Cóż, wyciągnęliśmy się jakoś  z pułapki, zastawionej  przez liberalną lewicę – teorii,  że dziennikarz musi być obiektywny. I choć Łukasz Warzecha jeszcze niedawno upierał się przy tej „honey trap”, dziś już szczęśliwie rozumie, że „publicysta nie ma być obiektywny. Ma mieć poglądy, nawet wyraziste”. Ale, dodaje, „Nie wolno mu jednak mieć sympatii partyjnych. Jeśli takimi się kieruje, przestaje być publicysta, a staje się propagandystą jednego z ugrupowań”.  Nie wiem, skąd Łukasz Warzecha wziął informację o moich afiliacjach partyjnych, skoro nawet ja nic o tym nie wiem. Nigdy do żadnej partii nie należałam, a jedyną organizacją masową, której byłam członkiem, to „Solidarność” – co mojemu koledze po piórze, pewnie z racji wieku, nie było dane. Z tej właśnie, generacyjnej przyczyny, powojenna historia Polski przeszła mu koło nosa i pozbawiła doświadczeń i wielu ważnych odniesień.  Być może dlatego adoptuje różne teorematy, z których jedne – jak ten o publicystach i obiektywizmie – porzuca, a do innych  bardzo się przywiązuje.  Ostatnio do tego o konserwatywnych propagandystach.  Ciekawe, po jaką miarę sięga by zmierzyć, publicysta ci to czy propagandysta? 

    Gdyby lepiej znał realia  starych demokracji, wiedziałby, że ponad programami partyjnymi istnieje sfera wartości, wspólna dla konserwatystów i liberalnej lewicy.  To interes państwa, służebny charakter władzy, bezwarunkowość prawdy jako podstawa opisu świata, uczciwość   polityków i brak zgody na korupcję, etc.  A która z polskich partii realizuje te postulaty? Prawo i Sprawiedliwość, że przypomnę niechlubne przypadki Hoffmana, Girzyńskiego czy Stanisława Pięty, których już w ugrupowaniu nie ma. Kolejna sprawa, program partyjny. Czy zna pan manifest wyborczy Platformy Obywatelskiej, Teraz!,  Wiosny? Oczywiście prócz haseł światowej międzynarodówki, dotyczących spraw obyczajowych? Program  reform  państwa, zniszczonego przez 45 lat komuny i 30 nie wiadomo czego, rozpisany – jak  to robią brytyjscy torysi – na resorty?  Czy któraś z partii go ma? Znowu, tylko Prawo i Sprawiedliwość.  A teraz wartości, na których wspiera się program, a które wprawiają w ruch  przemiany w kraju.  PiS taki pakiet wartości ma.  Niezwykły charakter życia ludzkiego, centralne miejsce rodziny, opartej na związku mężczyzny i kobiety, historia i tradycja jako podstawa kształtowania tożsamości narodowej, plus demokracja, a więc wolność słowa i prawa człowieka. Ale reszta?  Więc jeśli  istnieje jakaś  wspólnota między częścią publicystów a władzą,  jest to jest wspólnota wartości, konserwatywnych. Ale to chyba nie jest  zabronione, nawet dziennikarzom - choć przez dekady, i owszem, było. Przypomnę, że wartości konserwatywne przez 45 lat były zrównywane z trawą przez państwo totalitarne, a za upominanie się o nie, ludzie byli więzieni, a zdarzało się że mordowani. Rozumiem trudności pokoleniowe, ale może lepiej wtedy nie rezonować? Publicysta ma bronić prawdy (tak jak ją rozumie),  tłumaczyć widzom lub czytelnikom komplikacje świata  (jeśli  potrafi) i upominać się o poszkodowanych, ofiary przemocy, nieuczciwości i manipulacji  (jeśli ma odrobinę sumienia).  Ale gdzie są  dowody na to, że mamy w Polsce władzę opresywną? Owszem, jest, we Francji, w Niemczech, Hiszpanii,  nie mówiąc o afrykańskich czy azjatyckich dyktaturach. Ale w Polsce  po przemoc sięga wyłącznie opozycja totalna!

    Aby lepiej zrozumieć, co się w Polsce dzieje, trzeba wspomnieć o dwóch nowych fenomenach, które  zaważyły na naszym życiu   politycznym. I mocno je zmieniły.  Po pierwsze, od 25-30 lat trwa wędrówka elementów programowych, tzw. mixed programmes. Na większą skalę zaczęło się w 1997 roku od Tony Blaira, który sięgnął  po fragmenty manifestu wyborczego torysów i sformułował brytyjską Trzecią Drogę, którą trzy razy wygrywał wybory. Potem to samo, lecz w drugą stronę, zrobił w 2010 roku David Cameron. W każdym razie  już 9 lat temu stało się jasne, że żadna ze współczesnych partii konserwatywnych nie może obejść się bez  segmentu socjalnego. PiS ten dobry trend, wytrącający zresztą broń ideologiczną z rąk lewicy, powtórzył, przez co doszlusował do tej nowej europejskiej tendencji. Czy to żle?  Wręcz przeciwnie.  Oraz zjawisko drugie – kiedy trzy lata temu opozycja prawicowa została wymieniona na opozycję lewicową,  totalną, to nie władza, lecz opozycja zaczęła sięgać po przemoc. Atakuje konserwatywnych posłów, w Sejmie i poza, podpala ich biura poselskie, napada na dziennikarzy konserwatywnych. Po prostu życie pisze scenariusze, które nie mieszczą się w głowach niektórych dziennikarzy, a które rządzą się jednak pewną logiką, skoro już 250 lat temu Edmund Burke pisał o „kulcie elit lewicowo – liberalnych, jej zapędach autorytarnych, pogardzie dla społeczeństwa i ciągłych próbach wypchnięcia konserwatystów ze sceny politycznej”. A co widać aktualnie w Polsce? Czy czasem nie „ciągłe próby wypchnięcia konserwatystów ze sceny politycznej” i medialnej? Czynią to zresztą, jak widać, nie tylko PO i Nowoczesna, SLD i Wiosna...

   Czytając teksty Łukasza Warzechy, nie wiem jaki wyznaje światopogląd. Czy to plus czy minus publicystyki? Moim zdaniem, minus. Wydaje się, że skacze od jednego do drugiego punktu widzenia, jak konik szachowy, i w istocie żadne wartości nie są mu potrzebne. Choć czasem myślę, że jednak lewicowo-liberalne? Ale co z podobnych tekstów wynika dla czytelnika? Czy nie jest to przypadkiem, jak pisał poeta Bohdan Chorążuk, tylko „bełtanie błękitu w głowie”?  Dalej, Warzecha z dumą opowiada, że jestem w dość dużej grupie tych, których on irytuje. Mam nadzieję, że nie jest to celem jego publicystyki, irytować, wkładać kij w szprychy, wprowadzać zamęt?  Wiem, prowokacja kusi dziennikarzy młodych i ambitnych, sama przez tę chorobę przechodziłam – ale z tego zwykle się wyrasta!  Publicystyka, pozbawiona podstaw wartości, to  jedynie substytut publicystyki. Rzadko czytuję teksty Lukasza Warzechy, bo lubi posługiwać się formułą „mam wrażenie”, „w mojej opinii”, a do mnie podobne argumenty nie przemawiają. Np. pisze „mam wrażenie, że wiele osób myśli podobnie jak pani Królikowska-Avis, a jest to myślenie całkowicie błędne”. I tu odzywa się bodaj największa wada jego pióra, przeświadczenie, że wszyscy dookoła nie mają racji. Przyzna pan, że to nie jest dobry punkt wyjścia do jakiejkolwiek polemiki? Jednym słowem, wolę teksty bardziej wyraziste, chętnie korzystające z zebranych doświadczeń i  zakotwiczone w świecie wartości – jakiekolwiek by one były – a nie zapis aktualnego stanu uczuć autora. Chyba, że jest to Karol Irzykowski albo Stanisław Cat-Mackiewicz…   

   Spójrzmy na  pierwszą dziesiątkę  laureatów konkursu SDP  na  najlepszych publicystów 100-lecia. Stanisław Cat – Mackiewicz, św. Maksymilian Kolbe, Stefan Kisielewski, a zaraz potem Gustaw Herling – Grudziński, Melchior Wańkowicz, Jan Nowak – Jeziorański, Jerzy Giedroyć, Ryszard Kapuściński i Jozef Mackiewicz.  Wszyscy oni mieli bardzo zdecydowane światopoglądy. Publicysta, to nie jest „człowiek bez właściwości” czy obserwator, który dzieli się swoimi wrażeniami, ale zwykle ktoś zaangażowany, który nie tylko nie kryje się z poglądami, ale potrafi ich bronić.   W Wielkiej Brytanii, gdzie pierwsza batalia o wartości w prasie rozegrała się ok. 250 lat temu, poseł – dziennikarz John Wilkes , właściciel The North Briton, spędził za swoje poglądy 8 dni w pace, dziś praktyka jest taka: do studia Today w  BBC Radio  4  zaprasza się przedstawicieli obu stron konfliktu, a zaprasza właśnie po to, by się swoimi  poglądami z odbiorcami podzielili! Konserwatywnymi czy lewicowo-liberalnymi. Jako obywatele swego kraju mają prawo do swoich poglądów, a jako komentatorzy zaproszeni do studia, mają tę opinię wygłosić, a potem słuchacz lub czytelnik wybiera sobie tę, która mu bardziej odpowiada. I trudno sobie wyobrazić, żeby BBC czy Guardian opowiadał się za Brexitem, a przeciw liderowi opozycji Jeremy Corbynowi, a dziennikarz The Daily Telegrapha zakwestionował wolę narodu, wyrażoną 3 lata temu podczas referendum. Oczywiście, w praktyce jest to bardziej skomplikowane, ale zasada wciąż działa. A w Polsce tak się dzieje, że  opozycja totalna bez zahamowań, często brutalnie, krytykuje władzę, do czego ma prawo, a  konserwatyści, jeśli tej władzy coś się uda, nie mają prawa o tym pisać?   Czy nie jest to sytuacja z cyklu „w oparach absurdu”?  Czy nie czas, aby przypomnieć, że – obok ważnej powinności dziennikarza „patrzeć na ręce władzy” - jest inna, „dziennikarz winien pisać prawdę”? Ze przypomnę tu choćby zdanie z eseju „Człowiek zbuntowany” Camusa, "być wolnym, to móc nie kłamać”. Wolność bez prawdy, jak to się dzieje w demokracjach liberalnych  na Zachodzie,  czy prawda bez wolności, co sami pamiętamy sprzed 1989 roku, stają się swoją własną karykaturą.  Zwłaszcza, że w Polsce nie ma jeszcze pluralistycznej sceny medialnej, konserwatyści wciąż pozostają w mniejszości i decydujący głos ciągle dzierżą prywatne media lewicowo-liberalne.  A totalna opozycja zawarła sztamę z lewicą z Brukseli – vide ostatnia wizyta Fransa Timmermansa w Polsce, by lansować  Wiosnę Biedronia – i razem ciężko pracują, żeby konserwatywny rząd, który już wiele dobrego dla społeczeństwa, zwłaszcza nieuprzywilejowanych, zrobił,  jak najszybciej obalić.

    Wartości w publicystyce… Jeśli ich nie ma, ta publicystyka jest funta kłaków warta.  Spójrzmy na pierwszą dziesiątkę laureatów konkursu SDP na najlepszych publicystów 100-lecia. Czy jest tam choć jeden bez wyrazistych poglądów, których całe swoje dorosłe życie  bronił?  Gdyby nie ten wyróżnik wartości, byliby tylko bardziej lub mniej inteligentnymi,  utalentowanymi  rzemieślnikami.  I tak jest do dziś.

Elżbieta Królikowska-Avis

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl