Nazywał się Stanisław Jabłoński. Był to wielki chłop. Najważniejszy, bo i najlepszy nurek pracujący bezpośrednio po wonie przy udrażnianiu basenów portowych Gdyni.

   Ojciec – kapitan marynarki handlowej – prowadził mnie na nabrzeże francuskie, tam gdzie obok dziś jest Muzeum Imigracji. - Tam, popatrz – mówił – między główkami portu, na wejściu, rozciągają się falochrony gdyńskie. Tam, gdy już pod miasto podchodziły oddziały niemieckie, dowódca obrony Helu, komandor Włodzimierz Steyer, wydał mi rozkaz zatopienia „Wandy” - statku białej przybrzeżnej floty, którym dowodziłem. Chodziło o zablokowanie wejścia niemieckim okrętom. A teraz, widzisz – mówił tata – kręci się tam holownik. To baza nurkowa. Właśnie schodzi z niej pod wodę mój przyjaciel, nurek Jabłoński. Byłem mały ale dobrze pamiętam tamtą sytuację. Jak i okropnie ciężkie, okute metalem, wielkie buciory nurkowe, które potrafiłem godzinami oglądać, przymierzać i bawić w domu Państwa Jabłońskich w Sopocie. Rodzice zabierali mnie tam idąc z wizytą do przyjaciół. I tak mi zostało w głowie – morze, nurkowanie i wraki. Z tamtych wspomnień powstały również wiele lat później realizowane podwodne wyprawy i kręcenie filmów na wrakach „Gustloffa”, „von Steubena”, helskiego U-boota. Robiłem to przez wiele lat. Z nieodżałowanym konstruktorem batyskafów Antkiem Dębskim, z Jerzym Janczukiewiczem twórcą klubu „Rekin” i wieloma wspaniałymi, prawdziwymi ludźmi morza.

   Postacią znaczącą w polityce był w swoim czasie Henryk Jabłoński, minister licznych ministerstw, przewodniczący Frontu Jedności Narodu. Był wtedy sekretarz partii wiodącej i nieomylnej, był premier rządu (najdłużej ob. Cyrankiewicz) i on – profesor. Historyk. Nawet gdyby chciał - prawdy nie mógłby napisać. Na szczęście nie pamiętam, by łgał, że to Niemcy wymordowali polskich oficerów w Katyniu. Mały, grubiutki Jabłoński slalomował między poleceniami władzy. Aż osiadł w Pałacu Sobańskich w Alejach Ujazdowskich. Otwierał, przecinał, wieszał medale. Taki niewadzący dziadek profesor.

   Rewolucja '80 roku wymiotła to całe towarzystwo. Pokojowo, ale tylko powierzchownie. Najpierw ostra – w słowach – prawica zajęła Pałacyk, a potem hrabiostwo odzyskało mocno zdewastowany obiekt. Główna arystokratka rodu nosiła piękne, wielkie kapelusze, ale oczywiście pieniędzy nie miała. Sprzedała więc architektoniczne cacuszko nowobogackim. Wyremontowano obiekt i jest tam klub dla tych, którzy nie jeżdżą tramwajami, oraz restauracja z bursztynem w nazwie. Na szczęście nie jest to „Amber Gold”. Jak tam karmią – nie wiem. Ale na pewno drogo.

    Jabłoński Jabłońskiemu nierówny. Trzecim „bohaterem” tego felietonu będzie zgoła inny J. Nazywa się Paweł Jabłoński. To redaktor. Jest nim nadal czy nie jest – nie wiem. Pamiętam jednak jego informację prasową – komentarz („ekonomiczny”?!) zamieszczony w okresie zmasowanego ataku prasowego na Polskie Linie Lotnicze „LOT”. Otóż ów Jabłoński dołączył wówczas do chóru sprzedawczyków, bo nie byli to nawet sprzedawcy. Sugerował pozbycie się naszego rodzimego podniebnego przewoźnika. Jako kupca sugerował Lufthansę. To miała by być przyszłość polskich skrzydeł.

   Nie pamiętam by ktoś wówczas protestował. Natomiast wymyślono inne rozwiązanie. Posadzono na stołku przewodniczącego rady nadzorczej „LOT-u” profesora. Decydentom nie przeszkadzało, że był to humanista, wiekowy. Skądinąd zasłużony. Nazywał się Bartoszewski. Profesor wziął łaskawie te kilkadziesiąt (bodajże 80) tysięcy złotych miesięcznie. Przez ileś tam miesięcy siedział sobie na naradach i chrapał. „LOT” dołował. Usłużni „Jabłońscy” mu dokładali. „Nasz” - redaktor Paweł J. pisał nawet, że trzeba się zastanowić czy i PKP nie należałoby sprzedać.

   Różni są więc Jabłońscy.

   Dziś „LOT” - słyszymy – potrzebuje pilnie 300 wysoko kwalifikowanych pilotów do obsługi dynamicznie rozwijających się polskich linii lotniczych. Do tego jeszcze kilkadziesiąt razy więcej personelu pomocniczego. Miejmy nadzieję, że różne tchórzliwe kreatury nie zastopują planów budowy wielkiego nowego portu lotniczego, który zabierze pasażerów konkurentom.

   Żeby nie było tu na koniec o szkodnikach i destruktorach należałoby przypomnieć, że nawet w okresie niedawnego kryzysu polskich skrzydeł byli tacy jak inżynierowie i wykładowcy lotniczych uczelni rzeszowskich, jak prezydent tego miasta – którzy nie wątpili. Uczyli awiacji, popierali lotnicze aspiracje. Chwała im. tak jak i entuzjastom sportów lotniczych i muzealnictwa awiacyjnego – Stanisławowi Tołwińskiemu z Kętrzyna i Zbigniewowi Niemczyckiemu z Warszawy (i Góraszki).

   Być może i wśród rodów Jabłońskich są porządni ludzie. Chętnie o takich napiszę.

Stefan Truszczyński

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl