RELACJE



Ewa Sułkowska-Bierezin

Nie był to czas wegetacji



bierezin_Gloria_Artis

Źródło: strona www.mkidn.gov.pl



Ewa Bierezin-Sułkowska

Urodziła się 21 kwietnia 1935 w Warszawie, zmarła 16 lipca 2013 r. w Łodzi.

Od 1945 r. mieszkała w Łodzi. Ukończyła studia na Politechnice Łódzkiej. Pracowała na tej uczelni w Instytucie Elektrotechniki.

Brała udział w akcjach petycyjnych w obronie braci Kowalczyków i przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. Pomagała w kontaktach z osobami prześladowanymi. Po Marcu’68 odsunięta od zajęć dydaktycznych w Instytucie Elektrotechniki, pozbawiona stypendium doktoranckiego.

Od końca lat 60. razem z bratem Witoldem Sułkowskim działała w antykomunistycznej podziemnej organizacji „Ruch”. W 1970 r. została na kilka miesięcy aresztowana.

Od 1976 r. współpracowała z Komitetem Obrony Robotników, a od jesieni 1977 r. regularnie pisywała w drugoobiegowym kwartalniku „PULS” pod pseudonimem SPIN i uczestniczyła w pracach redakcji. Była jedną z założycieli Niezależnego Klubu Dyskusyjnego w Łodzi. Mieszkanie Ewy Sułkowskiej-Bierezin i jej męża Jacka Bierezina stało się niezależnym salonem literacko-politycznym, organizowano jawne spotkania opozycjonistów.

W sierpniu 1980 r. organizowała struktury „Solidarności”, od maja 1981 była członkinią komisji rewizyjnej „Solidarność” Ziemia Łódzka, a od listopada 1981 przewodniczącą tej komisji. W stanie wojennym internowana w okresie od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1982. W obozie dla internowanych napisała kilkanaście okolicznościowych piosenek. (Sieradz, Olszynka Grochowska, Gołdap) – zwolniona 22 lipca 1982 r.

W lutym 1983 wyemigrowała do USA, pracowała jako redaktor w pismach „Dziennik Związkowy” (1986–2001) i „2B” (1993–2000), współpracowała z Radiem Wolna Europa (1983–1986) i „Nowym Dziennikiem” (1990–2003).

W Stanach Zjednoczonych organizowała akcje wspierania podziemia demokratycznego w Polsce, tworzyła i tłumaczyła teksty opozycyjnych piosenek. Do Polski wróciła w 2003.

Opracowała wraz z Ewą Rogalewską publikację „Orła wrona nie pokona”, czyli co pomagało nam przetrwać. Śpiewnik internowanych (wyd. IPN, Białystok 2009), redagowała opracowanie „Puls. Nieregularny kwartalnik literacki nr 13 bis 1977–1981. Antologia tekstów publikowanych na łamach edycji krajowej” (wyd. SPP Oddział w Łodzi, Łódź 2007).

29 września 2009 roku Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Tomasz Merta wręczył Ewie Sułkowskiej- Bierezin Srebrny Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis w uznaniu dla jej zasług dla tworzenia i obrony niezależnej kultury narodowej.

W 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Ewę Sułkowską-Bierezin Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2012 r. otrzymała Nagrodę Miasta Łodzi.

Należała do Stowarzyszenia Wolnego Słowa i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.




M am nadzieję, że moje wspomnienia jako dziennikarza prasy polonijnej o jeszcze jeden odcień wzbogacą, składający się z wielu barw i krętych linii, portret polskiego dziennikarstwa, że posłużą za przyczynek do szerszych rozważań o tradycjach polskich mediów. Ponadto zdarzenia, których byłam świadkiem, mogą być – jak sądzę – interesujące z punktu widzenia czysto historycznego.



Z Politechniki do Dziennika


Wkrótce po skończeniu studiów rozpoczęłam pracę jako asystentka w Katedrze Elektrotechniki Teoretycznej na Politechnice Łódzkiej. Katedrą kierował wówczas uczony i erudyta - profesor Bolesław Konorski, w swoim czasie zdeklarowany komunista, później - opozycjonista, choć nie tak żarliwy w obydwu rolach jak Stefan Amsterdamski. Postać Amsterdamskiego przywołuję nieprzypadkowo, bowiem nasze losy biegły w jakimś sensie równolegle. Oboje przeszliśmy przez Politechnikę, dla obojga słupami milowymi na drodze do samookreślenia były lata 1956 i 1968, oboje zostaliśmy trzynastego grudnia 1981 internowani. Mam w indeksie wpisaną przez niego tróję z marksizmu-leninizmu, jedną z kilku trój w całej tej książeczce. Ale, w odróżnieniu od wielu kolegów z Politechniki, którzy pamiętają go głównie jako fanatycznego asystenta w Katedrze Podstaw Marksizmu- Leninizmu, uwierzyłam, że jego opowiedzenie się po stronie opozycji demokratycznej było w pełni autentyczne. Podobnie zresztą jak mojego Profesora i niektórych nawróconych (bo przecież nie wszystkich) byłych komunistów.

Przez kilka pierwszych lat pracy na Politechnice uważałam, że urządziłam się świetnie: wypracowałam sobie pozycję osoby tak apolitycznej, że nikt nigdy nie zaproponował mi wstąpienia do partii, lubiłam prowadzenie zajęć dydaktycznych i chyba miałam do tego zdolności, latem cieszyłam się długimi wakacjami a poza wakacjami - elastycznym zagospodarowaniem godzin pracy.

Może warto dodać jeszcze, że studia wybierałam w szczytowym okresie stalinizmu i chciałam, by moja przyszła praca zależała możliwie najmniej od tzw. postawy społecznej. Mogłam równie dobrze wybrać jakąkolwiek inną dziedzinę, także humanistyczną ale wtedy nie mogłabym oczekiwać takiego komfortu.

Przyszedł Marzec 1968, nieco wcześniej studenci okrzyknęli mnie „najlepszym asystentem wydziału”. Kłamstwa prasy i wykręcanie się kadry naukowej od zajęcia jasnego stanowiska popchnęły mnie do ostentacyjnego opowiedzenia się po stronie protestujących studentów. Komórka PZPR nalegała, by odsunąć mnie natychmiast od zajęć ze studentami. Ponieważ nie mogłam - wobec profesorów, którzy chcieli mnie bronić - zobowiązać się do zachowania dyscypliny jako „pracownik państwowy”, czyli do schowania swoich poglądów do kieszeni, musiałam pożegnać się z pracą dydaktyczną na Politechnice, a po jakimś czasie także z naukową. Po kilku próbach znalezienia zajęcia: najpierw na miarę kwalifikacji, później - jakiegokolwiek, wylądowałam w Instytucie Techniki Cieplnej, gdzie aż do wybuchu „Solidarności” omijały mnie podwyżki i awans.

Jednak nie był to czas wegetacji - przeciwnie.


Mój młodszy brat, Witold Sułkowski, studiował filologię polską i czynnie uczestniczył w wystąpieniach studenckich na Uniwersytecie Łódzkim. Przez niego poznałam mojego późniejszego męża, Jacka Bierezina, a następnie przystąpiliśmy wszyscy troje do organizacji „Ruch” ze wszystkimi tego późniejszymi konsekwencjami. Marzec i „Ruch” nie podziałały na nas zniechęcająco. Raczej nas zahartowały i utrwaliły potrzebę życia według własnych zasad i znalezienia dla siebie przestrzeni wolności.

Dla mnie taką „ucieczką w wolność” stała się głównie współpraca z „Pulsem nieregularnym kwartalnikiem literackim”, który narodził się w Łodzi w 1977 roku, jako jawne pismo podziemne. Ten oksymoron polega na nielegalności i „drugoobiegowości” PULSu z jednej strony i publikowaniem w każdym numerze stopki redakcyjnej, z adresami i ewentualnymi telefonami redaktorów - z drugiej.

„Puls” założyli moi najbliżsi, czyli Jacek Bierezin, Witold Sułkowski oraz ich młodszy kolega Tomasz Filipczak. Do pierwszego numeru zaprosili byłego łodzianina (wcześniej wilnianina) - Tadeusza Walendowskiego. Później do redakcji dołączyli: Leszek Szaruga, Antoni Pawlak, Bartosz Pietrzak i Janusz Anderman.

W „Pulsie” miałam swoją stałą rubrykę podpisywaną pseudonimem„Spin”. Nie były to w ścisłym sensie teksty, ale pozwoliły mi poczuć się AUTORKĄ. Komponowałam z tytułów gazetowych kolażowe utworki (Poltytuły Polprasy) a także wynajdywałam uderzające przykłady nadużywania słowa w oficjalnych publikacjach i książkach polskich (PolPot - od „Polak potrafi”) lub sowieckich (Sowshow).

Okres tej wspaniałej wolności, celebrowanej głównie jako wolność słowa, zakończył się internowaniem1 i decyzją opuszczenia kraju.

Pominę opis szarpaniny trzech pierwszych lat na wychodźstwie, opisałam to w wielkim skrócie we wspomnieniach zatytułowanych „Dwadzieścia lat snu” opublikowanych w „Autoportrecie zbiorowym” 2. Pozwolę sobie częściowo przenieść z tej publikacji to, co dotyczy mojej drogi do zawodu dziennikarza, jakim stałam się pracując przez ponad piętnaście lat w chicagowskim „Dzienniku Związkowym” i nowojorskim „Nowym Dzienniku”.

Po tych doświadczeniach pisanie do polskiej prasy nie wymagało ode mnie praktycznie żadnego „przestawiania się”: w negatywnym, ani pozytywnym sensie. Był rok 2003, nie musiałam dostosowywać się do nowej sytuacji w mediach, nie musiałam ani przyzwyczajać się do wolności, ani pozbywać się wewnętrznej cenzury.


Emigracja jako wyzwanie i wezwanie


Pierwszy amerykański postój w stanie Maryland u brata, który w rok po przyjeździe rozpoczął pracę w Głosie Ameryki”, zaowocował ciekawą akcją. Jeden z najnowszych odwiedzających nasz dom uchodźców, siedemnastoletni wówczas Marcin Żmudzki, uparł się, by zbierać podpisy pod protestem przeciwko przetrzymywaniu bez procesu jedenastu działaczy “Solidarności” i opozycji 3. Ścisły komitet tej akcji składał się tylko z trzech osób (oprócz mnie i Marcina znalazł się w nim Jarosław Świątek, były działacz NZS), dzięki czemu był szybki i sprawny w działaniu. Naturalnie bez żarliwej pomocy bardzo wielu osób, począwszy od najbliższego otoczenia po internowanych z innych stanów oraz miejscowych znakomitości, jak Jan Nowak- Jeziorański czy b. ambasador USA w Warszawie Richard T. Davies, nie udałoby się zebrać tak imponującej liczby podpisów, i to głównie amerykańskich. Codziennie na nasz adres w Takoma Park przychodziły dziesiątki podpisanych „protestów”.

Amerykańska agencja John Adams Associates pisała o tym 23 stycznia 1984, gdy akcja “Protest” - po wysłaniu listów do Prezydenta Stanów Zjednoczonych, Przewodniczącego Izby Reprezentantów, Przewodniczącego Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO) - była wciąż prowadzona, by przynieść w sumie około 11 tysięcy podpisów, w tym ok. 300 amerykańskich profesorów i ponad 2000 studentów. Wśród sygnatariuszy znaleźli się Saul Bellow, Zbigniew Brzeziński, Władimir Bukowski, Robert Conquest, Milton Friedman, Lane Kirkland, Jerzy Kosiński, Max Lerner, Richard Pipes, Norman Podhoretz, Ravi Shankar, Adam B. Ułam i jeszcze około setki wybitnych osobistości plus wszyscy polscy uchodźcy, do których dotarliśmy, w tym Stanisław Barańczak, Janusz Głowacki, Henryk Grynberg, Jacek Kaczmarski, Jakub Karpiński, Irena Lasota oraz Jan Karski i Jerzy Lerski.

16 lutego na ręce Jana Nowaka wpłynął list od prezydenta Ronalda Reagana, zapewniający o wykorzystaniu wszystkich możliwych środków na rzecz uwolnienia „niesprawiedliwie więzionych”. Inne nasze listy spowodowały np. uchwały lokalnych administracji amerykańskich popierające nasz apel, a także dość zdecydowaną reakcję 80 senatorów. Amerykanie traktowali nasze akcje poważnie, ponieważ — jak nam poradzono - obie były bardzo starannie przygotowane, ostateczny kształt tekstom anglojęzycznym (apel, rozsyłane na bieżąco komunikaty i listy) nadawali amerykańscy przyjaciele (głównie irlandzka żona Jarka), a efektowne opracowanie graficzne, z napisem PROTEST było dziełem Wojciecha Wołyńskiego, który w Polsce współpracował z “Pulsem”, a obecnie jest wykładowcą na amerykańskim uniwersytecie i wziętym grafikiem.

Po marylandzkiej Takomie i zanim osiedliłam się w Chicago, jakiś czas mieszkałam w Detroit. Tam, w środowisku emigracji solidarnościowej, zrodził się pomysł zorganizowania zbiórki pieniędzy na maszynę drukarską dla polskiego podziemia wydawniczego. Przygotowaliśmy4 i przeprowadzili tzw. radioton, który przyniósł około jedenastu tysięcy dolarów.

O obydwu akcjach pisała amerykańska prasa, a o PROTEŚCIE mówiły obie rozgłośnie: Wolna Europa (Piotr Kobyliński) i Głos Ameryki (Tadeusz Walendowski).

Obydwa przedsięwzięcia były pożytecznym doświadczeniem. Trzeba było pisać teksty precyzyjne i zwięzłe, a także przemawiać na różnych spotkaniach. Jerzy Różalski, prowadzący w Detroit od kilkunastu lat audycje po polsku, zaproponował mi wygłaszanie radiowych pogadanek. Nie była to dla mnie zupełna nowość. Kilka “mowionych” felietonów przyjęło ode mnie wcześniej Radio Wolna Europa.

Z początku były to felietony lub komentarze o charakterze politycznym, z czasem zaczęłam omawiać książki, a następnie periodyki wydawane w Londynie, Paryżu i Berlinie. Przydała mi się bardzo dotychczasowa obfita korespondencja z przyjaciółmi, pisanie szło mi o wiele lepiej niż w Polsce. Moje wystąpienia w eterze zdobyły pewną popularność, więc kiedy przeniosłam się za chlebem do Chicago, nie miałam wielkich oporów, żeby zaproponować felietony o książkach polskojęzycznym programom radiowym. Programów polskich było niewiele, ale prowadzili je z reguły nowi przybysze z Polski konkurując z powodzeniem z mało urozmaiconymi dwoma czy trzema dotychczasowymi audycjami, w tym odwiecznym programem Boba Lewandowskiego.W Chicago zostałam zatrudniona do uruchomienia polskiej księgarni, drugiej po najstarszej i dobrze prosperującej “Polonii” prowadzonej przez panią Mirę, wdowę po jej założycielu, Edwardzie Puaczu. Niedaleko wegetowała też polska księgarnia-antykwariat “Glob”. Moja księgarnia nazywała się “Spotkania” od paryskiego wydawnictwa Piotra Jeglińskiego, z którym już współpracował mój zleceniodawca i właściciel lokalu. Głęboka różnica zdań między mną a właścicielem księgami na temat wartości poszczególnych pozycji książkowych i zadań naszej „placówki kulturalnej” doprowadziła do błyskawicznego rozwiązania umowy.

Znalazłam się dosłownie na bruku, ale szczęście znów mi dopisało. Maciej Wierzyński, którego poznałam w Chicago, jako należącego do formującej się elity nowo przybyłych, zaproponował mi podjęcie pracy dziennikarskiej. Moje radiowe felietony o książkach uważał za dostatecznie ciekawe, by zachęcić mnie do pisania i zarekomendować do “Dziennika Związkowego”, w którym opuszczał stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Gazeta ta, wydawana przez Związek Narodowy Polski, a praktycznie przez jego każdorazowego prezesa, jest najstarszym i - jak dotąd - najpopularniejszym dziennikiem w tym najbardziej polskim mieście w USA.

Tak znalazłam się w gronie pracowników polonijnej gazety.


Szkoła zawodu


Samej gazecie można było sporo zarzucić: język w niektórych tekstach roił się od amerykanizmów z nieznośnie nadużywaną majuskułą, szata graficzna była amatorska, strony monotonnie i źle łamane, a zespół redaktorski - sprawny i zdolny - wykorzystywany niemal wyłącznie do tłumaczenia wiadomości z amerykańskich agencji. Nie było w ogóle własnych reportaży, wywiadów, recenzji i komentarzy (poza tzw. edytoriałami), a oprócz “newsów” - albo przedruki, albo teksty z zewnątrz. “Edytoriały” pisane prawie wyłącznie przez Panią Redaktor wydawały nam się, zwłaszcza po świetnych wstępniakach Wierzyńskiego, kompromitujące i były przedmiotem nieustannych żartów trzymanej krótko grupy “tłumaczy”. Niemniej naczelna - Anna Rychlińska, dla której poprzedni redaktor, Jan Krawiec, pozostawał na razie autorytetem, na tyle była wierna dobrym obyczajom dziennikarstwa amerykańskiego, że ten pierwszy rok pracy w “Dzienniku” okazał się dla mnie dobrą szkołą zawodu. Głównie zresztą dzięki temu, że przez cały czas do naszych obowiązków należało przeglądanie najważniejszych amerykańskich tytułów, czytanie i tłumaczenie amerykańskiej prasy. Wiele razy w gronie redakcyjnych kolegów dyskutowaliśmy o brakach naszej gazety mając przed oczami profesjonalną prasą chicagowską lub nowojorską. Niemniej jedna rzecz zawsze nas trochę śmieszyła. W popularnych, niespecjalistycznych gazetach wyjaśnia się wszystko, o czym tekst napomknie, tak jakby czytelnik nie miał bladego pojęcia o absolutnie niczym. Kursowało ostrzeżenie: - Jak użyjesz określenia „klimat Szekspirowski”, to nie zapomnij wyjaśnić, że “Shakespeare to angielski poeta, aktor i jeden z najwybitniejszych dramaturgów wszechczasów, żyjący na przełomie wieków XVI i XVII”. I nie było w tym przesady.

Określenie „dziennikarstwo amerykańskie” użyłam nie bez kozery, ponieważ w Polsce jego zasady nie są ogólnie stosowane, a i w Europie Zachodniej traktowane niezbyt rygorystycznie. W Ameryce zasada oddzielenia informacji od opinii obowiązuje do tego stopnia, że wykluczone są określenia niosące ocenę: pejoratywną lub afirmatywną ponieważ demaskowałyby reportera jako obserwatora nieobiektywnego. Na własne zdanie jest miejsce w komentarzach, felietonach, recenzjach, listach etc.. Reporter może i powinien cytować zdania innych ludzi, przy czym musi dbać o równowagę, tzw. balans, to znaczy zasięgać opinii możliwie różnych: zwolenników i przeciwników, strony poszkodowanej i sprawców szkody itd. Należy przy tym zawsze podawać dane pozwalające zidentyfikować osoby, które się cytuje. Trzeba starać się dotrzeć do osób zainteresowanych i poinformować czytelników, jeśli to się nie uda, lub jeśli ktoś odmówi komentarza. Jest rzeczą absolutnie niedopuszczalną aby o jakimkolwiek toczącym się śledztwie lub procesie podawano jedynie lub głównie informacje uzyskane od policji lub prokuratury, co w naszej prasie zdarza się nazbyt często. Wszelkie niefrasobliwości w tym względzie: naginanie wypowiedzi, wymyślanie nieistniejących rozmówców, niezgodne z prawdą oświadczenia o próbach dotarcia do takich czy innych źródeł itp. - mogą się skończyć utratą pracy, twarzy i nazwiska na rynku dziennikarskim.

Wiadomość powinna być potwierdzona przez co najmniej dwa źródła, a gdy korzysta się tylko z agencji informacyjnej, to nie wolno jej zniekształcać, tzn. niczego dodawać, zmieniać sensu, ani opuszczać istotnych dla całości faktów. Ponieważ wszystkie nasze informacje w tym czasie pochodziły niemal całkowicie z anglojęzycznych źródeł, musieliśmy podczas ich tłumaczenia powściągać emocje, by nie dobierać określeń oceniających np. władze PRL jako “be” a opozycję jako „cacy”. Bardzo długo nie mogłam pojąć, dlaczego nie podkreślamy przynajmniej w ten sposób naszego stanowiska. Dziś uważam, że jest to jedna z najpożyteczniejszych rzeczy, jakich nauczyłam się w Ameryce. Potem już łatwiej było mi zdobyć dystans do najbardziej bezpośrednio obchodzących mnie spraw, nie kompromitować się podczas wymiany zdań oraz szanować cudze postawy i poglądy, byle manifestowane w sposób cywilizowany i byle adwersarz szanował moje.

Wszystko to naturalnie teoria. W praktyce dobre obyczaje prasy amerykańskiej bywały naturalnie łamane, w szczególności od czasu prezydentury George’a Busha juniora: w New York Times’ie zdarzył się fikcyjny wywiad, manipulowano informacjami5. Ponadto możliwość modyfikowania informacji daje zawsze stosowany przez wiele gazet dwustopniowy system opracowywania niektórych wiadomości. W tej metodzie reporter gromadzi jedynie surowe fakty oraz wypowiedzi świadków, osób zainteresowanych etc. Na tej podstawie ostateczny kształt nadaje tekstowi siedzący w redakcji pisarz. To on jest autorem całej historii, on podpisuje tekst swoim nazwiskiem, on ostatecznie wybiera z dostarczonego materiału, co uzna za istotne. Wszystko spełnia mniej więcej wymogi obiektywizmu, co najwyżej nieco cieniowanego preferencjami piszącego. Jednak - a znamy to aż zanadto dobrze - mogą pojawić się naciski, które trudno odeprzeć, zwłaszcza gdy nie ma się wyrobionego wielkiego nazwiska.

Dziennik Związkowy”, uporządkowany tematycznie i formalnie przez Krawca, dość długo trzymał się tych reguł, choć - jak cała prasa polonijna (ambitniejsze próby kończyły się nieodmiennie bankructwem) - był nijaki, staroświecki, a z czasem jeszcze bardziej uciekał w zaściankowość. Zaczęłam to odczuwać w miarę jak rósł bałagan i przekraczano wszelkie zasady dziennikarskie, nawet te formalne.

Była jesień 1987 roku. Zespół, z którym zaczęłam pracować, okazał się grupą ludzi życzliwych i lojalnych wobec siebie. Łączyła nas wspólna niedola (permanentne niedocenianie naszych kwalifikacji i umiejętności, nieliczenie się z naszym zdaniem, a przy tym wszystkim śmiesznie małe zarobki), ale takie rzeczy rodzą raczej brak solidarności. Tu było inaczej.

Spotykaliśmy się co jakiś czas z pytaniem: dlaczego tkwimy całe lata w tej sytuacji, znając co najmniej nieźle angielski? Praca w gazecie codziennej jest dla niektórych jak narkotyk. Po kilku rotacjach i odejściach ustalił się na dobre skład zespołu, który swoją pracę w gazecie kochał, licząc, że jej staczanie się po równi pochyłej skończy się, że “dłużej klasztora niźli przeora” i wszystkie zakręty, wykręty i przekręty przeczekamy. Z czasem praca stała się siłą rzeczy ciekawsza, bo środowisko polonijne rozwijało się - zdarzały się już i wywiady, i reportaże, i inne formy autorskich tekstów, zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz, mieć własne zdjęcia. Zmiany przyspieszyły z nastaniem nowego naczelnego - Wojciecha Białasiewicza, nie pozbawionego dobrych cech ludzkich, zdrowego rozsądku i jakiej takiej wyobraźni. Niemniej wtedy właśnie rozpoczął się okres upadku “Dziennika Związkowego” jako wiarygodnego medium.

Nastąpiło to w krótkim czasie po śmierci Alojzego Mazewskiego, prezesa Związku Narodowego Polskiego (ZNP) i zarazem Kongresu Polonii Amerykańskiej (KPA), który był człowiekiem dostatecznie przyzwoitym, by nie traktować prezesury jako drogi do wzbogacenia się i zbudowania własnej potęgi, a “Dziennika” - jako trybuny do wygłaszania swoich poglądów na wszystko i wszystkich oraz jako miejsca, gdzie wydawca może jednym telefonem usunąć dowolną wiadomość lub nakazać zamieszczenie najbardziej kłamliwego paszkwilu. Za prezesury Edwarda Moskala to się radykalnie zmieniło. Minimum niezależności dziennikarskiej zapewniło nam założenie grupy związkowej, co w pewnym stopniu chroniło przed bezpodstawnym zwolnieniem, straszeniem i ograniczało próby szczucia przeciw sobie. Do związku zawodowego należało wszystkiego sześć osób z redakcji.

Nie chcę opisywać szczegółowo procesu degeneracji gazety, warunków i stosunków w redakcji, trybu pracy etc., bo wzmocniłoby to - i tak trudny do uniknięcia - posmak donosu. W końcu sama byłam jednym z kółek w tym mechanizmie. Co prawda - jak wszyscy w “Dzienniku” - byłam całkowicie bezsilna, ale to w niczym nie zmienia sprawy. Przerwałam milczenie udzielając wywiadu Pawłowi Smoleńskiemu z „Gazety Wyborczej”. Zrobiłam to po bezprzykładnym ataku „mojej” gazety na Nowaka-Jeziorańskiego. Ale stało się to dopiero po dwunastu latach pracy w “Dzienniku”, gdy miałam już jakieś podstawy utrzymania i za nikogo nie byłam odpowiedzialna. Nie uważam więc tego za szczególny wyczyn.

Mogę się spotkać z zarzutem gołosłowności. Nie podaje faktów, przykładów, można sądzić, że słowa krytyki dyktuje mi rozżalenie. Od faktów i przykładów roi się w rocznikach „Dziennika” z okresu „Księstwa Moskala”. O niektórych mówiłam w tak zatytułowanym wywiadzie, do którego odsyłam bardziej dociekliwych.6


Praca w polonijnej gazecie


Moja praca w polonijnej gazecie wyglądała bardzo różnie. Zasadniczo, wraz z redakcyjną koleżanką Krysią Cygielską zajmowałyśmy się, prawie od początku, sprawami tak bezpiecznymi jak kultura, sztuka i rozrywka. Krystyna świetnie fotografuje i w wielu wypadkach tworzyłyśmy tandem: ona fotografowała, ja opisywałam. Tak się działo głównie, gdy wybierałyśmy się w wolnym czasie na „polowanie”. Były to dodatkowe godziny pracy, za które nam nie płacono. Nie miałyśmy także wierszówki, więc był to czas przepracowany z darmo, ale za to mogłyśmy wybierać tematy, które nas pasjonowały. Opracowałyśmy i przedstawiły na przykład ponad pięćdziesiąt chicagowskich pomników i rzeźb stojących pod gołym niebem. Słyszałyśmy nawet o kolekcjonowaniu przez czytelników tej weekendowej serii. Chodziłyśmy także na wszystkie ciekawsze przedstawienia, koncerty, wystawy, spotkania z wybitnymi autorami lub artystami, by nasi czytelnicy mieli na bieżąco możliwie dokładny obraz “życia kulturalnego” całej Polonii, także tej niezorganizowanej. Odwiedzałyśmy amerykańskie muzea, ogród botaniczny i zoologiczny, Park Ravinia z koncertami na wolnym powietrzu, słowem co popularniejsze i ciekawsze miejsca i imprezy w całym mieście.

Do czasu. Podczas negocjacji nad kolejnym kontraktem z wydawcą powiedziano, że nie wolno nam pracować za darmo. Jednocześnie wydawca, personalna i naczelny podkreślili zgodnie, że tzw. nadgodziny będą przyznawane tylko w wyjątkowych, uzasadnionych wypadkach, co w rzeczywistości zakończyło dotychczasową praktykę reagowania na wszystkie wydarzenia kulturalne, warte odnotowania. Odtąd większość z nich, a nawet tak wielką i ważną imprezę, jaką stał się urządzany co roku dwutygodniowy Festiwal Filmu Polskiego, zbywano jedynie krótszymi lub dłuższymi informacjami. Redakcyjne recenzje, opinie i wywiady stały się rzadkością. Materiały tego typu zamawiano u - nie zawsze fachowych - sprawozdawców, byle nie zlecać ich członkom redakcji. Przewinienie, jakim było zapisanie się do związku zawodowego7, miało nigdy nie zostać nam wybaczone.

Zanim jednak odcięto nam te możliwości, zgromadziłyśmy z Krysią w swoim dziennikarskim dorobku masę tekstów ilustrujących spore - a w niektórych dziedzinach ogromne - możliwości zaspakajania głodu wiedzy lub głodu kulturalnej rozrywki w polskim (i nie tylko polskim) Chicago. Szczególnie zależało nam na pokazaniu bogactwa głównego nurtu kulturowego Wietrznego Miasta, ale to nie było nigdy w gazecie dobrze widziane (konkurencja, reklamowanie czegoś, co się nie ogłasza w “Dzienniku”, a więc nie przysparza dochodu).

Poza wspomnianymi prezentacjami pisałyśmy z Krysią reportaże, przeprowadzałyśmy wywiady. Ja częściej pisałam recenzje: mam na swoim koncie setki recenzji z książek, spektakli teatralnych i kabaretowych, koncertów i wystaw, a wywiadów przeprowadziłam lekko licząc około dwustu: z politykami, artystami, aktorami, zdolnymi dziećmi, ciekawymi osobami ze środowiska polonijnego. Przedstawiałam sylwetki wielu popularnych w Chicago osób, a nawet całych rodów.

Bardzo ciekawe były zawsze rozmowy z przybyszami z Polski przed 1989 rokiem. Wielu z nich znałam wcześniej jako uczestników opozycji rożnych ugrupowań. Cieszyłam się bardzo z każdego spotkania, zawsze bardzo serdecznego, bez względu na różnice poglądów. Do najważniejszych zaliczam spotkanie z Mirosławem Dzielskim. Był’to ostatni z nim wywiad. Niedługo potem znalazł się w szpitalu, gdzie zmarł8.

Po roku 89 przyjeżdżały osoby, z którymi na pewno nie miałabym okazji rozmawiać w Polsce, a wiec najwybitniejsi polscy aktorzy, reżyserzy, politycy i kto tam jeszcze. Z tutejszych zawodowych kontaktów najwyżej cenię sobie dwa wywiady: z Tymoteuszem Karpowiczem i Zygmuntem Dyrkaczem, twórcą „Teatru Chopina” (obydwa dla nowojorskiego „Nowego Dziennika).

Do moich codziennych obowiązków - obok „newsów” - należało redagowanie zajmującej ważne miejsce strony zatytułowanej pozornie podobnie, jak poletko tak chętnie przeze mnie uprawiane: „Życie kulturalne i organizacyjne Polonii”. W ciągu tygodnia dział ten był rozbudowany, a w weekendowej części pt. “Kultura i rozrywka” skrócony do małej tabelki.

“Życie kulturalne i organizacyjne Polonii” to były po prostu - nadsyłane przez najróżniejsze polonijne organizacje, grupy i grupki, kluby i stowarzyszenia - ogłoszenia o zebraniach, bankietach, zabawach, piknikach, “dniach indykowych”, “szynkowych”, “pączkowych” etc. Były tam także oferty rozrywek kulturalnych: występów chórów, zespołów tanecznych, amatorskich spektakli, spotkań organizowanych przez stowarzyszenia, wystaw Polskiego Klubu Artystycznego i innych grup tego rodzaju. Do mnie należało przepisanie ich po zredagowaniu to znaczy głównie po poprawieniu uporczywych błędów, jak na przykład: “instalacja nowego zarządu” zamiast “zaprzysiężenie”; “zapraszamy o liczne przybycie” albo “zapraszamy o przynoszenie fantów na loterię fantową”, a także sporadycznych jak choćby (pisownia oryginalna): “Obecność członków jest porządana na załatwienie warznych spraw przed odroczeniem się na wakacje”. Kuriozalne bywały także treści tych ogłoszeń. Oto

Stowarzyszenie Polskiego Dziedzictwa (Polish Heritage Society) zapraszało na „tradycyjną polską Wigilię”, w programie której były „kiełbaski na gorąco” i potańcówka. Do działu ogłoszeń nadchodziły teksty pełne słów żargonowych: “rufiarz”, “peciarz”, “trok”, ‘mapowanie floru”9 itd. Niektóre przedostały się do druku.

Z ogłoszeń zapamiętałam kilka:

“Potrzebuję osoby do nocnego sprzątania w stawie Michigan”; “Potrzebna młoda dziewczyna do sprzedania. Najlepiej ze Słowacji lub z Polski”; “Potrzebni mężczyźni z samochodem i doświadczeniem przy masowaniu podłóg i prawii (?) carpetów“; “Odkupię mało używaną muszlę klozetową z bocznym wejściem”; “Wolna 38 letnia sprzątaczka pozna konkretnego mężczyznę z mapą”.

Zdarzały się naturalnie również nasze pomyłki i chochliki drukarskie, czasem szczególnie złośliwe. Kiedyś otrzymaliśmy do natychmiastowego tłumaczenia anglojęzyczny zapis tekstu przemówienia prezydenta Busha seniora podczas jakiegoś festiwalu polskiego. Prezydent najwidoczniej wymówił szczególnie niechlujnie nazwiska Kościuszki i Pułaskiego, amerykański reporter zapisał, jak usłyszał, a tłumaczący zapis kolega był na tyle roztargniony lub zmęczony, że w gazecie ukazał się następujący cytat z przemówienia:

“Podejmijcie walkę prowadzoną przez Solidarność, walkę Ceausescu i Połowskiego...”.


Ambitna próba edytorska


Pomysłem nastawionym na przyciągnięcie polskiej i amerykańskiej elity intelektualnej było powołanie do życia dwujęzycznego pisma “2B”10. „To be” miało stać się ponadnarodowym forum, gdzie miałyby miejsce prezentacje literackie oraz wymiana idei i opinii na tematy filozoficzne, polityczne, krytyczno-literackie i wszelkie inne, byle ciekawe. Ważne było, by pismo zainteresowało także Amerykanów oraz czytających po angielsku innych, nie-polskich imigrantów. Polska redakcja chciała pełnić rolę gospodarzy, a w perspektywie stworzyć rodzaj klubu. Pomysłodawcą i redaktorem naczelnym był Tomasz Tabako, któremu ludzie skupieni wokół “2B” zawdzięczają wspaniałą przygodę intelektualną i pracę do siódmego potu. Teksty polskojęzyczne miały obszerne streszczenia po angielsku i odwrotnie. Była to prawdziwa orka, niekończące się przerabianie i użeranie z Tomkiem, a gdy przychodził egzemplarz do korekty, rozpętywało się istne piekło. Za to, gdy wraz z ukazaniem się numeru opadały emocje, to choć zawsze mieliśmy jeszcze jakieś zastrzeżenia - kochaliśmy Tomka od nowa. Skład redakcji zmieniał się, ale stale byli w nim m.in. Krystyna Cygielska, Frank Kujawiński - poeta i tłumacz, ja, mój brat Witold Sułkowski i Teresa Torańska. Oprócz tego pomagało nam w różny sposób bardzo wiele osób, zarówno z Polski, jak i spoza kraju. Wszyscy - podobnie jak redakcja - honorowo. Gdzie trzeba, splendor zapewniało nam grono doradców, wśród których byli: Zygmunt Bauman, Janusz Głowacki, Gustaw Herling-Grudziński, Janusz Kapusta, Richard Pipes, Josef Skvorecky, Tomasz Venclova i inni wspaniali. Ale najważniejsze, że udało się, głównie Tomkowi, ściągnąć do “2B” znakomitych autorów, nie tylko polskich, ale wielu amerykańskich i innych, nawet japońskich. Okładki i ilustracje wewnątrz były dziełem najlepszych polskich artystów, w tym także Eda Paschke, wybitnego amerykańskiego malarza przyznającego się do „polskich korzeni”. W czternastu numerach znalazło się tyle nazwisk z pierwszej ligi, że obawiam się wymienić tylko niektóre, szczególnie, że każde z nas kogoś innego uważało za “należącego do najważniejszych”. Wszyscy się jednak godziliśmy, że najważniejszym z najważniejszych był nasz mistrz, opiekun i dobry duch - Tymoteusz Karpowicz.

Z początku nasi autorzy także nie brali pieniędzy, ale i tak koszty wydania numeru były spore, a za teksty, przynajmniej te zamówione, trzeba było zacząć płacić. Mieliśmy kilkoro wiernych sponsorów i trochę z trudem wydeptanych pieniędzy za reklamy, ale to nie wystarczało. Notabene wymyśliliśmy, by pod każdą reklamą zamieszczać cytat z literatury lub filozofii, co dawało zabawny efekt i wpisywało anonsy rynkowe w całość mierzącą wyżej.

Zdawało się, że nasze kłopoty zmierzają ku rozwiązaniu, gdy „Wspólnota Polska” przyrzekła Tomkowi kilkanaście tysięcy dolarów na rozwój „2B”. Nasz periodyk nie był ulubionym pismem Edwarda Moskala. Wkrótce nadeszło pismo z sekretariatu „Wspólnoty”, zawiadamiające o niemożności przyznania pismu „2B” dotacji.

Tak więc - po czternastu numerach - musieliśmy wydawanie “2B” zawiesić. Z początku z nadzieją na „odwieszenie”, a z czasem na dobre.


Powrót


28 lutego 2003 to data zamykająca dwudziestoletni okres od chwili, gdy jako uchodźca polityczny wylądowałam na lotnisku w stolicy Stanów Zjednoczonych, Waszyngtonie. W dwa miesiące później wróciłam na stałe do Polski. Od jesieni 1989 roku przyjeżdżałam tu co rok na urlop, dzięki czemu moje powtórne lądowanie w odmienionym domu było inne niż pierwsze na gościnnej, ale obcej ziemi: tym razem obyło się bez szoku. Niemniej po tylu latach Ameryka stała się dla mnie „drugą ojczyzną”. Moja najbliższa rodzina w Ameryce skurczyła się: wiosną 2003 r. zmarł mój brat, w niespełna rok później odeszli niemal jednocześnie nasi najbliżsi emigracyjni przyjaciele Ania i Tadek Walendowscy. W dalszym ciągu jednak tu i tam mam ludzi bliskich zarówno z lewa, jak i z prawa. Tu i tam z niektórymi rozumiem się w pół słowa, z innymi po prostu nie poruszamy pewnych tematów chcąc zachować sympatię, która przetrwała lata. Niestety, coraz częściej trzeba sięgać do tego sposobu, coraz rzadziej udaje się rzeczowa rozmowa o trudniejszych sprawach. Zaczęło mi brakować życzliwego chłodu w konwersacjach z przypadkowymi ludźmi, który tak długo mnie drażnił w Ameryce, zatęskniłam za kilkoma serdecznymi osobami stamtąd, podobnie jak tam tęskniłam za przyjaciółmi stąd. Jestem kimś innym w Ameryce i kimś innym w Polsce: tu i tam nie całkiem na miejscu.

A dziennikarstwo? No cóż, dobre obyczaje amerykańskiego dziennikarstwa zaczęły TAM zanikać, ale niestety nie da się - choćby dla stylistycznego efektu - napisać, że TU zaczynają się pojawiać.

Ewa Sułkowska-Bierezin




Przypisy

1 Od 13.XII. 1981 do 22.VII.1982 w Sieradzu, Olszynce Grochowskiej i Gołdapi.

2 Drugi tom wspomnień dziennikarzy polonijnych wydanych nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Opolskiego - Opole 2003 pod redakcją Wiesławy Piątkowskiej-Stepaniak.

3 Byli to :Andrzej Gwiazda, Seweryn Jaworski, Marian Jurczyk, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Karol Modzelewski, Grzegorz Palka, Zbigniew Romaszewski, Andrzej Rozpłochowski, Jan Rulewski i Henryk Wujec.

4 Wśród organizatorów byli aktywiści „Solidarności”, m.in. Leszek Waliszewski, Tadeusz Witkowski, Wojciech Fizyta; komitet miał łączność z Komisją Pomocy dla Opozycji Demokratycznej w Polsce, na czele której stał niezwykle zasłużony Bonawentura Migała z Chicago współpracujący latami z Jerzym Giedroyciem.

5 Pisał o tym obszernie Michael Missing w „The New York Review of Books” zimą2004r.

6 „Księstwo Moskala”, wywiad Pawła Smoleńskiego w Gazecie Wyborczej z dnia 24 maja 2001 r. Dysponuję także stertami wycinków z „Dziennika Związkowego” oraz mającymi związek z moją tam pracą dokumentami.

7 Był to związek zawodowy drukarzy, inna możliwość nie wchodziła w grę. Tę opcję usprawiedliwiał fakt, że swoje teksty przygotowywaliśmy jako gotowe do wyklejania stron (początkowo) lub montowania komputerowego.

8 Wywiad zamieszczono w wydanej w 1995 r. w Krakowie książce „Odrodzenie ducha - budowa wolności” pisma zebrane Mirosława Dzielskiego.

9 Wyrazy oznaczają kolejno: pracującego na dachu, wyrównującego powierzchnię (np. szpachlą), ciężarówkę, zmywanie podłogi tzw. mapą.

10 Należy czytać „to be” - zgodnie z powszechnie stosowanymi pomysłami na przedstawianie niektórych słów - jeśli się da - inaczej; na przykład: 4U - for you.




Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

Foksal 3/5

00-366 Warszawa

tel. 22 827 87 20

    Menu
  • Kontakt
  • Regulamin