Wśród licznej korespondencji znalazłem jakże ciekawy głos, notatkę Koleżanki Olgi Branieckiej. Pomyślałem (bez uzgodnienia z Olgą, ale juz nie ma na to czasu), że warto aby się z tą refleksją zapoznali wszyscy którzy wezmą udział w Zjeździe OW SDP. Przeczytajcie. Warto !!!

Warszawa, 11 lutego 2012 roku
Głos odrębny na zakończenie kadencji

 Nadobne Panie, Szlachetni Panowie!

   czytam właśnie po raz drugi małą książeczkę nieocenionej Eli Binder "Zawód i powołanie. O Macieju Łukasiewiczu", poświęconą znakomitemu dziennikarzowi, a naszemu koledze, który od siedmiu już lat wędruje po Pastwiskach Niebieskich. 

     Czytam i myślę, że tę książeczkę powinniśmy wszyscy mieć zawsze pod ręką. Żeby pamiętać, jak Maciek rozumiał masz zawód, naszą służbę, nasze powołanie.
     Bo myśmy wszystko zapomnieli. Zapomnieliśmy o naszych marzeniach, szczytnych ideałach, oczekiwaniach  i planach z 1989 roku. Gdzie one się podziały? Może ktoś wie?

      Warto zajrzeć do kroniki wydarzeń tamtego gorącego lata, słowo daję. Szczególnie powinni zajrzeć ci, których wtedy z nami nie było. A także ci, którzy byli, ale dziś są przekonani, że świat powstał w późniejszym terminie - dla każdego w innym.

      A to Maciek, przypomnę, otrzymał wówczas pierwszy Laur Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za, cytuję:  przyzwoitość, profesjonalizm i pojmowanie dziennikarstwa jako służby publicznej.

      Przez lata razem z Maćkiem walczyliśmy o prawo do czterech podstawowych wolności, którymi są: wolność słowa, wolność sumienia, wolność wyznania i wolność do zgromadzeń.
Ale każda wolność niesie ze sobą świadomość ograniczeń - natura przecież nie znosi absolutu.
I wolność każdego z nas kończy się tam, gdzie się zaczyna wolność kogoś innego.
    
      - Polityką - twierdził Maciek - dziennikarz może się zajmować prywatnie, w czasie wolnym, na własny rachunek, czyli w polu, w lesie i na łące względnie na urlopie w Krynicy Morskiej. A w pracy powinien być tak przezroczysty, żeby nie sposób było zgadnąć, jakie ma poglądy. 
     
      Według Arystotelesa, polityka to działanie na rzecz dobra wspólnego. Ale jak w przypadku wojny, która jest zbyt poważną sprawą, by ją powierzać wojskowym, tak i polityków nie wolno zostawiać z polityką samopas. Trzeba im nieustannie patrzeć na ręce oraz do kieszeni. Wszystkim. Bez wyjątku.
      I to jest nasza rola - utrudniać czy wręcz uniemożliwiać politykom przykrawanie polityki do własnych partykularnych potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.
      Bowiem w taki tylko sposób możemy walczyć o szacunek, prestiż i autorytet naszej profesji. A tymczasem polityka wlewa się na Foksal szeroką strugą i dlatego czarno widzę naszą przyszłość. Jeśli bowiem największa organizacja dziennikarska w Polsce zostanie naznaczona jako czyjakolwiek agenda, możemy zapomnieć o szacunku, prestiżu i autorytecie. Będzie się nas uważać za psy łańcuchowe tej czy innej strony politycznego płota.

       Mamy mnóstwo spraw i rzeczy do zrobienia w nowej kadencji. Spośród czterdziestu czterech przyjętych na Walnym Zjeździe uchwał, apeli i stanowisk przynajmniej połowa dotyczy nas i naszych kolegów z całego kraju, bliższej i dalszej przyszłości naszego zawodu. Pewnie na obecnym Walnym Zebraniu Oddziału Warszawskiego lista tych spraw jeszcze się wydłuży. Jest więc czym zająć się wspólnie i dla dobra wspólnego.

         A tu nieuzbrojonym okiem widać, że rosną nam okopy wzdłuż i wszerz, że próbuje się nam narzucić dychotomiczny podział na tych niewinnych, białych i puszystych oraz tę resztę, co to albo zbłąkane owieczki, albo zło wcielone.

         Można się uśmiać lub zapłakać nad kolegami, którzy uzurpują sobie prawo do moralizowania i kaznodziejstwa, do skłócania nas ze sobą pod pozorem apelowania o jedność, a których - gdyby nie kindersztuba, nazwałabym grzesznikami dużego kalibru. Tyle, że po iluminacji. Żarliwość ta sama, co przed wielu laty w innej rzeczywistości, jeno wektor im się zmienił. No i sztandary.

         Takie same odczucia budzą ci koledzy płci obojga, którzy na Walnym Zjeździe zapomnieli o swojej roli gościa czy obserwatora, dyrygując tymi, których gdyby nie kindersztuba, musiałabym nazwać klaką.  Ze nie wspomnę o wyjątkowej skłonności do wychowywania bliźniego swego tych, którzy w ciemną noc stanu wojennego, kiedy większość z nas znalazła się na bruku z dożywotnim wilczym biletem (młodzieży wyjaśniam, że to zakaz pracy w zawodzie) cudownym sposobem zostali zatrudnieni w rządzonej przez komisarzy zmilitaryzowanej telewizji państwowej czy równie zmilitaryzowanym państwowym radiu.
         Nadto nie przypominam sobie, bym kogokolwiek prosiła czy upoważniała do wskazywania mi jedynie słusznej drogi do Edenu - krainy szczęśliwości wiecznej. Autorytety czy duszpasterzy wybieram sobie sama. No i,  jak wiadomo powszechnie, nikogo nie wolno uszczęśliwiać na siłę.

        Więc kto mi powie, co się z nami dzieje? Komu zależy, by nasz dom przy Foksal opanowały klimaty rodem z sowieckiego komunizmu wojennego, znaczy - kto nie z nami, tego pod ścianę? Nigdy po 1989 roku tego tu nie było. Spieraliśmy się i wykłócali do upadłego o nasze najróżniejsze wspólne sprawy, aż czas pokazał - kto miał rację, a kto błądził. Ale na zewnątrz stanowiliśmy monolit, a różnice poglądów nigdy nie skutkował próbą wykluczenia jednych przez drugich. Nigdy też nie interesowaliśmy się nawzajem swoimi poglądami, pochodzeniem czy konfesją.  Nie było nam to do niczego potrzebne i jestem głęboko przekonana, że nadal nie jest. Zwłaszcza że w dobrym towarzystwie argumenty ad personam (jak i argument ad Hitlerum) jest w dyskusji nie do przyjęcia. A poza tym to broń obosieczna. Ludzie mają bardzo dobrą pamięć. A że rzadko do niej sięgają, jest kwestią wychowania albo okoliczności.

        Patrząc na to, co się odbywało na Foksal podczas Walnego Zjazdu SDP, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek mury te widziały coś podobnego? Równie gorszące widowisko? Otóż nie. Takie rzeczy się tu dotąd nie działy. Nie było agresji, ordynarnych wyzwisk, histerii, wrzasków, obrażania starszyzny. Nie było szantażowania całej sali przez nikomu nieznanych ludzi, co - przypomnę - zaowocowało uchwałą, która nas ośmieszyła w oczach opinii publicznej. Ponieważ rzekoma ofiara policyjnych siepaczy z namiotu na Krakowskim Przedmieściu, (występująca zresztą nie w charakterze dziennikarza,  tylko aktywisty politycznego), samodzielnie wsiadła do karetki z rzekomo złamanym kręgosłupem. Co stanowi ewenement medyczny na skalę światową. (Niewtajemniczonym wyjaśniam, że po złamaniu kręgosłupa się leży tam, gdzie się padło, i się nie może ruszyć). A kiedy następnego dnia lekarz ogłosił wyniki obdukcji, stwierdzając jedynie otarcie skroni, ofiara kategorycznie zażądała kołnierza ortopedycznego i tak wystrojona, zwołała konferencję prasową. W sprawie brutalnego pobicia ze złamaniem kręgosłupa.  

       A można było tego ośmieszenia uniknąć, gdybyśmy w porę obejrzeli nagranie tego incydentu, które nasz kolega przyniósł na obrady. Ale z woli ówczesnego przewodniczącego prezydium Zjazdu obejrzeliśmy ten filmik dopiero o wpół do czwartej rano, kiedy było już po głosowaniu przeciwko katowaniu dziennikarzy.
        Oczywiście, że jesteśmy przeciwni katowaniu kogokolwiek. Tylko powód podjęcia uchwały okazał się dęty.
       Czy tak się godzi?

        Lektura dwustu kilkudziesięciu stron protokołu z tego Walnego Zjazdu SDP w kilku aktach to - jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski - z jednej strony śmiech szalony, z drugiej strony gorzka łza.
Ponad dwadzieścia głosowań za pomocą tak niebanalnej jednostki matematycznej, jak "optyczna większość"; pojawianie się i znikanie członków i przewodniczących różnych komisji zjazdowych, wskutek czego pod koniec obrad jedna osoba zasiadała równocześnie w dwóch komisjach - pewnie za pomocą daru bilokacji; wprowadzenie delegatów w błąd poprzez zatajenie informacji, która mogła w istotny sposób wpłynąć na wynik głosowania; mnóstwo negatywnych emocji, bałagan, harmider, zamieszanie.
       Wszystko to skutkowało między innymi brakiem w protokole wyników dwóch głosowań.
       Skąd to u nas? Kto to do nas zawlókł? A przede wszystkim - po co? 

       Ktoś nowy, zupełnie nam nieznany z osiągnięć zawodowych czy choćby towarzyskich, pozwala sobie obrazić naszą zasługującą ze wszech miar na szacunek i uważność koleżankę, a sąd dziennikarski nie kwapi się wypełnić swojej funkcji nawet w podstawowym jej wymiarze. Czy to jest w porządku? Kto upoważnił nowo przyjętych członków SDP do okazywania nam lekceważenia czy pogardy? Pokory trochę, koledzy! Pokory i skromności, a także choćby minimum dobrego wychowania. Rosjanie mawiają: "Nie przychodź z własną regułą do cudzego klasztoru". I mają rację.
      No a jeśli to, co zostało nam zaprezentowane, mieści się w ramach relacji koleżeńskich, to ja jestem chiński tamburyn.

      A jak wygląda nasza strona internetowa? Cała Sieć sobie z niej dworuje. Że to nie forum, tylko ambona. To, co uchodzi tam za dyskusję, polega na stawianiu warunków: Albo przyjmiecie moją prawdę, która jest najmojsza - albo nie ma dla was miejsca w naszych szeregach.
To jest dialog? Czy szantaż? Na myśl przychodzi mi Robespierre: "Dobro kraju wymaga ode mnie nikczemności". Muszę przypominać, jak skończył?

       I jeszcze jedno - skąd się wzięli ci zwolennicy walk frakcyjnych? Ich u nas być nie powinno, bo SDP może dowodzić swojej wartości i pozycji wyłącznie jako całość. Jak to określił autor jednej z uchwał: "Winniśmy stać na straży ładu demokratycznego i pełnić funkcję kontrolną wobec władzy".

       Demokracja bowiem to nie tylko wybory. To szereg mechanizmów, korygujących życie społeczeństwa między wyborami. I tu się zaczyna nasza służba, nasza misja w permanencji. Jeśli zawiedziemy, to już po nas. Alternatywa jest jedna: Albo jako organizacja apolityczna ugruntujemy swoje dobre imię, autorytet i renomę, albo nas będą mieć za za wynajętych heroldów tej czy innej opcji. Tego, co jest naszą powinnością, nikt za nas nie zrobi. A dziennikarz przebrany za herolda to po prostu nieporozumienie towarzyskie. I żadne hurrapatriotyczne hasła tego nie zmienią. Patriotyzm bowiem to czynienie swojej powinności w jak najlepszy, najbardziej skuteczny i bezstronny sposób.
       Swoją drogą, pierwszy raz w życiu widzę patriotów, którzy marzą, by ich ukochana ojczyzna zmieniła się w ruiny i zgliszcza. Nader osobliwa to odmiana patriotyzmu, rzekłabym - nieznana dotąd nauce, ale za to endemiczna. Może trafi do encyklopedii przyrody.
       Jak też po raz pierwszy stykam się z ludźmi, którzy bezrefleksyjnie łączą nienawiść z Ewangelią.
      
      Ale nie o tym chciałam.
      
       Wróćmy do prawidłowego pojmowania naszej misji. Pewien nieżyjący już przyjaciel  mojej rodziny - lotnik  dywizjonu 304, a po wojnie dziennikarz polskiej sekcji Radia BBC -  powiedział mi kiedyś: "My w BBC przedstawiamy racje i nieba, i piekła, choć nie do końca ukrywamy, że jesteśmy po stronie aniołów". 
              I ja się tego całe życie trzymam. Pamiętając, że między subtelną aprobatą dla nieba a używaniem pałki do wbijania opornym jedynie słusznych poglądów zachodzi ogromna różnica.
W ciągu minionej kadencji przyjęliśmy w poczet członków SDP sto szesnaścioro nowych koleżanek i kolegów. Jeśli zamierzają oni aspirować do miana czwartej władzy, to nie tędy droga. Niech się rozejrzą za innym zawodem. My pełnimy wobec społeczeństwa funkcję służebną
i nie wolno nam o tym zapominać. Nigdy.
             W tej kwestii pod rozwagę jeszcze jeden cytat: "Władza to nałóg.  Za jej sprawą najpoczciwszy nawet człowiek przemienia się w dziką bestię. A wówczas najbardziej wyuzdane zjawiska stają się dla jego umysłu słodyczą" -  pisał Fiodor Dostojewski. A ja tę refleksję poddaję kolegom pod rozwagę.

            I wreszcie ostatnie, najważniejsze pytanie: Gdzieśmy się wszyscy znaleźli - my, Polacy, ale i my - polscy dziennikarze, skoro o wartości każdego z nas ma przesądzać nie talent, doświadczenie, czy osiągnięcia, nie umiejętności, dorobek zawodowy, wiedza albo inne jeszcze zalety serca i umysłu, tylko to, na kogo głosuje? 

                                                                   Olga Braniecka

              






 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl