RELACJE



Maciej Iłowiecki

„Oto paszport.
Proszę bardzo, a tu zobowiązanie”.


M_Ilowiecki
Relacja o 13 grudnia ‘81 i dalszym ciągu


Maciej Iłowiecki

Dziennikarz, publicysta i naukowiec. Ukończył biochemię na Uniwersytecie Warszawskim. Pisał m.in. w „Polityce”, „Przeglądzie Technicznym”, „Problemach”. W latach 1990–1992 był redaktorem naczelnym tygodnika “Spotkania”. W 1989 roku, jako ekspert do spraw mediów, brał udział w obradach Okrągłego Stołu ze strony „Solidarności”. 1990–1992 był redaktorem naczelnym tygodnika “Spotkania”.

W 1993 roku został wiceprzewodniczącym pierwszego składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

W latach 1990-1993 prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od 2004 do 2011 działał w Radzie Etyki Mediów.

Autor kilkunastu książek. Odznaczony w 2014 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.



Z aczniemy od Kongresu Kultury. Ja tam byłem zaproszony jako autor referatu o sytuacji polskiego dziennikarstwa. W zacnym gronie miałem zaszczyt wystąpić. Ciekawostką jest fakt, że w pewnym momencie, już po tym referacie, ale jeszcze 12 grudnia podszedł do mnie Dariusz Fikus i powiedział, że otrzymał od pewnego ubeka ostrzeżenie – nigdy nie powiedział od kogo – żebyśmy nie nocowali w domu. Natomiast, gdyby ktoś potrzebował pomocy potem i zgłosi się, byśmy mu pomogli. Zgłosił się ten agent, który nas ostrzegł. Zamiast do domu pojechałem do mieszkania mojej narzeczonej, która była zagranicą. Ja tam często przebywałem, bo było wygodnie, w śródmieściu, na Rozbrat. I oto w nocy do drzwi łomot, wiedziałem już, że to po mnie – otworzyć nie otworzyć? A poza tym mogą zrezygnować. Nie wyłamano drzwi, mówię o tym, bo paru kolegom wyłamano. Jak już poszli (wiem, bo słyszałem ich głosy) to zastukała do mnie sąsiadka i mówi – „niech pan szybko przejdzie do mnie, bo oni mogą wrócić. Ma pan szczęście, to byli żołnierze, a nie ubecy”. Byli w mundurach.



Po niektórych przychodzili żołnierze, dużo mniej napastliwi. Sąsiadka wiedziała już, bo w TVP szło przemówienie Jaruzelskiego. Wciągnęła mnie do swojego mieszkania, zamknęliśmy drzwi. Patrzę, na ścianie wisi kurtka zomowca, takiego wyższego rangą, patrzę na to z przerażeniem, a ona mówi – niech pan się nie boi, mój mąż jest w ZOMO, jest oficerem, ale go wzięli na robotę, a poza tym on jest przeciw. Co dziwniejsze, ten facet nad ranem przyszedł i zaczął mi opowiadać, że również chodził po różnych ludzi, niesłychanie był tym przejęty. Wyjął jakiś trunek i w końcu w tę noc z 12 na 13 grudnia piliśmy wódkę z zomowcem.

Później rano przyszli jeszcze moi przyjaciele, zaniepokojeni. Chodzili do tych ludzi, o których myśleli, że po nich przyjdą. Sąsiadka zobaczyła ich przez dziurkę od klucza, ja też popatrzyłem i otworzyliśmy drzwi. Musisz się ukryć – mówią – bo jesteś wywieszony na listach. Jako ten, którego złapano. Dalsze losy są też pewno typowe, ja się ukryłem u swojej koleżanki, niedaleko. Tam przez pewien czas przebywałem, później u kogoś innego, byłem w ukryciu, dopiero po paru dniach dowiedziałem się, że mój najbliższy przyjaciel – Jurek Zieleński popełnił samobójstwo. Albo go zamordowano, bo tak naprawdę do dziś nie wyjaśniono, co to było, mimo przeprowadzonego śledztwa.

Jak to się stało? Leżał wtedy w szpitalu na Woli. Przyszło do niego dwóch facetów, mówią portierowi, że są przysłani przez Region Mazowsze – Jerzy był wyznaczony na przewodniczącego, miał prowadzić „Tygodnik Mazowsze” (który potem został przechwycony przez frakcję Michnika). Do dziś nie znaleziono tych ludzi, nikt w Zarządzie Regionu nie potwierdził, że oni kogoś wysłali, nie ma żadnych świadków. Potem już w wolnej Polsce jego narzeczona, pani, która późnej została prokuratorem za Mazowieckiego, miała możliwości, żeby przeprowadzić formalnie śledztwo. Ale niczego się nie dowiedziano, nie zdobyto żadnych dowodów, że to było samobójstwo, ani żadnych dowodów, że to było morderstwo. Byłem tym bardzo poruszony, bo to mój najlepszy przyjaciel.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędziłem w ukryciu, gdzieś tak w początkach stycznia nawiązałem kontakt z kilkoma ludźmi, między innymi z księdzem Pasierbem, bo on też był delegatem na Kongres Kultury Polskiej, miał przemówienie zaraz po mnie. On mnie cytował, ja mu dziękowałem, tak zaprzyjaźniliśmy się na tym Kongresie, a potem spotkałem się z nim w kościele na Solcu – po zmroku, właśnie w styczniu. Wymieniliśmy informacje.

Bratkowski był cały czas chory, wiedziałem tylko, że nie był internowany, nie miałem wtedy z nim kontaktu.

Wiadomość o moim rzekomym internowaniu doszła za granicę, gdzie przebywała moja narzeczona i ona uruchomiła różnych ludzi, żeby internowanym paczki przysyłać, a ja nie miałem możliwości, by ją zawiadomić, że nie jestem internowany, tylko siedzę w ukryciu. Pozbyłem się w ten sposób bardzo ciekawego zresztą doświadczenia – „internatu”. Może trzeba było się dać internować. Tym bardziej, że wielu ludzi użyło później tego faktu jako argumentu, że mnie w ogóle nie szukali, bo gdyby mnie szukali, to byłbym internowany, a ja tylko zniknąłem. Ale – wracamy do początków – nagle w tym tajnym mieszkaniu pojawił się Bohdan Lewandowski.

To był najbliższy przyjaciel Rakowskiego, był bardzo ważną figurą, ale siedzący zagranicą, skierowany przez partię, był jednym z sekretarzy ONZ-tu. Miał paszport dyplomatyczny, oenzetowski. Oczywiście nigdy mi nie chciał powiedzieć, skąd się dowiedział, gdzie ja mieszkam. To jednak dowodzi, że musieli działać jacyś agenci, którzy byli wśród tych kolegów, z którymi się wówczas kontaktowałem. Chociaż nie mówiłem gdzie jestem, ale wychodziłem z tego mieszkania (rzadko i tylko wieczorami). Musieli mnie śledzić, albo ktoś donosił. Ciekawostka historyczna do dziś nie rozszyfrowana – kto? Ten Lewandowski, który wtedy przyjechał ze Stanów przywiózł mi listy i jakąś paczkę od mojej narzeczonej, która też pracowała w ONZ-cie, akurat była jego podwładną. Była szefową hostess, które oprowadzają gości po ONZ-cie. Ale misją Bohdana Lewandowskiego było nie tyle przywiezienie mi tych listów i paczki, co propozycja od Rakowskiego, przyszedł z nią. Mianowicie: Rakowski gwarantuje nam – to znaczy tym ukrywającym się – list żelazny; zaprasza nas na spotkanie do Rady Ministrów, obiecuje, że nas przewiozą, gdzie trzeba i nikt nie będzie wiedział, a on chce się spotkać ze swoją dawną redakcją. No i pojechaliśmy tam. Zebrało się 26 osób. To byli właściwie wszyscy założyciele tej „Polityki”, co byli od początku i troszkę później (tak jak ja) i wreszcie ci, którzy pojawili się w tej redakcji najpóźniej. Rakowski nam zreferował sytuację ze swego punktu widzenia. On wtedy mówił to samo, co powtarzał ciągle, że dzięki temu stanowi wojennemu, uniknęliśmy najazdu „bratniej pomocy”, że nie było innego wyjścia, a teraz jeszcze na razie wszystko jest zawieszone, ale musimy już zacząć pracować, bo jak się skończy stan wojenny, to on chce, żeby „Polityka” znów wychodziła. Trzeba będzie – mówił – jeszcze trudniejsze zadanie pełnić, bo trzeba będzie przekonywać społeczeństwo. W tym czasie generał Jaruzelski zrobi tu porządki nie tyle polityczne, co gospodarcze, „otworzy kraj na nowoczesność”. Dziennikarze „Polityki” podzielili się równo na dwie połowy: trzynaście na trzynaście. Trzynaście powiedziało od razu – nie, wykluczone, nie będziemy współpracowali z takim pismem, tym bardziej nie będziemy przekonywać ludzi, że taki wspaniały ten stan wojenny, rozbicie „Solidarności”. Trzynaście osób – może mniej, bo ktoś powiedział, że rezygnuje w ogóle z zawodu, ktoś wyjeżdżał za granicę – część z tych ludzi założyła nową „Politykę”. Ja jeszcze potem chodziłem na takie zebrania założycielskie, żeby je zobaczyć. Odbywały się w mieszkaniach różnych ludzi, na przykład u Henryka Zdanowskiego (to był szef działu zagranicznego „Polityki”), u Daniela Passenta, jeszcze u kogoś. Najciekawsze jest to, że dokładne relacje miało SB z tych wszystkich spotkań, czyli wśród nas musiał działać agent bardzo sprawny. Spotykali się w tych mieszkaniach nie wszyscy dziennikarze, tylko ci z kolegium, a już takich ubeków, jak (co się ujawniło) prof. Garlicki czy Kazimierz Koźniewski tam nie było. Kto donosił, to kwestia niewyjaśniona. Tkwi to pewnie w teczkach IPN.

Wracam do SDP. Jeden z naszych, człowiek, który był ważną figurą w strukturach sdepowskich (tych przed stanu wojennego) bardzo dobry dziennikarz i reporter najpierw z Wrocławia, potem w Białymstoku działał – Klemens Krzyżagórski, jeden z bliskich zaufanych Bratkowskiego – w życiu byśmy się tego nie spodziewali – założył i został szefem tego „kontrstowarzyszenia”, z którego wywodzi się obecne SD RP, przedtem SD PRL. I to miało być to właściwe, „słuszne” stowarzyszenie. SD PRL było założone z inicjatywy i pod opieką Grubego, czyli Stefana Olszowskiego, to było jego ukochane dziecko. Pamiętam rozmowy z Krzyżagórskim, pytałem go o motywy, nie mogłem zrozumieć, jak on mógł to zrobić. No ale wtedy parę osób popisało się w tym stylu. Albo przedtem już byli agenturą u nas, albo im coś obiecano za zdradę. Był taki człowiek, który był od dawna agentem Olszowskiego i pewnie UB. Założył jeszcze w ‘81 r. stowarzyszenie dziennikarzy przeciw SDP. Uznała je Moskwa za reprezentację. Był naczelnym pisma „Jachty” – nie pamiętam jego nazwiska.



Oficjalne rozwiązanie SDP


Dokonał go ówczesny prezydent Warszawy, gen. Dębicki, na podstawie dekretu ... prezydenta Mościckiego. To zupełne kuriozum. Jednocześnie temu rozwiązanemu SDP-owi przyznano kuratora, człowieka, który pojawił się w eleganckim mundurze, lotniczym. To była bardzo tajemnicza postać. Przestawił się jako pułkownik Janusz Górski z kontrwywiadu wojskowego, ale nie było wiadomo, zwłaszcza w tamtym okresie, czy to był kontrwywiad, czy UB czy jeszcze jakieś inne struktury, czy z wojska. W tym czasie on zażądał, żebyśmy podpisali, że zgadzamy się na rozwiązanie SDP. Przez cały czas w tych rozmowach nie brał udziału Bratkowski, ponieważ był chory. On rzeczywiście jest chory na serce i ciągle się leczy, ale wtedy byliśmy trochę źli na niego. Nie chcę być nieobiektywny, chociaż wtedy nie było tak łatwo bez prezesa załatwiać różne rzeczy. Spadło to na nas. Głównie pracował Dariusz Fikus i nieżyjący już Krzysztof Klinger, no i ja. W każdym razie pułkownik Górski zawiózł mnie do Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej na Puławskiej. Tam zaprowadzono mnie do jakiegoś gabinetu. Było to robione w takiej atmosferze, że właściwie nie było wiadomo, czym się skończy. Byłem dopiero co po ujawnieniu, dopiero co wyszedłem z ukrycia. Zaprowadzono mnie więc do pokoju, w którym siedział jakiś pułkownik, który się przedstawił i jeszcze było paru potwornych drabów, nastrój taki, że pomyślałem, że mnie spałują, zabiją? Ten pułkownik powiedział, że nazywa się Jermak. Pułkownik Jermak. Ja chcąc rozładować sytuacje powiedziałem: „a to pan może jest krewnym takiego sławnego Jermaka? Był taki Kozak, Jermak, który podbił Syberię dla cara. Był sławnym poszukiwaczem przygód”. A ten w ogóle nie wiedział o co chodzi i powiedział obrażonym tonem: „Nigdy nie byłem na Syberii. Nie mam żadnych krewnych Kozaków” „Tu proszę podpisać” – mówi. Czytam, a tam jest napisane, że w imieniu zarządu obecny tu Maciej Iłowiecki, wiceprzewodniczący, wyraża zgodę na rozwiązanie SDP. A ja mu mówię: „a wie pan, ja nie wyrażam zgody na to. Nie wyrażam zgody”. No i zaczęły się takie pomruki: „a pan wie, że może pan nie wyjść z wiezienia, pan stąd już może nie wyjść, a nikt nie będzie wiedział, bo nikt nie wie, że pan tu jest, a nawet gdyby pan wyszedł, to nigdy w życiu nie będzie pan mógł być dziennikarzem” – słowem straszenie, ale tylko straszenie. Słowne. Ale mimo wszystko nie wyrażam zgody. Wyszli do drugiego pokoju, jeden ze mną został. Naradzali się i wraca: „przynajmniej musi pan podpisać, że pan to przeczytał”. To mogłem, bo przeczytałem przy świadkach. Napisałem na dokumencie: „przeczytałem, przyjąłem do wiadomości, Maciej Iłowiecki”. Miałem poczucie, że nie wyraziłem zgody, i o ile wiem, nikt z zarządu zgody nie wyraził. Może później, ale to pozostanie tajemnicą. Sądzę, że jednak nikt nie podpisał.

To byłaby propagandowa różnica, bo by ogłosili, że sam zarząd SDP zgodził się na rozwiązanie naszego Stowarzyszenia.

W drodze powrotnej, jak mnie odwoził ten kurator (oficjalnie to się nazywał się komisarzem wojskowym dla SDP. Urzędował na Foksal.) – po powrocie mówi: „dobrze pan zrobił”. I dalej nic. „Dobrze zrobiłem, ale co oni zrobią?”. „Nic”. I w istocie nic mi nie zrobili. To był może marzec, nie wcześniej.

W SDP było olbrzymie archiwum, takie nasze z działalności, zwłaszcza z tej późniejszej, gdy była już odnowa. Wszystkie nasze papiery. Myśmy musieli do dawnej siedziby często przychodzić, żeby załatwiać różne sprawy, interwencje, sprawy kontaktów, jak kogoś gnębili to trzeba było przez komisarza oficjalnie składać odwołania itd. Kiedyś on mówi „dostałem nieprzyjemną misję, muszę zniszczyć archiwum SDP-u”. Odpowiadamy: „to przecież jest – nawet jeśli to jest wraża organizacja – archiwum, to jest historia, to jest ciekawe, co tam się działo nawet dla was, dlaczego to niszczyć?” On mówi: „ja też uważam, że to idiotyzm. No ale rozkaz to rozkaz, muszę zniszczyć. Trudno”. Znowu gadamy, w pewnym momencie on mówi: „Jutro mnie tu nie będzie, muszę jechać służbowo”. Pożegnał się, wyszedł. Fikus mówi: „czy on nam nie dał do zrozumienia, żebyśmy wynieśli archiwum? Być może tak, być może nie. Może chciał nas sprawdzić. Ale spróbujmy”. I spróbowaliśmy. Wynieśliśmy, może nie wszystko, bo tam jeszcze przypałętała się pewna pani, która była znacznie gorsza niż płk Górski. Nawet nie wiem, kim ona była, jakąś personalną w starym SDP. Musiała już być dawno ubeczką. Ona była formalnie kuratorem SDP rozwiązanego. Wyjątkowo wredna, ale była na szczęście leniwa i korzystała z tego, że nie musi na Foksal siedzieć, tylko tam bywała. No to myśmy przyszli po godzinach pracy, mieliśmy „obrobionych” swoich portierów. Wynieśliśmy spokojnie kilkanaście pak. We trójkę żeśmy to robili z takim naszym sekretarzem od spraw zagranicznych, wspomnianym Krzysztofem Klingerem, bardzo fajny człowiek, okazał się bardzo odważny. Jeszcze miałem z nim długo do czynienia, potem zachorował na serce, wyjechał do Francji, gdzie mu zrobili operację, a to już nic nie pomogło. Niezwykle odważny człowiek, dziś zapomniany, bo trochę innych się lansuje.

Czasem interweniowaliśmy u płk. Górskiego, on był człowiekiem kontaktowym, przynajmniej słuchał, co się do niego mówi, zapisywał sobie. I my w przypadkach nękania różnych osób, działaczy SDP lub „Solidarności” – dziennikarzy, przekonywaliśmy, że oni zaprzestali opozycyjnej działalności itd. Np. nasza koleżanka, która była wiceprzewodniczącą „Solidarności” w TVP (przewodniczącym był Piotr Mroczyk, potem działał w Waszyngtonie, dziś jest śmiertelnie chory [zm. styczeń 2008 r.]) Elżbieta Saar. Robiła całą robotę organizacyjną, prześladowali ją w sposób okropny. Ukrywała się dużo dłużej, siedziała na jakimś strychu u emerytów, którzy ją przyjęli, ale sami też się bali, prawie głodowała. W jej mieszkaniu robiono bez przerwy rewizje, zabrano wszystkie prywatne zdjęcia i listy.

Wtedy, ponieważ szczególnie okrutnie z nią ubecy postępowali, raz mi się zdarzyło pójście do Urbana z prośbą. Był moim kolegą z „Polityki”. Mówię mu, że może już czas z tym skończyć? Była to i jego koleżanka, tak się losy złożyły, że ona mu kiedyś bardzo pomogła, właśnie Urbanowi, ja mu to przypomniałem i mówię: „mógłbyś tam przecież gdzieś powiedzieć, żeby dali jej spokój, ona i tak już jest rozbita, zdenerwowana”. On wtedy prychnął i powiedział: „Jak jest idiotka i tak zabrnęła w te wszystkie sprawy, to mnie to gówno obchodzi”. W sposób wyjątkowo nieprzyjemny, chamski. „Rzeczywiście, jesteś tym kim jesteś” – powiedziałem. I wtedy zwróciłem się razem z Fikusem, bo pracowałem ręka w rękę z Fikusem, do tego Górskiego. On sobie to zapisał i po paru dniach przychodzi i mówi „może wrócić do domu, dadzą jej spokój”. Interwencja była załatwiona. I rzeczywiści dali jej spokój.

Druga dziewczyna, obiekt naszej interwencji, to Bożena Wawrzewska, która później przez długi czas była wiceszefową „Rzeczpospolitej”. Wtedy była młodziutką dziewczyną, która nam pomagała. Ją także prześladowano, nie mogła wrócić do domu. Mimo że była córką jakiegoś działacza partyjnego – ale to się zdarzało – wiedzieliśmy, że nie ma z czego żyć, że trzeba jej wysłać paczki. Po paru dniach Górski powiedział: załatwione. Było takich kilka osób. Na przykład wspomnę o znanej dziś tłumaczce z angielskiego Jolancie Kozak. Ona nie była dziennikarką, natomiast jej mąż był dziennikarzem i niewysokiego szczebla działaczem „Solidarności”. Zmuszono go, żeby wyjechał. Wyjechał do Kanady. Ona tu została, nie bardzo było można do niej dotrzeć, chcieliśmy paczki dostarczyć, okazało się, że pod jej domem stali i pilnowali. Akurat przypomniały mi się te trzy osoby. Było takich interwencji więcej, które przyniosły skutek. Z tym że oczywiście nie wiadomo, czy czasem nie chodziło o to tylko, by nas całkowicie zjednać i pokazać, że on nam sprzyja.



W Magdalence


Może jeszcze jedna z ciekawostek. Otóż przypuszczam, że płk Górski wiedział, że my już prowadzimy tzw. działalność podziemną, zdawał sobie z tego sprawę. Dziś już nie mam wątpliwości, że wśród nas byli agenci, do dziś pewno nie rozszyfrowani. Mam podejrzenia, kto to był, ale ponieważ nie mogę podejrzeń udokumentować, nie mogę powiedzieć, bo nie chcę się narażać na procesy. Nie chcę też skrzywdzić kogoś, kto jest niewinny i niewinnego bym oskarżył.

W pewnym momencie Górski powiedział, że muszę pojechać z nim do Magdalenki (to jeszcze było przed Okrągłym Stołem, „ Magdalenka” nic nie mówiła poza tym, że myśmy wiedzieli – już nie wiem skąd – że tam się mieściła jedna z central wywiadu SB, a w każdym razie jakaś ubecka instytucja, stąd zresztą później były rozmowy w Magdalence).

Pułkownik dorwał mnie w redakcji „Problemów”, czekał na mnie przed drzwiami. Dygresja: pozwolono mi pracować w „Problemach”, byle nie na stanowisku, a jako dochodzący, dzięki pomocy pana Macieja Hofmana, wtedy wiceprezesa RSW „Prasa”. On wyraził zgodę, chociaż pani .... – taka potworna baba była prezesem RSW „Prasy” – stanowczo się sprzeciwiała, żebym ja gdziekolwiek pracował. Wychodzę więc z tych „Problemów” po pracy, a tu stoi pan pułkownik i czeka z szoferem w eleganckiej, czarnej limuzynie. Mówi, że musimy pojechać do Magdalenki, i że on nie może mi powiedzieć po co. Wtedy nie było oczywiście telefonów komórkowych, wiec ja udałem, że zostawiłem coś w pracy i muszę na chwilę wrócić. Zdążyłem zadzwonić do swoich dwóch przyjaciół na wszelki wypadek, powiadomić, że ja właśnie z nim gdzieś jadę, do Magdalenki, ale gdzie nie wiem. Jechałem tam z pewnym lękiem, bo już wtedy zaczynały się różne „dziwne rzeczy” z księżmi, zabójstwa, panował już nastrój grozy. W każdym razie przyjechaliśmy, w lesie wspaniała willa. Wyszedł jakiś pan w cywilu, zameldował się i powiedział: „Generał czeka”. Wchodzę, a tu zastawiony stół, z jakimiś rzeczami, których w ogóle w sklepach nie było, ja ich w życiu nie jadłem, pamiętam kawior, oczywiście była i wódka. Wychodzi elegancki pan w binoklach, nie mówi nazwiska, tylko: „ja jestem generałem MSW i chciałem z panem porozmawiać”. „A o czym?” „A tak ogólnie. Niech się pan niczego nie obawia, my się po prostu interesujemy wszystkim co się dzieje, chcemy poznać pańskie poglądy”. No cóż, byłem przygotowany, wiedziałem jak to się rozmawia, sami przecież pisaliśmy broszury, uczyliśmy dziennikarzy jak ma się rozmawiać z UB. Ale on też się przygotował, to mnie zaskoczyło. „Muszę zacząć od tego – mówi – że ja jestem wielbicielem pana twórczości. Powiedział dosłownie, do dziś to pamiętam: wychowałem się na pana felietonach – może nie powiedział wychowałem a wykształciłem, już nie pamiętam. Nie mógł być młodszy ode mnie, więc jak mógł się kształcić? Zaczął mówić na przykład, że napisałem kiedyś, iż wszechświat jest skończony, ale to trudno zrozumieć, co pan przez to rozumie? itp. To dość długo trwało, bo on poruszał różne filozoficzne tematy, a „mój” pułkownik milcząc siedział z tyłu. Generał zapraszał mnie, niech pan tu podejdzie i częstuje się. Ja niesłychanie byłem powściągliwy, bo może to otrute albo coś tam jest dodane, żebym ja się otworzył. W końcu gada i gada bez przerwy o mojej twórczości, więc mówię „ale panie generale, pan mnie tutaj nie ściągnął, żeby rozmawiać o moich książkach, wiec właściwie o co panu chodzi?” On mówi: „z jednej strony chciałbym, aby zrozumiał pan, a i może pańscy koledzy, bo potem może pan im opowie, że my chociaż formalnie jesteśmy po przeciwnych stronach, to właściwie tak naprawdę jesteśmy po jednej. Bo wy chcecie, żeby tu była demokracja i nikt nie sterował nami z zewnątrz, a my chronimy was, żebyście nie poszaleli całkiem i żeby rzeczywiście nikt nie chciał nami sterować już tak ostatecznie i do końca z zewnątrz, że jeszcze musimy tu te kruche początki – powiedział kruche – demokracji ratować, chronić i pan rozumie jako człowiek oczytany, jakim delikatnym instrumentem jest takie MSW, jak nas nienawidzą, jakie my mamy szalone trudności i kłopoty, nie wszyscy chcą słuchać nas, nawet nasi właśni ludzie”.

Pił do tego, że ktoś morduje, a to jest rzekomo poza nimi, poza MSW itp. Wiedziałem, że nie mogę nic powiedzieć o działaniu tajnych struktur, ale mogę wyłożyć pewną ideę. Więc mu wyłożyłem: że my tego nie uznajemy, że chcemy pełnej suwerenności i nie spoczniemy i że takich ludzi jest coraz więcej, więc prawdopodobnie nie dacie sobie rady i że to wszystko się prędzej czy późnej się załamie i ja w to wierzę. On mówi: „szanuję pańskie przekonania”. Nie chciałem pić, broń Boże! Bo bałem się, że wydadzą później jakiś komunikat, że Maciej Iłowiecki pił z generałem. „Rozumiem, rozumiem” – mówi. „Nie wypiję ani kieliszka, bo nie mam do was zaufania”. I na tym to się właściwie skończyło.

To była dość długa rozmowa, parę godzin. Właściwie bez przerwy on gadał. Przekonywał, jacy oni są „naprawdę”.

Ale nie wymagał żadnych oświadczeń. Przecież nie mógł liczyć na to, że ja powiem: współpracujmy. Na tyle naiwny przecież być nie mógł, a może? Może z kimś też tak rozmawiał i dało to wyniki, nie wiemy. Natomiast już grubo po odzyskaniu suwerenności, kiedyś spotkałem na Nowym Świecie tego „swojego” pułkownika Górskiego, w cywilu. Ja wtedy dopiero co przeszedłem na emeryturę i byłem w nastroju nienajlepszym, bo niska emerytura, nigdzie nie pracuję, Michnik zrobił ze mnie oszołoma prawicowego, więc liczne strachliwe redakcje bały się mnie zatrudniać, właściwie nie miałem dostępu do jakiś pism. Kościół tylko mnie zapraszał na spotkania.

I on to wiedział i się śmiał. Bardzo. „To jest typowe dla naszych czasów – mówi – bo mnie na przykład, nic mi się nie stało. Dziś nie mam żadnych kłopotów z tego tytułu. Mam firmę i jestem bogatym człowiekiem i większość z nas ma takie jakieś „ulokowania”. Myśmy się urządzili bardzo dobrze – mówi – czy to nie jest wspaniały paradoks historii. Pan na emeryturze, nie czytam teraz wspaniałych tekstów”. No i tak. Miałem dobre mniemanie o płk. Górskim. Bardzo byliśmy zadowoleni, że to on był właśnie komisarzem SDP.

W każdym razie teraz zapytałem go, czy pewne tajemnice są możliwe do rozszyfrowania: pierwsza, kto to był ten generał w Magdalence i właściwie o co chodziło?

„O co chodziło? – powtórzył – To ja tak naprawdę nie wiem do dziś. Ja byłem z innego departamentu. On nazywał się Sereda. Nie pamiętam imienia”. Potem sprawdziłem w materiałach MSW: Sereda był dyrektorem tego departamentu, którym kiedyś zawiadowała Bristigerowa, czyli departamentu od intelektualistów. Czyli bardzo wysokiej rangi oficer, przypuszczam, że musiał on chyba wiedzieć, po co to wszystko było. I potem ten człowiek – osunęli go z centrali - został szefem milicji we Wrocławiu. Chciałbym to kiedyś rozszyfrować, musi być jakiś ślad w moich teczkach, bo przecież musiał być jakiś raport z takiej rozmowy, jakaś notatka, przecież oni sobie takie raporty przekazywali. Ponieważ moje teczki wszystkie zginęły, ciągle nie można ich odnaleźć, przypuszczam, że tam były ujawnione osoby, które do dziś działają, albo są jakimiś postaciami już po odzyskaniu niepodległości i groziłaby kompromitacja. Albo ma je Kiszczak, bo on ma jakieś ukryte teczki. Albo je zniszczyli. Albo to ta sławna komisja, która grzebała w MSW, może coś tam wynieśli. Nie wiadomo.

A drugą tajemnicę, którą chciałem rozszyfrować to sprawa mojego rzekomego samobójstwa.

Chyba musiał to być 1983 rok, mój już nieżyjący kolega z „Polityki” Zygmunt Szeliga, był w ambasadzie chińskiej na przyjęciu, ja wtedy siedziałem w Kazimierzu. I ambasador chiński – tak opowiadał to później Szeliga Rakowskiemu (a ten mi to kiedyś później opowiedział, kiedy jeszcze z nim się kontaktowałem) – co to się stało, że wasz kolega Iłowiecki popełnił samobójstwo? Szaliga mówi: „Jak to, nic takiego nie słyszałem”. Może to nie był ambasador, może attaché, było to i tak zdumiewające, Chińczycy mieli nasłuch różnych rozgłośni radiowych, wiadomość podobno nadana w radiu czeskim w Pradze. Ogłoszono, że tu była jakaś ruchawka, jakaś manifestacja została przygotowana i wszystko się zatrzymało, bo zabito ważnego działacza SDP, czy też popełnił samobójstwo w niejasnych okolicznościach. Wymieniono Macieja Iłowieckiego. Później potwierdził to Andrzej Wróblewski, mój kolega z „Polityki”, on też słyszał o tym w radiu czeskim. Ja wtedy mieszkałem na ul. Rozbrat, u narzeczonej, która ciągle była zagranicą. Potem opowiadała mi sąsiadka: „Co tu się działo, Boże! Oddziały zomowców obstawiły cały nasz dom. I rzędem weszli po schodach, zaczęli walić, rozmawiali czy wyłamać drzwi czy nie. Sąsiadka powiedziała do nich: „Nikogo tam nie ma, po co wyłamywać drzwi. Dam wam telefon do pani, która się tym mieszkaniem opiekuje. Zadzwońcie do niej, ona ma klucze, to przyjedzie, otworzy drzwi i wejdziecie”. I sierżant ZOMO dzwoni do mojej przyszłej teściowej. „Pani W., w pani mieszkaniu jest trup. Pani z kluczami przyjeżdża”. Co to się działo! Moi przyjaciele zaczęli dzwonić. Komórek wówczas nie było, a telefony też były rzadsze, a w Kazimierzu tam, gdzie ja siedziałem, telefonu nie było, tylko u sąsiadów. Paru moich przyjaciół zaczęło dzwonić, żeby sprawdzili czy ja tam jestem. Dowiedzieli się, że jestem i mieszkam, bardzo się ucieszyli, że żyję. W tym samym czasie zomowcy sprawdzili mieszkanie w Warszawie. Później się okazało, że Rakowski ich wysłał, bo chciał sprawdzić, co się ze mną stało. Co ciekawsze, przyjechał natychmiast komisarz wojskowy Górski do Kazimierza (powiedziano mu, że jestem w Kazimierzu). Zatrzymał się zresztą w Domu Prasy, nie wiedział gdzie ja jestem, ale miał swoje metody. Nawiązał kontakt z milicją i nagle przyszło dwóch milicjantów do tego domku, gdzie mieszkałem. Właścicielką była pani, która miała 80 lat. Nagle przychodzą milicjanci, więc ona myśli, że to po mnie i mówi, że mnie nie ma. Ja nie wiedziałem, że oni mnie szukają, nie było powodu, wyszedłem nieopatrznie, zobaczyli mnie, wzięli za kuper i dowieźli mnie do Domu Prasy do komisarza. On mówi: „odetchnąłem, bo wszystkie wieści o panu Macieju Iłowieckim były tak pewne, że Rakowski zarządził alarm,”. To taka ciekawostka, do dziś niewyjaśniona. Później, zapytałem Górskiego: „co to było”? On mi opowiedział historię, która moim zdaniem jest zupełnie wyssana z palca. Nieprawdziwa. Miała to być robota KGB, nie dlatego żeby oni akurat mnie chcieli zabić, tylko chcieli zabić w ogóle jakąś postać – jak on się wyraził – lubianą w Warszawie, żeby namącić. Miał być użyty do tego jakiś Holender komunista. Uważam, że gdyby nawet było prawdą, co mówił, to żeby zrobić zamęt wybraliby kogoś ważniejszego, myślę, że Górski tak powiedział, żeby mi coś w ogóle odpowiedzieć.

Natomiast do dziś się nie wyjaśniło. Można dopuścić, że było to wielokrotne przekłamanie. Ciekawie byłoby wyjaśnić.

Później dowiedziałem się z innych źródeł, że pułkownik Górski nie nazywał się Górski – tu go może zdradzę – nazywał się Steć. I był rzeczywiście pułkownikiem, ale wywiadu SB. Tak mi powiedziano.

Dziś już bym się w życiu tego nie dowiedział. Próbowałem przez wiceministra Krzysztofa Kozłowskiego dowiedzieć się o pewne rzeczy. Nic z tego. Za jego czasów przecież dziwna „komisja” buszowała w MSW – też do dziś nie są znane szczegóły.

Wracając do czasów tajnego SDP – włączyłem się bardzo w nurt kościelny. Innego zresztą nie było. Było wtedy wiele jeżdżenia po kraju z odczytami, na spotkania. To był kawał dobrej roboty, którą robili SDP-owcy. Mecenas Wiesław Johann był naszym prawnym doradcą. To on nam właśnie doradził zarejestrowanie się ponowne SDP. I był to potworny błąd. Tłumaczył, że nie można było przewidzieć, że władza to wykorzysta, twierdząc, że SDP jest jakoby nową organizacją, której nie należy się zwrot majątku.

Jacek Ratajczak, ściągnięty przez Fikusa z Białegostoku, działacz lokalny SDP-u, jako zastępca sekretarza generalnego SDP okazał się bardzo sprawny organizacyjnie. Fikus był rozbiegany. A ten trzymał wszystko w garści. Potem wyemigrował, zniknął z horyzontu.

Pieniądze – to też jest taka sprawa niewyjaśniona. Ja zdołałem zarobić dużo i zebrać dla SDP za granicą. W dolarach. Przywiozłem sporo dolarów, przekazywałem przez różne osoby, niełatwo było to przewieźć. Niestety nie jest jasne, co się stało z tymi wszystkimi pieniędzmi.

Skarbnikiem był Zdzisław Sierpiński – człowiek nieskazitelny. Chciałem to wyjaśnić do końca. Kiedyś zadzwonił i chciał mi powiedzieć o tych dolarach, co się z nimi stało. Byliśmy umówieni – i nagle umarł na serce. Ufałem mu bezgranicznie, człowiek niezwykle uczciwy, z jego strony było z pewnością wszystko w porządku. Ale pieniądze są zawsze kwestią drażliwą – wszystko powinno być dziś wyjaśnione – na co zostały wydane i przez kogo.

Dokończę jeszcze o pułkowniku Górskim, czyli o sprawach ubowskich [esbeckich].

Znacznie później usiłowałem się dowiedzieć czegoś o tym pułkowniku u pana ministra Krzysztofa Kozłowskiego (wówczas był wiceministrem MSW) nie tylko ze względu na moją ciekawość, ale i ze względów historycznych. Kim on był? itd. Minister Kozłowski mi nie odpowiedział, wykręcał się; nie odpowiedział również na inne pytania, np. co robiła ta sławna komisja, która przeglądała teczki czyli Adam Michnik, prof. Ajnekiel, prof. Jerzy Holzer i Bogdan Kroll, dyrektor Archiwum Akt Nowych.

