nie piszę o ciemnej medialnej stronie tamtych czasów, o manipulacji, podporządkowaniu się władzy. To wszystko oczywiście było – ze Związkiem Radzieckim i wiodącą bezwzględną rolą partii i politycznej policji. Ale czasy się zmieniały i stopniowo można było coraz śmielej sobie poczynać. W te szczeliny wciskali się dziennikarze, filmowcy, artyści. Przecież nie było u nas pustyni, tu żyli ludzie. Chodzili do kościołów, ale czasem chcieli się też rozerwać. I łaskawa władza, te dobre paniska – to rozumiały. W końcu zresztą oni prawie wszyscy mieli rodowód plebejski.

   Jak wiadomo finałem był jednak stan wojenny. Uczciwi dziennikarze wypadli z gry, wielu z nich nawet na kilka lat, lub emigrowali. Kościół zaprosił wyrzuconych do duszpasterstw twórczych. Nie tylko w Warszawie, ale i w wielu miastach. W stolicy inspiratorem i niestrudzonym organizatorem w duszpasterstwie był poeta, ksiądz Wiesław Niewęgłowski. Stworzył przystań dla wylęknionych. Z powierzonych mu kościołów, a właściwie piwnic pod nimi płynęła pomoc konkretna – rozdysponowywane były wśród ludzi pozbawionych środków do życia produkty żywnościowe, higieniczne, ubrania i buty wwożone w stanie wojennym do Polski tirami. Trochę się tułaliśmy po Warszawie, aż w końcu ukończona została budowa własnego kościoła na Placu Teatralnym. Działa tam Duszpasterstwo Środowisk Twórczych do dziś. Wtedy jednak między 13 grudnia 1981 r. a 4 czerwca 1989 r. było to prawdziwe schronienie i dla duszy, i dla ciała – dla aktorów, muzyków, plastyków, pisarzy i dziennikarzy. Doszlusowała tu również Irena Dziedzic, a w naszym kościele nikt nie pytał skąd przychodzisz. Ale krótko siedziała spokojnie w ławce. Bierne uczestnictwo jej nie wystarczyło. Oczywiście za zgodą księdza Wiesława, a może nawet z jego inspiracji została wysłana na ambonę, by czytać Słowo Boże. W końcu dykcję miała doskonalą. No, niestety odbyło się to chyba za szybko. W końcu ona była tu nowa i zdenerwowały się panie zasłużone, które wiele godzin, dni poświęciły społecznej pracy. Te moje wpływowe, pobożne koleżanki skrytykowały mocno decyzję księdza prałata. On zaś w pewnym momencie coś tam ostro odpowiedział redaktorce i kontakt się urwał. Jednak Irena nie do końca się obraziła. Widywałem ją na uroczystościach pogrzebowych w kościele, brała udział w mszach, przystępowała do komunii.

   Ostatnia nasza rozmowa miała miejsce przed kilku laty. Siedziałem wówczas dość długo w biurze Stowarzyszenia, gdy nagle do pokoju zarządu głównego weszła Irena Dziedzic. Zapytała o dyżur sekretarki, twierdząc że chce zapłacić składki. – Bo tu jest SDRP prawda? – rzekła.

   - Nie Irenko, jesteś w lokalu SDP, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a SDRP czyli Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej jest piętro wyżej. – odrzekłem.

   - Aha.

   W ten sposób wyjaśniliśmy sobie kto jest w której organizacji. Jednak tematu nie ciągnęliśmy, ponieważ ja na przykład uważam, że „starych drzew się nie przesadza”. Ale i tak rozmowa była długa, chyba z dwie godziny. Między innymi było o dawnych latach. Sporo się dowiedziałem. Irena się trochę rozgadała i wróciła do bardzo ciekawych wspomnień. Opowiedziała mi między innymi o swoim mężu, bo była jednak mężatką, o czym mało kto wiedział, o udanym związku i o pewnym incydencie, który zaczął się niegroźnie, ale skutkował nieprzyjemnie. W knajpie, tuż obok naszej siedziby na Foksal moja nieco starsza koleżanka była z mężem na kolacji. Upatrzył ją sobie podpity facet z sąsiedniego stolika. Grał zespół muzyczny. Osobnik ów wstał w pewnym momencie energicznie i podszedł do Ireny i bezceremonialnie wziął za rękę by zatańczyć. Mąż Ireny oczywiście zareagował. Wywiązała się szamotanina. Od razu  zjawili się nie tam żadni milicjanci, ale bezpieka. Przy stoliku obok siedzieli faceci w randze – polscy i radzieccy. Oczywiście w cywilu. Potem był areszt, przesłuchiwania i dużo pieniędzy poszło na adwokatów. Incydent zaważył oczywiście na życiu codziennym. Małżonek był inżynierem i dość długo nie mógł znaleźć pracy. Ale sobie jakoś poradzili. Niestety mąż zachorował. Została wdową. Zdecydowała się wówczas na uczestnictwo w pierwszym telewizyjnym konkursie na spikerów. Była ostra rywalizacja. Zjechali się do Warszawy ludzie z całego kraju. Do pracy przyjęta została trójka – Eugeniusz Pach, Jan Suzin, i Irena Dziedzic. Wszyscy potem pracowali w Telewizji Polskiej bardzo długo. Wszyscy mieli niezwykły dar – aparycji, głosu i gustu. Byli bardzo lubiani.

Stefan Truszczyński

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl