WSPOMNIENIA



Barbara Kęcińska-Lempka

„informujemy, że zegary na naszym dworcu
są nieczynne”



Barbara_Lempka

Barbara Kęcińska-Lempka
dziennikarka, recenzentka i poetka. W latach osiemdziesiątych reporter „Expressu Poznańskiego”. Działaczka „Solidarności”. W stanie wojennym negatywnie zweryfikowana – musiała odejść z redakcji. Szyła maskotki, pracowała jako pomoc kuchenna w klasztorze w Zakopanem. Po „Okrągłym Stole” wróciła do pracy w poznańskiej prasie, a po likwidacji „Dziennika Poznańskiego” zatrudniona w Klubie Literackim Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu. Autorka wielu reportaży o Poznaniu i jego mieszkańcach. Współpracuje z pismami literackimi („Akant”, „Radostowa”, „Protokół Kulturalny”), pisze felietony i recenzje. Laureatka wielu konkursów poetyckich m.in. II nagroda w Międzynarodowym Konkursie Poetyckim „Sen o Karpatach”, I nagroda w Konkursie Poetyckim im. Łucji Danielewskiej. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obecnie na emeryturze.


T rzy zeszyty formatu A4 zapisane nierównym pismem. Pożółkłe kartki z powklejanymi dokumentami, wycinkami z prasy – to dzienniki jakie pisałam od 1980 roku do roku 1984. Na początku mało w nich realnego życia, więcej notatek z lektur. Początkowe zapiski, czytane po latach, nieraz irytują oderwaniem od rzeczywistości, zajmowaniem się teorią, a nie realnym życiem. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że po raz pierwszy miałam dostęp do lektur zakazanych, do książek Sołżenicyna, Szpotańskiego, Gombrowicza, Mackiewicza i do różnych biuletynów wydawanych w „podziemiu”. Po nocach ślęczałam nad często źle odbitymi stronami, które odkłamywały historię i były odtrutką na wszechobecną propagandę. Prawda o komunizmie, napisana i przeczytana, była wtedy jak objawienie. O wielu rzeczach wiedziałam, ale co innego wiedzieć, a co innego czytać. Robiłam notatki, bo książek nie mogłam zachować. Potem, gdy zapisałam się do „Solidarności” przy RSW Prasa, dostęp do lektur był łatwiejszy. Prowadziłam bibliotekę „Solidarności” w RSW Prasa w Poznaniu. Wreszcie bez cenzury!


Z cenzurą stykałam się każdego dnia przez wiele lat. Pracowałam jako korektorka w „Expressie Poznańskim” w drukarni przy ulicy Zwierzynieckiej. Tu drukowano wszystkie poznańskie dzienniki: „Gazetę Poznańską”, „Głos Wielkopolski” i „Express Poznański”. Po czasie siedzenia nad biurowymi papierami (jestem absolwentką Akademii Ekonomicznej) praca w popołudniówce, w atmosferze luzu, żartów dawała wytchnienie, dużo wolnego czasu i nadzieję na etat dziennikarza. Jednak i tu dopadała nas ponura rzeczywistość i strach przed „politycznymi” literówkami. Każdą odbitą stronę w ostatecznej wersji goniec zanosił do cenzury na ul. Mickiewicza, którą to stronę, po naniesieniu ewentualnych poprawek i przystawieniu pieczęci, można było drukować. Ingerencje cenzury zdarzały się rzadko. Redaktor techniczny sam wiedział, że retuszer musi na zdjęciu otworzyć oczy partyjnym dygnitarzom, śpiącym na naradach w Komitecie Wojewódzkim Partii, albo usunąć komin ze zdjęcia „Pometu”, by „wrogie imperialistyczne siły, czyhające na nasze bezpieczeństwo, nie ustaliły poznańskiej topografii”. Dziennikarze wiedzieli co pisać, ale wszystkiego do końca nie mogli przewidzieć. Zalecenia cenzury niekiedy ocierały się o surrealizm – np. po serii pożarów przed którymś z kolei zjazdem Komitetu Centralnego PZPR, nie wolno było pisać o pożarach, używać słowa ogień, płomień itp. Sama byłam świadkiem jak redaktor naczelny „Głosu Wielkopolskiego” zrobił awanturę redaktorowi technicznemu, że w dniu przyjazdu do Poznania Teodora Żiwkowa, sekretarza Partii z Bułgarii, w gazecie było za dużo nekrologów. („Taki gość a tu dwie strony nekrologów!”). Starsi drukarze opowiadali ze zgrozą, jak przed laty, w dniu urodzin Lenina, na pierwszej stronie poznańskiego dziennika wydrukowano wielki tytuł „Rocznica urodzin Wielkiego Lenia”. Udało się wycofać nakład i nikt nie poszedł do więzienia bo akurat wtedy była gomułkowska odwilż – chwilowa.

W roku 1979 przeszłam na etat dziennikarza, choć po spojrzeniu na redakcję z pozycji korektorki, już nie przejawiałam takiego entuzjazmu do wymarzonego zawodu. W „Expressie Poznańskim”, pod kierownictwem Macieja Gryfina-Gałązkiewicza, na ostatnim piętrze gmachu RSW Prasa przy ul. Grunwaldzkiej 19, było wesoło i rodzinnie. Z lekceważeniem patrzyli na naszą popołudniówkę członkowie redakcji poważnego „Głosu Wielkopolskiego” i „Gazety Poznańskiej”, którzy pracę traktowali jak misję. My mogliśmy sobie pozwolić na nieco luzu. Pierwszą stronę naszej gazety każdego dnia zdobił dowcip rysunkowy Henryka Derwicha. W innych redakcjach było to nie do pomyślenia.

Na takie poważne zadanie na początku Ciebie wysłali. Niedawno zaczęłaś pracę. – mówił Włodzimierz Braniecki dziennikarz „Głosu”, z którym obsługiwałam uroczystość otwarcia nowej linii tramwajowej na Piątkowo.

Co tutaj poważnego? Parę przemówień, przecięcie wstęgi – pytałam naiwnie.

Możesz przecież pomylić kolejność dygnitarzy! – odparł.

Pomylenie kolejności dygnitarzy lub pominięcie któregoś z nich to koszmar, który zapewne śnił się po nocach niejednemu dziennikarzowi.

W redakcji zajmowałam się gospodarką komunalną. Rzuciłam się w wir pracy. Jeździłam ze śmieciarzami na wysypisko, spotykałam się z tramwajarzami, wchodziłam z kominiarzami na dach, w ogrodzie zoologicznym robiłam obchód z nocnym dozorcą. Przy powszechnym wtedy, pisaniu zza biurka i zbieraniu informacji przez telefon, takie podejście do zawodu było szokiem, ale mądry redaktor naczelny dał mi wolną rękę i nie ingerował, nawet wtedy, gdy zatrudniłam się w fabryce makaronu, by napisać reportaż o ciężkiej pracy kobiet. Praca reportera pochłonęła mnie na tyle, że w dzienniku mało jest zapisków z tego okresu.

W stanie wojennym, kiedy historia przyspieszyła, notatek przybywa: internowanie kolegów z Solidarności, przesłuchanie przez milicję w dawnym gmachu Urzędu Bezpieczeństwa na ulicy Kochanowskiego, weryfikacja dziennikarzy wszystko to opisałam w dzienniku (fragmenty o weryfikacji drukował miesięcznik literacki „Akant”). Niektóre zapiski rażą egzaltacją i uproszczeniami, ale taka w kraju panowała wtedy atmosfera. Byliśmy „MY” i „ONI”.

Obawiając się rewizji nie pisałam wszystkiego o ludziach i konspiracyjnej działalności. Postaram się wrócić do niektórych spraw w przypisach i komentarzach, które przeplatają się z pisanymi kursywą fragmentami dzienników. W niektórych zapiskach zamazaniu uległy daty. Podaję wtedy tylko miesiąc i rok. W dziennikach, poza drobnymi retuszami stylistycznymi nie dokonywałam poprawek. Dodałam jedynie tytuły.



Część 1: Notatki z okresu poprzedzającego stan wojenny, STAN WOJENNY;
Część 2: Przesłuchanie, Śmierć górników z „Wujka”, Święta i Nowy Rok, Dziennikarze reżimu, Strach i śmiech;
Część 3: Atmosfera w szkołach. Żołnierze i zomowcy, Weryfikacja dziennikarzy, Beznadzieja, Notatki z sanatorium, Zakończenie;


CZĘŚĆ PIERWSZA

Notatki z okresu poprzedzającego stan wojenny


Poznań, 29 sierpnia 1980 roku


J ak żyć w tej atmosferze, gdy kłopoty codzienności nie wchłonęły jeszcze tak bardzo i pozostawiły czas na refleksje i myślenie? Jak pracować w tym zawodzie, który tak demoralizuje? Dziś w mieście strajk. Stanęła komunikacja. W sklepach kolejki kobiet z koszykami pełnymi mąki, makaronu i kaszy. Zmęczone twarze, bladość, milczenie i obawa co będzie dalej, czy jest wyjście z tego gospodarczego ale i moralnego upadku? I nasz redakcyjny gest Piłata: czekanie i umycie rąk.(...) Piszę z doskoku stąd chaos i urywane myśli. Rozpada się w gruzy świat dawnych wartości, gdzie dobro dobrem a zło złem. Niekiedy tęsknię za nim. Profesor Brudnicki, na spotkaniu w Krakowie czytał żartobliwy wiersz o lakierkach, które prowadziły go w Paryżu do dzielnicy uciech, teraz zniszczone płoną w ogniu, nieomalże piekielnym. Na moich oczach odchodzi chyba ostatnie pokolenie, mające poczucie winy i kary, świadomość sensu życia i określonych wartości. Na ich miejsce wchodzą aparatczycy, którzy zmieniają znaczenie słów. Sekretarze i ich progenitura



Poznań, 30 sierpnia 1980 roku


W  racając do spraw politycznych. Strajkujący zwyciężyli. Porozumienia w Gdańsku podpisane. Demokratyzacja życia ale jak długo? Czy władza dotrzyma obietnic?



Poznań, 14 października 1980 roku


Z  a mną wczasy w Kazimierzu i kilka innych spraw do których wrócę. Czesław Miłosz został laureatem nagrody Nobla. Na zebraniu w redakcji prawie nikt o Miłoszu nie słyszał. A ja z dumą wyjęłam jego wiersze wydane przez paryską Kulturę. Dostałam je od Stanisława Czycza, krakowskiego poety. Wieczorem, w Związku Literatów, Stanisław Barańczak czyta swoje wiersze „kolejkowe”. Tłumy ludzi. Wstrząs. Ktoś po raz pierwszy pisze i głośno mówi o naszej codziennej gehennie. W dyskusji wypowiedź Romana Brandstettera, który powiedział, że zawsze się zastanawiał czy znajdzie się ktoś, kto przekaże następnym pokoleniom „dantejskość naszych czasów”. Po wysłuchaniu tych wierszy jestem spokojny.

Pamiętam. Na sklepowych półkach był tylko ocet. U rzeźnika puste haki. Problemem było zdobycie czegokolwiek do jedzenia. Nawet po chleb ustawiały się gigantyczne kolejki. Brak szamponów, mydła, proszku do prania. W gazetach furorę robiły porady jak prać w bluszczu. zrobić kołdrę ze starych pończoch i resztki mydeł opakować w siatkę po włoszczyźnie, by można było się myć. Odgrzebano okupacyjne przepisy. Pieczono placki z marchwi i babki z ziemniaków. Kolejki, kolejki przed sklepami, od trzeciej, czwartej rano. Nie było co jeść, ani w co się ubrać. Prułam stare swetry i robiłam na drutach, by jakoś wyglądać. Z koleżankami szyłyśmy spódnice i sukienki z tetry (materiał na pieluchy), który trzeba było ufarbować i ewentualnie obszyć koronką. Moja mama pracowała na Międzynarodowych Targach Poznańskich w czechosłowackim pawilonie. Przynosiła do domu kawałki materiału, którym Czesi obijali przepierzenia boksów. Po zakończeniu ekspozycji tkaniny nie zabierali. Zdzierane przez mamę grube płótno było koloru khaki. Nazwałyśmy je z koleżankami „generałem”. (było to przed stanem wojennym, więc słowo „generał” aż tak źle się nie kojarzyło.). Wszystkie chodziłyśmy w „generale”. Szyłyśmy z niego kurtki, spodnie, spódnice, a nawet nocne koszule. Brakowało nawet waty i podpasek. Koleżanka, pracująca na poczcie, opowiadała jakim pożądliwym wzrokiem patrzyły kobiety na watę, którą rozrzutna kierowniczka poczty ozdobiła choinkę.

W czasie strajku stoczniowców, w telewizji, do znudzenia opowiadano o statku pełnym cytryn, który stoi nie rozładowany z powodu „przerw w pracy”. Cytrusy „za komuny” były zawsze przedmiotem największego pożądania. Pamiętam jak w latach sześćdziesiątych, pierwszy sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka radził w swoim przemówieniu, by cytryny zastępować kiszoną kapustą. Ma tyle samo witamin – uświadamiał naród z partyjnej trybuny. W poznańskiej „Palmiarni” cytryny i pomarańcze, dojrzewające na drzewach, zabezpieczano przed zwiedzającymi stalową siatką. Można się było tylko pożądliwie przyglądać i zazdrościć Murzynom. Małpy w ogrodzie zoologicznym, zgodnie z zaleceniami, karmiono po zamknięciu ogrodu, by dzieci nie patrzyły na banany i pomarańcze znikające w małpich pyskach.



Warszawa, 5 – 7 listopada 1980


P amiętam, jakiego szoku doznałam, gdy w drodze na wczasy w Kazimierzu, odwiedziłam siedzibę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przy wejściu trzeba było pokazać legitymację – przepustkę do tego innego świata. Orgia jedzenia. Dostrzegłam cytryny, a nawet szynkę na talerzu Urbana. Jakże łatwo oderwać się od rzeczywistości.

Pośród żarcików, anegdotek/Szlachecki wspominając miodek/Chyli się Polska w trudne czasy/Przed bóstwem wódki i kiełbasy” (Cz. Miłosz „Traktat moralny”)

Słowa napisane w 1945 roku nie są aktualne. Już nie pośród żarcików, anegdotek ale w milczącej rozpaczy, w zmęczeniu, kolejkach w każdym prawie sklepie. Już nie szlachecki wspominając miodek ale czasy, kiedy wydawało się, że gorzej już być nie może (Gomułka, ostatnie lata Gierka), co było niestety tylko brakiem wyobraźni, jej niedostatkiem, by móc przewidzieć obecne niedostatki. Już nie przed „bóstwem kiełbasy” ale przed bóstwem żółtego sera, chleba, ziemniaków i margaryny. Tylko bóstwo wódki pozostało. I partia, ustami pierwszego sekretarza uzasadniająca dlaczego „zgodziła się” na „Solidarność”. Partia robotnicza łaskawie wyrażająca zgodę na żądania wszystkich prawie robotników i uzurpująca sobie dokonanie „odnowy”. W dwudziestym wieku, w centrum Europy naród zaczyna głodować.

Czytam „Politykę”, „Literaturę”, „Kulturę”. Wyłania się z artykułów przerażający upadek oświaty, kultury (kinematografii, czytelnictwa). Poparty cyframi. Zabory przetrwaliśmy (tu wszyscy są zgodni) dzięki pielęgnowaniu kultury narodowej. Ostatnia polityka kulturalna chyba celowo i świadomie doprowadziła do upadku. Kiedyś dyskutowałam na ten temat z Andrzejem G. Oboje mówiliśmy, że ta polityka jest świadoma i celowa. Łatwiej manipulować i rządzić społeczeństwem ciemnych niewolników bez narodowej świadomości. Wszystkie ogniwa systemu nastawione były na jej tłumienie, na hamowanie myślenia. I to nawoływanie do dobrej pracy i ciągłe pretensje do społeczeństwa. Dlaczego w takiej sytuacji (cytuję z pamięci wiersz Brechta) rząd nie rozwiąże społeczeństwa i nie wybierze nowego? I znów domaganie się by ludzie wydajniej pracowali bez zapewnienia im wyżywienia i, co najważniejsze, bez gwarancji, że efekty ich harówki nie pójdą na marne, albo do kieszeni jakiegoś partyjnego kacyka.



Poznań, kwiecień 1981


P rzeczytałam „Wióry” Krystyny Kofty i przed oczami stanęło mi całe moje dzieciństwo, zabawy na podwórzu, dziecięce wyliczanki i rozmowy o grzechu, religii. Dorośli odbici w dziecięcej wrażliwości. Ale gdyby powrót do dzieciństwa i do, wspólnych moim rocznikom, zdarzeń z dziecięcego podwórka, był jedynym wrażeniem z lektury, nie pisałabym o „Wiórach”. Książka uświadamia, jak bardzo system rozbił stare, trwałe struktury społeczne, związki między ludźmi. I to krok po kroku, kropla po kropli, bez bólu i myślenia obezwładnił, zniszczył wspólnotę, wprowadził anonimowość i podziały. W miejsce ludzi, złączonych codziennym życiem stanęła jednostka, pojedynczy człowiek. Łatwo go zastraszyć i zmiażdżyć. Wiedziałam o tym, ale porównanie (tak dotykalne i realne) świata obecnego ze światem dzieciństwa wstrząsnęło mną. Skłócić, wyizolować każdego, opornych zniszczyć. Moloch państwa. Wieje grozą z tego pojęcia. Witkacy się kłania.



***

Sytuacja coraz gorsza. Brak żywności i długie kolejki po wszystko. Czekałam godzinę po proszek do prania. Reglamentacja nie zmniejszyła kolejek, zwiększyła jedynie chaos i bałagan. I oczywiście brak rozliczeń ludzi za to odpowiedzialnych, którzy jak można się domyślać „korzystają z owoców swojego przestępstwa”. Reforma gospodarcza, wprowadzanie w życie aktów prawnych – oto kolejne przykłady pozorowanego działania. Przy tym wszystkim tu i ówdzie w radio informacje o zepsutej żywności znalezionej na śmietniku. Nawet bez nich (po wydarzeniach w Bydgoszczy, gdzie chciano sprowokować społeczeństwo i wywołać uliczne rozruchy), nawet bez tych informacji trudno uwierzyć, że w ciągu roku ze sklepów zginęło prawie wszystko. Boję się, że głód, który stoi realnie przed narodem jest kolejnym środkiem, przy pomocy którego grupa władzy chce sprowokować społeczeństwo. Głód, determinacja prowadzi do niszczenia, wyjścia na ulicę, a wtedy wszelkie metody po które władza sięgnie byłyby usprawiedliwione (w interpretacji władzy). Czyżby znów, kolejny raz w historii, manewrowano społeczeństwem i posługiwano się masami do wewnątrzpartyjnych walk? Boję się tego, a równocześnie wiem, że ci twardogłowi wymyślą coś, by nie dopuścić do utraty władzy, do zachwiania, głoszonych całe życie dogmatów. Czy owa ślepa wiara w te dogmaty wynika z oderwania od rzeczywistości, czy jest tylko cyniczną zasłoną dla egoizmu, pychy i głupoty? Nie wiem i zastanawiam się.

Pamiętam wprowadzone kartki. Najbardziej brakowało tłuszczu i kawy. Na miesiąc „przysługiwały” dwie kostki masła i kostka margaryny, olej był nie do zdobycia. Rzucałam się na masło i kostkę zjadałam w tydzień, a potem suchy chleb. Wstanie wojennym pojawił się żółto – pomarańczowy ser „z darów”, najczęściej wydawany w kościele. Kleił się do noża i nie wyglądał zachęcająco, ale wydawał się rarytasem. W sklepach ser trudno było zdobyć, mięso i wędliny (na kartki w małych ilościach) też trzeba było „wystać”. Nie było makaronu, mąki, kaszy. Pamiętam do dziś smak budyniu czekoladowego, który koleżanka zrobiła z mleka, kakao (dostała w paczce) i kartoflanki. Na kartki, między innymi, można było kupić pół litra wódki albo 20 deko czekoladowych cukierków. Babcie, które nigdy nie kupowały alkoholu, robiły zapasy i wymieniały wódkę na inne dobra. Do zakupu białej koszuli męskiej, czarnej odzieży i czarnych rajstop (och jakie cenne były wtedy rajstopy!) uprawniał, okazany w sklepie, akt zgonu kogoś z najbliższej rodziny. Na wesele przysługiwał dodatkowy przydział alkoholu i wędlin, więc niektórzy rejestrowali się w Urzędzie Stanu Cywilnego, pobierali należne przydziały a do ślubu się nie stawiali. Reglamentacja obowiązywała bardzo długo. W 1987, kiedy urodził się mój syn, na kartę ciąży (ale dopiero w połowie ciąży) można było kupić 20 sztuk pieluch i kocyk. Poza reglamentacją trudno było cokolwiek kupić dla malucha. Cała rodzina włączyła się w poszukiwanie wyprawki.


Poznań, 7 września 1981 roku


C hyba ostatnie dni lata. Słońce ale w powietrzu już chłodny podmuch jesieni. Jadę rowerem do Strzeszynka. W ubiegłym tygodniu dyskusje z Hanką i Kasią o emigracji. Cały czas mam przed oczami zdjęcie z „Literatury”. Obóz uchodźców w RFN. Niemiecki przewodnik, niski, usłużny, starszy. Może to złudzenie ale w jego oczach, prócz chęci udzielenia pomocy, było zadowolenie i odrobina wyższości, że to właśnie on tej pomocy może udzielić. Cały czas pamiętam twarze prowadzonych przez niego czterdziestoletnich mężczyzn. Ciężki krok, oczy wbite w ziemię i rezygnacja, ani cienia nadziei, tylko pokorne poddanie się losowi.

Na marginesie dyskusji. Następnego dnia zobaczyłam w sklepie na Placu Wielkopolskim regulamin komitetu kolejkowego. 300 osób zapisanych na firanki. Przystosowujemy się tak łatwo. Pokornie, z rezygnacją daliśmy się zapędzić do kolejek. Chyba zbyt prędko ludzie przywykli do takiego życia. Ja też. Buntuję się, ale zostaję w kraju.

System totalitarny wypacza znaczenia najprostszych słów. Kłamstwo jest dla niego prawdą, agresja udzieleniem pomocy („spełniliśmy internacjonalistyczny obowiązek”– pisały gazety po wkroczeniu do Czechosłowacji w 68 roku). Donosicielstwo i kłamstwo w nomenklaturze systemu oznacza odpowiedzialność; patriotyzm jest „godzeniem w rację stanu”, nacjonalizm patriotyzmem. Może i my (Hanka i ja) cierpimy na tę chorobę. Mówimy o przywiązaniu do rodziny, do kraju, a w gruncie rzeczy może trzeba powiedzieć, że boimy się emigracji i mamy już dusze niewolników.


Poznań, październik 1981 rok


C ytaty z lektur. Aleksander Sołżenicyn „Pierwszy krąg”. Audiencja Abakumowa u Stalina:

„Rozumiemy, Josif Wsisarionowicz. My (mówił za całe ministerstwo) rozumiemy bardzo dobrze: zaostrzy się walka klasowa. Wobec tego łatwo sobie przedstawić do jakiego stopnia wiąże nam ręce zniesienie kary śmierci. Bijemy głową o mur od przeszło dwóch lat: nie można rejestrować rozstrzeliwanych, trzeba redagować wyroki w dwóch różnych wersjach, w budżecie bigos nieopisany bo nie wolno odnotowywać w rachunkowości sum wypłacanych egzekutorom. Na domiar złego nie ma czym w łagrach straszyć więźniów! Kara śmierci jest nam koniecznie potrzebna! Josif Wissarionowicz, zwróćcie nam karę śmierci.”