Zadawałem mu trzy razy formalne i publiczne pytanie już jako prezes SDP: co oni tam naprawdę robili, dlaczego zostali wpuszczeni, na jakiej podstawie, czy przeglądali teczki? Nigdy nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, co uważałem za skandal i uważam tak do dziś. Za samo to pan Kozłowski powinien być pociągnięty do odpowiedzialności, za wpuszczenie tej komisji i za brak odpowiedzi. Wiem, że na różne inne interpelacje również nie odpowiedział, nie tylko na moje.



Teczka


W tym czasie też zaczęły się perypetie z moją tzw. teczką, bo później, kiedy nadeszły już czasy suwerenności, złożyłem w odpowiednim czasie wniosek w IPN o odnalezienie mojej teczki i przyznanie mi lub nieprzyznanie odpowiedniego statusu. I przez trzy lata trwało poszukiwanie mojej teczki, której nigdzie nie można było znaleźć, zawsze dostawałem taką odpowiedź: „nie możemy znaleźć pana teczki”. A że istnieje, to wiem z całą pewnością, bo trzy razy ją widziałem; nie wiedziałem, co jest w środku, ale widziałem trzy razy! Raz pokazał mi ją Rakowski, który jak został premierem, sprowadził sobie – nie wiem czy zrobił to formalnie, wszystko jedno – sprowadził sobie teczki wszystkich swoich współpracowników z „Polityki”, po to – jak mi powiedział – by zobaczyć, kto tam naprawdę donosił i kto był agentem operacyjnym. Oczywiście zapytałem go: kto? Odpowiedział Rakowski – „chybabyś umarł na serce, jak byś się dowiedział, kto to był. Ja nie mogę ci tego powiedzieć, może z czasem to wyjdzie, jest to osoba najmniej spodziewana ze wszystkich”. Widziałem wtedy u niego swoją teczkę z zewnątrz. Potem pokazywał mi ją także pułkownik Górski, jeszcze w czasach, gdy chciał mnie trochę postraszyć, że tu są w mojej teczce różne ciekawe rzeczy, on mi nie może jej pokazać, „ale też” – mówi – „pan by się zaciekawił, kto donosił. To niesłychanie ciekawe.” – mówi – „Niesłychanie ciekawe, kto donosił, ja też bym się nie domyślił”.

Trzeci raz widziałem swoją teczkę, w gabinecie u niejakiego płk. Jermaka w KG MO, gdzie mnie wezwano. Niemniej teczka zginęła. Przypuszczam, że było w niej coś ważnego w znaczeniu donosu, np. nazwiska osób, które pisały donosy na mnie, na „Politykę”, nie wiem na kogo. W mojej teczce to musiało być na mnie. Wydaje mi się, że to były osoby, które chroniono specjalnie. Być może oni do dziś funkcjonują jako znani moraliści dziennikarze. Może to byli dobrzy znajomi na przykład Adama Michnika albo kogoś ważnego, kto być może przeglądał tę teczkę i uznał, że nie można tych ludzi ”spalić”. Możliwości jest bardzo dużo, w każdym razie do dziś [2007 r.] teczki nie odnaleziono.

Natomiast w pewnym momencie zostałem wezwany do IPN-u i powiedziano mi: „w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych znaleźliśmy teczki agentów i tam jest pan uznany za figuranta”. To mnie przeraziło, ale okazało się, ze figurant to jest ten, który jest śledzony. Myśmy naiwnie myśleli, że jak się spotykamy z pewnymi ludźmi to tak to zręcznie ukrywamy, że SB nie wie, a oni prawie wszystko wiedzieli. Byłem najbardziej obserwowany wtedy gdy spotykałem się z przedstawicielami ambasad, zwłaszcza amerykańskiej. Były tam takie raporty (ciągle mowa o rejestrach MSW), że ja (tj. ten figurant) w pewnym momencie, w obiekcie „Adria” „stanowiłem śmiertelne zagrożenie dla naszego ustroju socjalistycznego”. Nie wiem, czego kryptonimem jest „Adria”, przypuszczam, że być może jest to „Polityka” – kryptonim „Adria”. Bo gdzie indziej mógłbym stworzyć „śmiertelne niebezpieczeństwo”? Przez jakieś kłótnie z kolegami o to, co się powinno robić, a czego nie powinno? Opowiadam to jako ciekawostkę.

Dostałem status pokrzywdzonego z IPN-u. Natomiast nie znaleziono do dziś mojej teczki, przypuszczam, że tkwi ona może u Kiszczaka, zatrzymana, bo skądinąd Marek Markiewicz opowiadał mi, że jak był posłem, Kiszczak został wezwany przed Komisję Sejmową i wtedy powiedział, że ma bardzo ciekawe teczki różnych ludzi, ale oczywiście nie powie, gdzie je ma. Jakby ostrzegał Markiewicza: „byście się nie pozbierali, gdybym je ujawnił. Tylu jest tam agentów i nic dziwnego, że w opozycji, bo tam się szukało kandydatów na agentów”.

Na dziś [2007 r.] jest więc taki stan: teczki nie ma, przypuszczenia są różne, prawdopodobnie wiele teczek Kiszczak ma gdzieś schowanych.

Potem już po stanie wojennym, ale za rządów tamtej ekipy PRL-owskiej, udało mi się dwa razy wyjechać za granicę. Przyjaciele z USA załatwili mi stypendium Fundacji Kościuszkowskiej. Ekipa rządząca starała się z tą Fundacją zachować dobre stosunki. Fundacja miała duże wpływy w Polonii Amerykańskiej, uważało się, że nie działa politycznie, tylko daje stypendia na poznanie Stanów itd. Za pierwszym razem odmówiono mi paszportu, próbowałem interweniować poprzez Rakowskiego i w pewnym momencie wezwano mnie do Pałacu Mostowskich. Tam już nie pułkownik Górski, tylko jakiś oficer rozmawiał ze mną. Ta rozmowa była taka, jak się to wszędzie opisuje: „My damy panu paszport, bo my nie zatrzymujemy nikogo w kraju, natomiast niech pan uważa, bo tam będą pana chcieli wykorzystać, będą pana werbować, a poza tym bardzo by nam to ułatwiło, żeby pan napisał taką analizę. Wcale nie żądamy, żeby ujawniał pan nazwiska z kim pan rozmawiał, tylko chodzi o to jakie ogólnie są nastroje. Pan rozumie, że my musimy też wiedzieć, jeżeli pan to napisze, to proszę bardzo tu zobowiązanie”. Ja wiedziałem, że nie wolno niczego podpisywać – to pierwsza zasada. Tegośmy zresztą uczyli naszych kolegów w swoich zaleceniach. Powiedziałem więc: „niczego nie podpiszę, niczego nie napiszę, najwyżej nie wyjadę”. „No to nie – powiedział – jak pan nie chce, no to nie”. I dość szybko zrezygnował. Jak nie to nie. Dostałem jednak paszport. I pojechałem.



Zadania od struktur SDP


Należałoby o tym napisać oddzielną książkę. Jednym z podstawowych moich zadań było jeżdżenie z odczytami, przede wszystkim dla Polonii. W Stanach, później udało mi się dostać wizę do Kanady. I uświadamianie tej Polonii, co tu się naprawdę dzieje, na czym polegają różne działania władz, uświadamianie, że Polonia też była pod obstrzałem propagandowym. Poznałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego i zaprzyjaźniłem się z nim, mam od niego kilkanaście książek z bardzo miłymi dedykacjami. On mi załatwił spotkania z bardzo wieloma ważnymi ludźmi w Stanach Zjednoczonych, z Polonii, z Departamentu Stanu i z innymi. Z takimi jak Zbigniew Brzeziński, Lane Kirkland (ten słynny człowiek od związków zawodowych, od niego zależał dopływ pieniędzy przede wszystkim dla „Solidarności”). Oni bardzo silnie wspierali „Solidarność”. Kirkland – miał zapewne setki swoich informatorów – bardzo rozsądnie rozmawiał. Każdy, kto do niego dotarł, był wypytywany przez niego, co o tej pomocy sądzi, czy te pieniądze u nas gdzieś nie nikną, czy kanały są dobre. Ja go przekonywałem wtedy bardzo, żeby jak najwięcej tych pieniędzy przekazywał, bo to jest podstawa działania w tajnych strukturach, na działalność wydawniczą, na propagandę, na różne inne rzeczy, na utrzymanie ludzi, którzy nie mogli pracować. I też prosiłem, czy by nie mógł sypnąć trochę grosza dla SDP-u, bo to też jest tajna podziemna organizacja, zasłużona dla działań propolskich, pronarodowych, opozycyjnych, a jest ona inna niż „Solidarność”, inne ma zadania i nie ma pieniędzy. Skończyło się na tym, że sypnął tych pieniędzy sporo, to nie jest moja zasługa, bo on i tak dawał te pieniądze, ale może te rozmowy stały się jakimś przyczynkiem do tego, że przekazał potem pieniądze panu Bolesławowi Wierzbiańskiemu, naczelnemu „Nowego Dziennika”, a Wierzbiański dał je mnie. Były to dość duże sumy, niezależnie od tych, które sam zebrałem. Odczyty wygłaszałem za darmo, ale po odczytach ogłaszało się, że jeśli ktoś chce wesprzeć SDP, o którym mówiłem między innymi, można to zrobić poprzez datki do puszek. Wtedy był bardzo korzystny przelicznik. Przywiozłem do Polski około 10 tys. dolarów z samych odczytów. Jak mówiłem, nieopatrznie to wszystko oddałem różnym osobom. Dziś bym tego nie zrobił. Bo tych sum nigdy nie rozliczono! Nie chcę nikogo oskarżać, ale uważam, że tak nie powinno być. Oczywiście rozliczenie było trudne, bo bez dokumentów, ale jednak powinny być jakieś notatki. Skarbnikiem był człowiek nieskazitelny Zdzisław Sierpiński, porucznik AK, który mi w końcu powiedział, że on ma coś ciekawego do powiedzenia, że też jest tym zniesmaczony, że zbyt dużo tych pieniędzy poszło – jego zdaniem – na nie kontrolowane przez nikogo jakieś prywatne stypendia dla paru osób, nie będę tu ich wymieniał. Z drugiej strony, pluję sobie w brodę, że część pieniędzy nie tylko od Kirklanda, ale i od śp. Piotra Mroczyka, który w Waszyngtonie stworzył wtedy fundację do zbierania funduszy, poprosił on abym pewną sumę przekazał panu Celińskiemu. Andrzej Celiński przyszedł do mnie do domu, był w tym pokoju, siedział tu, gdzie Pani teraz siedzi, niesłychanie zachwycony, że mu przywiozłem dolary i gdybym wiedział, co on będzie potem robił i co będzie gadał... Nawiasem mówiąc też się nigdy nie rozliczył z tych pieniędzy, nigdy nie powiedział na co poszły, mimo że go pytałem, bo przynajmniej Mroczykowi chciałem powiedzieć, który z kolei mnie o to pytał. Dziś bym tak tego nie załatwiał, ale to były inne czasy. Dziś bym na pewno dał komu innemu, a nie panu Celińskiemu.

Miałem bardzo ciekawą wizytę w Stanach (o tych wizytach, tak jak mówiłem trzeba by oddzielną książkę napisać). Nie bardzo mogłem robić notatki, żeby potem nie rozszyfrowano z kim się spotykałem, jakby mi zrobiono rewizje, nie zrobili, nawiasem mówiąc. Otóż bardzo było ciekawe spotkanie ze Zbigniewem Brzezińskim. Brzeziński m.in. wypytywał mnie o Jaruzelskiego. Brzeziński miał wobec niego chyba złudzenia, mówił: „ja nie mogę go na sto procent rozgryźć, co to właściwie jest za człowiek, czy on naprawdę ma wypaczone różne pojęcia, ale chciałby Polskę ratować, czy po prostu sługus sowietów i wszystko zrobi, żeby zatrzymać „Solidarność”, odebrać podmiotowość itd.”. Nie mogłem mu dużo powiedzieć, bo sam nie wiedziałem, coś mu mówiłem i on o dziwo namawiał mnie, żebym spróbował napisać książkę, żeby zbierać materiały i napisać o Jaruzelu, jako o postać kontrowersyjnej, dziwnej. O ile jeszcze wtedy miałem jakieś złudzenia co do Jaruzelskiego, to dziś przestałem je mieć, zwłaszcza po tym, jak się odnosił do historii Kuklińskiego i po innych sprawach, które dziś wychodzą na jaw.

W pewnym okresie szedłem śladami tych, którzy mieli odczyty przede mną – to był np. Aleksander Małachowski, ten który był później marszałkiem sejmu, marszałkiem seniorem czy mecenas Władysław Siła-Nowicki.

Muszę powiedzieć, że w tamtym czasie bardzo ceniłem Małachowskiego, pamiętałem go z różnych spotkań, znaliśmy się dobrze i nie mogłem zrozumieć, co on właściwie wygaduje w USA i dlaczego to robi. Piał, dosłownie piał na temat Jaruzelskiego, przekonywał Polonię, że jedyną szansą to było zdławić „Solidarność”, bo inaczej by tu weszli Sowieci itd. itd. I przekonywał na rzecz agentów UB i SB, że oni nie wszyscy byli „źli”, w ogóle mówił takie rzeczy, że parę razy doszło na jego odczytach do bardzo nieprzyjemnych awantur. Młodzi ludzie – byłem tego świadkiem, bo niekiedy chodziłem na te jego odczyty – zaczęli go postponować na sali. Powinno się to opisać. Wtedy nie mogłem zrozumieć, co się z nim dzieje. Dlaczego on to robi. A że miałem rację w swoich odczuciach, to dam taki argument: był tam na stałe jeden z jego synów i ten syn się go wyparł! Tak się kłócili, że powiedział, że nie chce słuchać, co wygaduje jego ojciec i wręcz sugerował, że on też musi być przekabacony i na „pasku” UB. Czyli nie tylko ja takie wrażenie odniosłem. Dziś myślę, że tak było rzeczywiście, po tym, co on wygadywał później w Polsce, do jakiego stopnia nienawidził tych nowych czasów i właściwie opluwał potem wszystkich.

Z Siłą-Nowickim też było dość dziwnie, ale on choć łagodniej i bardziej rozsądnie również bardzo bronił Jaruzelskiego. I też przekonywał Polonię, że stan wojenny był konieczny i że będziemy musieli z tą władzą współpracować, bo nie można ich ani wymordować ani wyrzucić, że trzeba jakieś stosunki z władzą ułożyć.

Ale nie takie, jakie się ułożyło. Dziś jestem tego pewien.

Była awantura, którą urządził mecenasowi Siła-Nowickiemu Jacek Kalabiński, ówczesny szef Wolnej Europy w Nowym Jorku. Też był bardzo wielki spór, który się przeniósł na salę. Kalabiński spytał: a jak to się stało, że pan mecenas dostał tak łatwo paszport? A wiadomo było skądinąd, że Siła-Nowicki dostał paszport bezpośrednio od Kiszczaka. Kiszczak dał mu go po prostu. Opowiadam to po to, aby wskazać pewną atmosferę tamtych spotkań. Siła-Nowicki zwymyślał Jacka, ale nie był przekonywujący.

W USA spotkałem kilka osób bardzo ciekawych, działaczy, o których się potem dowiedziałem, że pełnili jakąś dwuznaczna rolę, m.in. szef Biura Solidarności w Brukseli – Jerzy Milewski, facet z wąsami, takimi jak Wałęsa, sympatyczny. Kawałek podróży z nim odbyłem i parę spotkań mieliśmy wspólnych. I on mnie też zdziwił swoim stosunkiem i pewnymi zachowaniami itd., itd. Zjawiły się potem oskarżenia, że podobno był jednak agentem, mimo że kierował „Solidarnością” w Brukseli. Szef zagranicznej „Solidarności”! – to byłby szalenie łakomy kąsek. Ale nie wiem, jak to naprawdę było. Zachowywał się dziwacznie, parę razy podzielił nas spór publiczny; kiedyś go np. spytałem: „po co pan mówi tu tym ludziom, takie rzeczy, jak to nie jest prawda”. „No ale, ja tu też pewną grę prowadzę” – odpowiedział.

Jaką grę? Z tą „grą” to takie częste powiedzenie... Ale czy tylko „gra”?

Od Celińskiego też słyszałem, że „grę prowadzi”. I od paru jeszcze innych osób.

Najprzyjemniejsze było to, że się szalenie zaprzyjaźniłem z Bolesławem Wierzbiańskim. Jego śmierć jest niepowetowaną stratą. Wielką pomoc dawał dziennikarzom i SDP-owi. Na pierwszym Zjeździe – już jako prezes – zaproponowałem Jego właśnie oraz Bratkowskiego i Osmańczyka, by zostali honorowymi prezesami. Osmańczyk, dużo mniej ludzi o tym wiedziało, bardzo pomagał SDP-owi. Był posłem i po cichu to robił. Przegłosowano – to w uchwale było wyraźnie zapisane, nie wiem czy ona się przechowała, bo być może jest niewygodna – „za przeszłe zasługi”. Bo nie wiedzieliśmy, jak ci ludzie będą się zachowywać później. Bo honorowa prezesura nie daje żadnych uprawnień do rządzenia się teraz – myślę o Bratkowskim. Robi nieustannie krytyczne uwagi na temat obecnego SDP. Niepotrzebnie skłóca działaczy, zamiast godzić.

Nowak-Jeziorański wypytywał mnie bardzo o Geremka, któremu też przewoziłem pieniądze, niewielkie zresztą, od Wierzbiańskiego. Byłem u Geremka na Starym Mieście. Poznałem go wcześniej w „Polityce”, kiedy był sekretarzem PZPR. Za granicą interesowano się bardzo jego postacią. Doradca, działacz „S”, a przedtem szalenie ostry jako sekretarz partii, więc taka zmiana! Oczywiście takich przypadków było wiele, takich przemian duchowych, mnie one zawsze ciekawiły z punktu widzenia psychologii. Na czym to polega, czy oni przejrzeli na oczy? Czy można aż tak się zmienić?

Dopiero teraz dowiaduję się, że wiele osób, z którymi rozmawiałem szczerze jako z działaczami i dziennikarzami, było agentami. Nie mówię tego naturalnie o Geremku!.

Opowiem jedną historię, bo to jest kuriozalne. W pewnym momencie pojawił się w USA Marek Piwowski, który bardzo się kręcił wokół Wierzbiańskiego, do „Nowego Dziennika” chodził, miał dużo czasu, chyba miał stypendium kościuszkowskie? Nie pamiętam. Spotykaliśmy się w kawiarniach, jak czekaliśmy na inne spotkania. Odbywały się w redakcji, bo tam nie było podsłuchów. W redakcji sądzili, że ich nie było, ani naszych czyli ubowskich ani CIA. Wszędzie jednak mogły być, nie wiem. Myśmy z Piwowskim sobie gadali, on mnie wypytywał co ja robię, ja opowiadałem. A dziś się dowiedziałem, że on już wtedy był agentem – co to niby podpisał „dla zabawy”, żeby dostać paszport – a on pracował już wtedy w wywiadzie UB, co było dużo groźniejsze niż samo UB, bo to była część zewnętrzna. I on rzekomo, a raczej nierzekomo – potwierdzono w jego teczkach – pisał sprawozdania właśnie z tego pobytu. On twierdzi, że pisał duperele, ale dla nich to nie były duperele, bo jeśli napisał o jakimś dziennikarzu, że jest on np. homoseksualistą, to była niesłychana gratka wiedzieć coś takiego. Piwowski napisał w donosie, że Wierzbiański jest to bardzo mądry ale i bardzo twardy człowiek, o wiele bardziej niż ...i tu wymienia: z tym to można rozmawiać, z tym nie warto itd. To są bezcenne wiadomości. Ciekawi mnie, czy z tych moich rozmów też coś napisał, nie chcę go obwiniać, ale to przychodzi do głowy w sposób naturalny, a zwłaszcza przychodzi do głowy, że to nie są jednak żarty. „Udawałem, pisałem duperele” – nieprawda, jak ktoś tak mówi, to dobrze wie, o co chodzi i chce się oczyścić. Ten incydent opisuję jako bardzo charakterystyczny.

Potem bardzo żałowałem, bo polubiłem tego Piwowskiego, bardzo miły człowiek, dziś już bym się zastanawiał, miałbym wątpliwości czy się z nim spotkać. A ten film „Uprowadzenie Agaty” dotyczacy córki Andrzeja Kerna, wówczas wicemarszałka sejmu I kadencji! Nakazano Piwowskiemu taki film zrobić, nie mam wątpliwości, bo to nie był ani temat znaczący i tak zmanipulowany, że się niedobrze robi. Kto pamięta tamte czasy wie, że to było coś skandalicznego. I ta metoda urbanowsko-ubowska, opluwania człowieka, który był ważną postacią w życiu politycznym...

Tak „z grubsza” wyglądały moje podróże do Stanów, pozostały mi stamtąd do dziś przyjaźnie. To był rok 1984, pierwszy paszport dostałem jesienią, już wiedziałem, że gdzieś zniknął ksiądz Popiełuszko. Dopiero w Nowym Jorku dowiedziałem się od Wierzbiańskiego, że ksiądz Popiełuszko został zamordowany przez UB.

Współpracowałem z Wolną Europą pod pseudonimami, ponieważ chciałem wrócić do kraju, nawet głos mi zmieniali, żeby był nie do rozpoznania. Pisywałem też różne artykuły, potem dowiedziałem się, że to było rozszyfrowywane i że oni tu wiedzieli, więc przypuszczam, że stamtąd musiały iść informacje, bo nie można rozszyfrować głosu zmienionego i (emitowanego) pod pseudonimem. Mam wrażenie, że Polonia była przesiąknięta agentami, to nie jest jej wina. Dla UB musiał być to bardzo ważny teren, żeby sobie zjednywać różnych ludzi na przyszłość.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich działało nielegalnie, w podziemiu. Większość jego struktur istniała. Od czasu do czasu udawało się robić jakieś spotkania. Ale np. Rada Sdepowska (ta wielka) była wybrana na Zjeździe w 1980 r. i pewien procent stanowili „zasłużeni dla PRL” dziennikarze, różni partyjni, komuniści, ludzie Stefana Olszowskiego, i na pewno byli tam ubecy jako wtyczki. Taką więc Radę zwoływać i omawiać plany i strategie było dość niebezpiecznie i nierozsądnie. Raczej więc zwoływaliśmy prezydium tej Rady wybrane większością głosów i raczej w miarę „czyste”.

Przede wszystkim działał Zarząd SDP. Nie wszyscy. Niektórzy byli zagranicą, albo zmuszeni do wyjazdu albo się sami przerzucali. Inni przenieśli się w inne rejony zawodowe i zajmowali się głównie wydawnictwami. Ciężar spoczywał na Zarządzie Głównym, byli to: dwóch wiceprzewodniczących: ja i Jerzy Surdykowski. Prezes Stefan Bratkowski działał w inny sposób, zajmował się nagrywaniem kaset ze swoimi informacjami, napomnieniami. Np. „Jak się zachować przyzwoicie?” – nagrał dla dziennikarzy, działał w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych, on i jego żona.

Pracę organizacyjną wykonywał Dariusz Fikus, był takim zwornikiem. Ja bym uznał Fikusa za najbardziej aktywnego. I jeszcze było paru nowych, młodych, którzy pomagali. Wtedy bardzo dużo ludzi nam pomagało, młodych dziennikarzy. Fikus zbierał takich, którzy się zgłaszali.

Oddziały terenowe SDP też były przerzedzone przez emigracje i wyjazdy, niemniej mieliśmy z nimi stałą łączność. Ja na przykład opiekowałem się Krakowem z ramienia Zarządu. Tam był człowiek bardzo pomocny we wszystkim, potem wyemigrował. Krzysztof Kasprzyk. Został konsulem generalnym RP w Los Angeles, potem konsulem generalnym RP w Nowym Yorku. Jacek Ratajczak, sekretarz SDP wyemigrował do Kanady.

Oddział Warszawski był największy i najbardziej prężny. Jego szefową została Anna Borkowska, która dziś [2007 r.-red.] jest szefową syndykatu dziennikarzy. Ona, co rzadkością było wówczas w Warszawie, miała na Wilczej gigantyczne mieszkanie po rodzicach, stare z salonem. Tam się odbywały spotkania specjalne, spędy, różne święta, rocznice. Było to tak przygotowane, że mieliśmy niewielki poczęstunek, wino. Przychodziło bardzo dużo ludzi. Pamiętam, jak przyjechał Zbigniew Brzeziński, tam właśnie z nim były spotkania. Ale później, trudno mi o tym mówić, tam się zaczęły donosy, nie było to nic dziwnego, skoro nikt nie kontrolował tych wszystkich ludzi, którzy przychodzili, zaproszenia rozchodziły się drogą towarzyską, potem dowiedzieliśmy się, że SB dokładnie wiedziała, co tam się działo, co kto mówił, zupełnie niesamowite musieli mieć donosy stamtąd. Tak jakby było wszystko wręcz nagrywane. Nie wiem, jak to powiedzieć, nie chcę oskarżać, bo nie mam dowodów, ale tak się wtedy działo. Oskarżono, nie pamiętam kto i jak, że to robił mąż Anny Borkowskiej, który był niezwykle gościnny. Mnie się wydawało, że jest nieskazitelny. Zapewne sama SB rzuca na niego taką potwarz, że był głównym donosicielem, że instalował podsłuchy. Myślę, że to nieprawda. Ale ta sprawa też powinna być wyjaśniona, żeby go oczyścić już formalnie.

Za dużo wiedziano, co się tam dzieje. Część wyraźnie była z podsłuchów. Potem, gdy już byłem prezesem SDP, nastąpiły – powiedzmy – takie zwarcia z panią Borkowską, że nie mogłem się z nią dogadać, czy też ona ze mną. W każdym razie bardzo to zaciążyło na późniejszych stosunkach z Oddziałem Warszawskim, też by dużo opowiadać, jakie tam się, już po ‘89 roku, różne dziwne rzeczy działy. Na przykład: redaktor Borkowska zaproponowała nam pewną panią mecenas (pomińmy jej nazwisko) jako doradcę. Pamiętam, że zrobiono w telewizji – po przewrotach, ale to nie była telewizja oczyszczona z różnych agentur – jedną z pierwszych takich niby dyskusji o wolności słowa, w której wystąpił Urban jako ekspert, a mnie zaproszono jako prezesa SDP, nie uprzedzając, że będzie Urban. Nie wszedłem do studia, powiedziałem, że nie będę z Urbanem dyskutował o wolności słowa, bo naprawdę wolałbym mówić poważne rzeczy i wyszedłem stamtąd. Natomiast została pani mecenas, która przyszła ze mną jako doradca prawny SDP. Okazało się, że była na dobrej bani i mówiła zupełne brednie, które oni z lubością puszczali jako wypowiedź przedstawiciela SDP. Słynna historia, która też nie została do końca wyjaśniona.

Teraz mam uczucia mieszane, jak to było: czy pani Anna Borkowska wiedziała o tym, że to jest taka osoba nieodpowiedzialna, i jakby trochę ją wypchnęła, czy to był tylko przypadek, ale trochę dziwny, bo jak można wybrać taką osobę nieodpowiedzialną do tak ważnych spotkań, (wtedy ważyły się nasze sprawy, a drugie Stowarzyszenie PRL-owskie tylko czyhało na każde takie potkniecie, bo Dom Dziennikarzy był w ich rękach itd., itd.)



Co Zarząd podziemnego SDP chciał zrobić dla swoich?


Było kilka zadań podstawowych i były one równorzędne. Pierwsze zadanie – pomoc. Pomoc dziennikarzom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej bez pracy, w nędzy, z różnych powodów, nie tylko zresztą dlatego że byli politycznie nękani i wyrzucani.

Pomoc czysto materialna, finansowa, paczki. Bardzo dużo nam pomagali ludzie z zagranicy, np. pani Wanda Falkowska przez jakieś kontakty w Szwajcarii, albo Andrzej Roman dziennikarz wydawca. Napisał książkę o aktorach „Komedianci: rzecz o bojkocie”. Był w strukturach SDP, miał kontakty w Niemczech. Na tych spędach u pani Anny Borkowskiej, na Wilczej, zdarzało się, że przywożono paki, zwłaszcza na początku, paki bardzo znaczące, bo tam były na przykład proszki do prania, czego w Polsce wówczas w ogóle nie było, buty. Pamiętam gigantyczne ilości butów, to było to, co dziś się w Polsce nazywa second hand, to co na Zachodzie już wyrzucają, ale niektóre rzeczy były zupełnie przyzwoite. Takie paki otwierano i każdy sobie dobierał: jakieś książki, ubrania, buty, różne rzeczy. Przychodziły też do nas paczki z żywnością. Kiełbasa, herbata, kawa, puszki, zupy. Też rozdzielaliśmy, pomagały nam różne dziewczyny. I to głównie robiło się u Borkowskiej. Albo w domach innych dziennikarzy, a potem roznosiło się. Z pieniędzy, które dopływały z różnych stron, nosiliśmy pewne kwoty do żyjących w nędzy.

Pomocą były także „osłony polityczne”, interwencje. Chodziliśmy właśnie do wspomnianego pułkownika. Ogólnie biorąc to był duży obszar działania.

Drugie zadanie: pomoc w zachowaniu przyzwoitości.

Jak zachować przyzwoitość w tych czasach? Drukowaliśmy różne instrukcje – głównie Bratkowski je pisywał. Nagrywał na taśmach. Z tego najmniej się zachowało. Mało śladów zostało. Pamiętam, że były nie tylko ogólne, ale i szczegółowe; jak cię wzywają na UB, jak rozmawiać, jak zeznawać, czego nie mówić, co możesz powiedzieć, i stale: nie podpisuj niczego. Takie instrukcje.

Trzeci pion – to po prostu informacja, na temat konkretnych faktów: coś się zdarzyło i jaki jest stosunek do tego SDP. Ponieważ oficjalna informacja była całkowicie zakłamana. Były oczywiście jeszcze inne źródła: zagraniczne, literatura podziemna. Bardzo dużo osób z SDP-u pracowało w strukturach wydawniczych, ale one miały inne zarządy (aczkolwiek wielu z tych ludzi było również w SDP-ie).

Maciej Łukasiewicz miał wydawnictwo i także wiele wydawał. Bratkowski nagrywał systematycznie taśmy z informacjami, np. informacje dla środowisk twórczych z tego cośmy mówili w SDP. Informacje, oceny i komentarze do tego co się działo, co robiły władze. Wyśmiewaliśmy pewne posunięcia władz. Pamiętam pierwsze badania opinii publicznej, które robił płk Kwiatkowski, ojciec późniejszego prezesa Telewizji Polskiej. Władza otrąbiła je jako niezwykle demokratyczne. Takie pytanie m.in. zadawali ci fachowcy: czy chcesz, żeby zmiany gospodarcze w Polsce były trwałe i przynosiły ci stały wzrost poziomu życia, czy też chcesz żeby były nietrwałe ale za to szybkie i nie przynosiły ci szybkiego wzrost? Było oczywiste, że każdy odpowie, chcę, żeby były trwałe i przynosiły dochody. Potem z tryumfem ogłoszono, że społeczeństwo wcale nie chce szybkich zmian gospodarczych, tak jak my głosimy. Albo takie pytania oczywiste: czy chcesz chronić polskie lasy, czy nie chcesz? Że oni się nie wstydzili coś takiego wypuścić; a potem z tryumfem ogłaszali, że społeczeństwo, dzięki naszemu wieloletniemu wychowaniu w PRL, chce, żeby zachowywać polskie lasy. Mniej więcej w tym stylu były te badania. Potem też pan K. T. Toeplitz pisywał felietony, jakie to społeczeństwo jest dojrzałe. To były czasy!

Czyli trzy takie piony, przy czym ten informacyjny, był na tyle rozbudowany, że myśmy bardzo dużo jeździli na odczyty, po kościołach, w parafiach. To było miejsce dla nas, kościół dawał osłonę. Oprócz tego też w prywatnych domach były spotkania, ale już nie wszyscy brali w nich udział. Byłem zapraszany jako przedstawiciel SDP-u. Głównie dlatego że byłem też delegowany z SDP do Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych. Też podziemnego. Komitet miał bardzo duże znaczenie, bo tam byli ludzie delegowani z wszystkich Towarzystw. Spotkania „podziemne” odbywały się w ukryciu, ale jak dziś się okazało, też z większości tych spotkań były sprawozdania: co kto mówił, co robił, jakie propozycje składano. Najciekawszy jest rozdzielnik, kto dostawał te sprawozdania. Otóż, oprócz różnych ważniaków z KC, i jakiś tam SB-ków, dostawał je nasz prezydent późniejszy, czyli Aleksander Kwaśniewski. Musiał już być wtedy wyznaczony do objęcia wysokich stanowisk, a był wtedy tylko „od młodzieży”, „od sportu”, „od komitetu olimpijskiego”. Dostawał z rozdzielnika MSW ważne opracowania, które podpisywał generał Krzysztof Majchrowski. To był taki sławetny generał SB, który zajmował się inteligencją twórczą, dziennikarzami. Bardzo bystrze pisał, z ocenami, wskazówkami, co jest dla PRL niebezpieczne a co nie... Na wspomnianych spotkaniach, nie zawsze było wielu, czasem po kilkanaście osób. Bywał na nich np. Stefan Kisielewski (z niczyjego „ramienia”, tylko sam z siebie), bywał Stanisław Stomma, Klemens Szaniawski, prezes Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych). Bardzo często odbywały się te spotkania w mieszkaniu prywatnym pana Jerzego Mikke.

Jerzy Mikke dziś niedoceniany człowiek, który dużo zrobił i właściwie umarł w nędzy. Na Żoliborzu w jego mieszkaniu odbywały spotkania, na których myśmy się zastanawiali: Co dalej? Jaką strategię obrać? To było niesłychanie ciekawe, żałuję, że nie robiłem notatek, co kto mówił, jakie były propozycje. Tam spotykałem Ryszarda Reiffa, który – jak się okazało – też jakoś był uwikłany. Byli katolicy i ludzie o bardzo różnym światopoglądzie. Poznałem paru późniejszych działaczy katolickich. Tadeusz Mazowiecki tam nie bywał, znałem go skądinąd. U Jerzego Mikkego często się zastanawiano, jaki powinien być przyszły system. W tych czasach Mikke próbował wydawać parę pism, na przykład w 1995 r. redagował chrześcijański miesięcznik społeczny „Polska dzisiaj”, pisywałem w nim, nic nie płacili, nie mieli pieniędzy, wydawał sam, częściowo z własnych funduszy, i po tym właśnie wpadł w nędzę.

Wiele z artykułów tamtego czasu nie straciło na aktualności, zwłaszcza pod względem przewidywania tego, co się stanie i co się stało, czyli oddanie węzłowych społecznie miejsc w ręce różnych agentur, postkomunistów, którzy opanowali w kraju finanse, media i kapitał zagraniczny. Przed tym przestrzegał właśnie Kisielewski, ale już Stomma na przykład uspakajał: „to niemożliwe, przecież nikt do tego nie dopuści”. Parę osób nas przekonywało, że wy młodzi, wy nie rozumiecie, że tak nie może być. Ja uważałem, że tak może się stać. Zastanawialiśmy się także, jakie granice ma mieć demokracja, jakie mają być struktury służb, co z milicją zrobić, jaka powinna być konstytucja. I co z dziennikarstwem? Była dyskusja o cenzurze, niektórzy uważali, ze cenzura nie jest zła. W tym sensie (już nie pamiętam, kto to perorował), że przecież musimy mieć jakieś narzędzie, żeby nas nie zalało to, co zalewa Amerykę i rozkłada społeczeństwo od wewnątrz, co niszczy młodzież, co wprowadza konsumpcyjny styl życia, permisywizm i że my musimy to wszystko jakoś zatrzymać. Inni uważali, że nie, bo cenzura do dobrego nie prowadzi. Dyskusje toczyły się, takie tematy zresztą były podejmowane wcześniej publicznie, kiedy Magdalena Bajerowa prowadziła razem z Mikkem Forum SDP.

Mówiliśmy o trzech głównych pionach działalności: pomoc, informacja i dbanie o przyzwoitość oraz reagowanie na bieżące wydarzenia. Wtedy wielu z nas było bardzo aktywnych. Jednak byli i tacy, którzy uznali, że aktywność już nie ma sensu i odsunęli się. Sporo osób wyemigrowało i do dziś nie wrócili.



Warszawa, opowiedziane 19 lipca i 7 sierpnia 2007 roku


Spisała i opracowała Elżbieta Binder



Uwaga: w powyższym tekście pojawiają się skróty UB (częściej) i SB, nazwy ubecy i esbecy. Ponieważ wielu świadków z tamtych lat najczęściej mówi ubecy pozostawiłam taką nazwę jako przyzwyczajenie historycznie umotywowane. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego istaniał do 1956 roku, Służba Bezpieczeństwa działała w latach 1956-1989.




Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

Foksal 3/5

00-366 Warszawa

tel. 22 827 87 20

    Menu
  • Kontakt
  • Regulamin