STAN WOJENNY

Ogłoszenie stanu wojennego


S tan wojenny zastał mnie w autobusie, w drodze do Gdyni. Redakcja wydelegowała mnie na rejs „Batorym” po Bałtyku. Dziennikarze „Expressu Poznańskiego” niekiedy towarzyszyli wycieczkom i pisali reportaże z egzotycznych wtedy wyjazdów. Wyjeżdżaliśmy z Poznania w nocy z 12 na 13 grudnia. Pamiętam, że w drodze na zbiórkę, mijałam siedzibę Zarządu Regionu „Solidarności” przy ulicy Zwierzynieckiej. Bardzo dobrze znałam budynek – każdego dnia zachodziłam tam, by odebrać, odbite na powielaczu, komunikaty „Solidarności” i zawiesić je w naszej zakładowej gablocie, na korytarzu „Prasy”. Na Zwierzynieckiej, na wprost gmachu stały grupy czarno ubranych mężczyzn w kominiarkach. Zdziwiło mnie to, ale nie wzbudziło podejrzeń. Może związkowcy mają dodatkową ochronę – pomyślałam. Po północy przestały działać telefony – moja redakcyjna koleżanka mówiła, że przed wyjazdem chciała jeszcze zadzwonić do siostry. Bezskutecznie. Wyruszyliśmy w drogę. W autobusie grało radio. Nad ranem usłyszeliśmy hymn i zaraz potem drewniany, monotonny głos generała Jaruzelskiego, obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego. Przerażenie i panika – takie były pierwsze reakcje. Część chciała natychmiast wracać, ale ponieważ byliśmy już blisko Gdyni ustalono, że pojedziemy na Dworzec Morski. W swojej naiwności, niektórzy sądzili, że statek wypłynie w rejs. Zapłacili duże kwoty za wycieczkę i bardzo na nią czekali. Po drodze mijaliśmy czołgi i wojskowe patrole. Dworzec Morski był obstawiony wojskiem. Większość uczestników wycieczki przerażona została w autobusie, ja wyszłam, oglądając z bliska chmary uzbrojonych żołnierzy. „Batory” oczywiście nie wypłynął.

Do Poznania wróciliśmy pod wieczór. Pamiętam jak wystraszona brnęłam w śniegu. Poszłam najpierw do koleżanki i wysłałam ją do mojego mieszkania (mieszkałam z mamą i bratem), by dowiedziała się czy w nocy nie przyszli mnie aresztować. Nikt mnie nie szukał. Wróciłam do domu i wszystkie książki z biblioteki „Solidarności” owinęłam w folię i w piwnicy schowałam pod stertą węgla. (Odkopałam je po latach). Towarzyszył mi strach. Bałam się o kolegów i o siebie. Po powrocie do mieszkania spakowałam do torby bieliznę, ręcznik, szczoteczkę do zębów. W każdej chwili mogą przecież po mnie przyjść. W poniedziałek poszłam do redakcji (opisuję to w dzienniku) i dowiedziałam się, że aresztowano dwóch naszych kolegów, członków zakładowej „Solidarności”: Michała Łuczaka (wieloletniego dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego”) i Wojciecha Dolatę (też z „Głosu”). Przemysław Nowicki, z zarządu zakładowej komisji, pozostał na wolności.


Gdynia – Poznań, 12/13 grudnia 1980 roku


13  grudnia, w autobusie, jadącym do Gdyni przez ośnieżone, białe pola o szóstej rano usłyszałam, że zapadł wyrok na kraj. Stan wojenny. Właściwie wyrok zapadł dużo wcześniej, gdy ubecy nagrywali zamkniętą, roboczą naradę „Solidarności” w Radomiu, wmawiając (ze spreparowanych materiałów), że „Solidarność” przygotowuje zamach stanu. Wyrok zapadł, gdy propaganda, histerycznym głosem swoich spikerów, krzyczała o strajkach dezorganizujących gospodarkę. Wyrok zapadł, gdy ci sami ubecy malowali na drzwiach swoich kolegów czerwone szubienice, strasząc rodziny „stójkowych” widmem krwawej zemsty „na czerwonym”, szykowanym przez” Solidarność”.

Absurd. Ośmiomilionowy związek, całe społeczeństwo. przez półtora roku nie dało się sprowokować, wykazując cierpliwość, godność i opanowanie. Cały naród, przez garstkę partyjnych przywódców, (broniących swoich stołków i wspierających się na części aparatu), wciągany był do gry: przewlekające się rokowania, ciągnące się w nieskończoność rozmowy, obietnice. Wszystko po to, by zyskać na czasie i uderzyć. Uderzyć tak, by zdeptać wolność, by natychmiast, od razu, cofnąć wywalczone przywileje; by zniszczyć, izolować inteligencję; zasiać strach, nienawiść; wykopać między ludźmi głębokie podziały. Wszystko w imię demokratyzacji, w imię ocalenia narodowego. Cóż za paradoks. Dławienie demokracji terrorem w celach stworzenia demokracji, w imię dialogu. Już po raz któryś z rzędu partia podszywa się pod naród. Dwa miliony uzurpują sobie prawo do decydowania o reszcie. Czy można było to przewidzieć? Można. Niestety, po raz któryś z rzędu zaufaliśmy umowom społecznym, prawom obowiązującym w cywilizowanej Europie. Zrobiliśmy tak wiele, że odwrót wydawał się niemożliwy. Władza wydała się być przypartą do muru przez cały naród, upojony wolnością, traktujący podrygi władzy w konwencji kabaretowej. A przecież, jeszcze niedawno, wicemarszałek Sejmu zapewniał w wywiadzie radiowym: „Stan wyjątkowy jest sprzeczny z Konstytucją”. Przed środową sesją Sejmu posłowie Stronnictwa Demokratycznego i PZPR opowiadali się przeciwko ustawie o nadzwyczajnych uprawnieniach dla rządu. Sytuacja międzynarodowa wskazywała na małe prawdopodobieństwo radzieckiej interwencji.

Tyle w nas było optymizmu, tyle inteligentnych ludzi wyszło z ukrycia, tyle projektów: dyskusje nad samorządem, wolność i autonomia dla wyższych uczelni, nowa ordynacja wyborcza do rad narodowych, potem wolne demokratyczne wybory do Sejmu; społeczny dostęp do środków masowego przekazu; wolne oficyny wydawnicze, odkłamanie historii – tak niewiele, a równocześnie tak dużo w systemie, w którym partia zastrzega sobie (prawem kaduka) pozycję monopolisty, a jej ambicją jest kontrola każdego najmniejszego przejawu życia społecznego.

Ostrzeżenia się jednak rozlegały. Ernest Skalski w ostatnim numerze „Solidarności” pisał: „W każdym razie w aparacie władzy powstała koncepcja sprawowania rządów w sposób, który stosuje okupacja wojskowa w podbitym kraju.(...) Partia, która ma w swojej nazwie człon „Robotnicza” i głosząca potrzebę porozumienia powinna się w sprawie swego funkcjonowania w zakładach porozumiewać z robotnikami, a nie grozić im prokuratorem i wojewodą, bo groźby prowokują...”

Ostrzeżenia były, nikt jednak nie docenił przebiegłości Wschodu. W nocy z soboty na niedzielę na uśpiony kraj najechały milicyjne budy. Wchodzono do domów, wywlekano śpiących ludzi. Zbrojne oddziały ZOMO zajęły budynki „Solidarności”, zablokowano telefony i teleksy, zabrano z Gdańska członków Krajowej Komisji Solidarności. Nad ranem zapukano do Michała Łuczaka [dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego] Otworzył na słowo „Telegram”. Musiał się ubrać w pośpiechu i wyjść w towarzystwie tajniaków. Uwiozła go czarna „Wołga”. Na Piątkowie zgarniano ludzi do ciężarówek.

Niedzielny ranek zastał nas osłupiałych. W środku Europy, w XX wieku odcięto i zablokowano telefony i teleksy, wyłączono radiostacje, zwolniono do domu wszystkich pracowników radia i telewizji. Zostali zaufani, którzy jak powiedział spiker „zgłoszą się w umówionym miejscu”.

Wracaliśmy z Gdyni do Poznania, słuchając powtarzanego przemówienia Jaruzelskiego, wojskowych marszy (zawsze wesołych, teraz brzmiących ponuro i złowieszczo) oraz kolejnych komunikatów, wprowadzających milicyjną godzinę, militaryzujących większe zakłady pracy, straszących wyrokami śmierci za najdrobniejsze przestępstwo. Przed gdańskim MKZetem „Solidarności” stało 8 milicyjnych bud, funkcjonariusze uzbrojeni w długie pały i ludzie, krążący z rodzinami lub w pojedynkę wokół gmachu. Ludzie bezradni, sterroryzowani, szukający bliskich i wypatrujący jakiegoś znaku; zjednoczeni swoją obecnością przeciw terrorowi i przemocy. Pod Gnieznem kawalkada czołgów, na kolejowym przejeździe wojsko pod bronią. Poznań jeszcze pełen dawnych haseł (ZOMO bijące serce partii, Program partii programem partii, QTASS), wśród nich widać białe płachty zadrukowane czarnymi literami „OBWIESZCZENIE O WPROWADZENIU STANU WOJENNEGO”. Ludzie wracali do domów, wielu jeszcze nieświadomych, nie wiedzących o tak masowych aresztowaniach. Pierwsze wiadomości w drukarni na Zwierzynieckiej – z dziennikarzy w pracy zostaje tylko zespół „Gazety Poznańskiej”. „Głos” i „Express” się nie ukażą, Michał Łuczak aresztowany, Przemek Nowicki chyba też. Wracam do domu z ciężką torbą, brnąc w śniegu, myśląc o Michale. Bardzo wrażliwy, zastraszany w redakcji, denerwował się przed każdą wizytą u naczelnego. Tym bardziej ceniłam jego odwagę, jaką było zapisanie się do „Solidarności”. Teraz ten wrażliwy, subtelny Michał, wyrwany nad ranem ze snu, spędza swoją pierwszą więzienną noc. Gdzie jest, co się z nim dzieje? Wciąż widzę go, gdy spotkaliśmy się w sobotę po raz ostatni. Tknięta przeczuciem, po wymianie kilku zdań (tradycyjne „do zobaczenia”), odwróciłam się, by spojrzeć na malejącą postać.

Wojtka Dolatę zabrano wraz z kilkuletnim dzieckiem. Rano dziecko odwieziono do żony, której nie było w noc aresztowania. Wojtek został. Pół roku temu Wojtek przeszedł zawał serca. Lekarz mówił: „Najważniejsze to się nie denerwować”.

Kongres Kultury Polskiej miał trwać jeszcze w poniedziałek. W niedzielę zabrano prawie wszystkich uczestników. Siedzą podobno Szaniawski, Wajda, Kijowski, Andrzejewski. Na kongresie minister Tejchma z uwagą odnotowywał wszystkie bardziej ostre przemówienia. Wiedział czy nie wiedział? Takie to już nieistotne. Tyle razy władza sprzedawała własny naród. Wracam do domu, pakuję ciepłe rzeczy. Nie zrobiłam nic złego, ale po aresztowaniach, należy być przygotowanym na wszystko. W sercu Europy zaczyna się okupacja, znana mi dotychczas tylko z opowiadań. Milicja może wejść o każdej porze, przetrząsnąć dom, zabrać człowieka. W nocy budzę się nadsłuchując samochodów. Cisza. Pada gęsty, biały śnieg; taki sam jak wtedy, gdy we Florencji Lorenzaccio zamordował Medyceusza. Pada śnieg, nadając pozory spokoju uśpionemu miastu, w którym tysiące ludzi (tak jak ja) boi się łomotania do drzwi i myśli o bliskich, zabranych nie wiadomo dokąd. Śni mi się Michał. Pożyczałam mu tyle książek. Gdybym wiedziała, że zamknięty może przypominać sobie okrutne sceny z „Archipelagu Gułag”, że może bać się strzału w tył głowy, bicia, zmuszania do kłamstw. Błogosławiona nieświadomość. Znajomość reżimu przeraża i poraża, gdy zdać sobie sprawę z jego okrucieństwa, bezduszności i małości pojedynczego człowieka – ziarenka piasku w gigantycznej machinie politycznych frazesów, „uświadomionej konieczności”, racji stanu, w imię której podkuty but postawiono na gardle narodu. Zasypiając obok torby, do której włożyłam ciepły sweter, rajstopy, bieliznę, szczoteczkę do zębów i ręcznik; myślę o tym co zrobić, gdzie interweniować, by wyciągnąć aresztowanych.

Piszę tydzień po fakcie – tamten dzień i następne stają mi w pamięci jak żywe. Pierwszy niedzielny wieczór w nowym reżimie, obawy i niepewność. Początek długiego tygodnia, który jutro opiszę. Najważniejsze to zebrać informacje, zorientować się do kogo pójść, u kogo pytać. Śnieg jest biały, chłodny, tłumi marszowe kroki, dławi uśpione miasto. Gdyby ktoś z zewnątrz spojrzał na białe drzewa pomyślałby o nartach, o pięknie natury. Nie! W ludziach kiełkuje nienawiść. Myślą raczej o wierszu Miłosza”:

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy/ i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta”



Poznań, 14 grudnia 1981 roku


P óki dokładnie pamiętam opiszę poniedziałek 14 grudnia w redakcji.
W poniedziałek w redakcji nie do każdego do końca dotarła prawda o stanie wojennym. Dla wielu była to jakby zabawa, a internowanie kolegów przypominało wyjazd na trochę niebezpieczną wysokogórską wycieczkę. Jednak, coraz to nowe, wiadomości i zarządzenia, studziły beztroskę: godzina milicyjna od 23-ciej do 6 rano, obowiązek zdania nawet białej broni, rozwiązanie Stowarzyszenia Dziennikarzy, Paxu, Stronnictwa Młodzieży Demokratycznej, ZSMP, Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich; militaryzacja coraz to nowych zakładów pracy.

W gmachu „Prasy” pojawiają się nowe twarze, zdarto już naszą solidarnościową gablotę. Jacek Świgoń - skompromitowany pracownik Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który niedawno został specjalistą do spraw organizowania nowej drukarni; zostaje szefem administracyjnym budynku. Gdy „Solidarność” protestowała przeciwko powoływaniu go na kierownika nowej drukarni zbyto nas obietnicą: „Popracuje pół roku i się zweryfikuje”. Zweryfikował się prędzej. Członkowie „Solidarności” z „Gazety Poznańskiej” otrzymują bezterminowe urlopy. Z „Głosu Wielkopolskiego” do domu idą członkowie „Solidarności” i kobiety, z „Expressu Poznańskiego” zostaje tylko kierownictwo. Nawet kierowniczka stołówki (należała do „ Solidarności”) musi opuścić swe stanowisko. Stołówkę przejmuje ktoś partyjny. Zemsta czy obawa przed otruciem?


zaswiadczenie 14 grdudnia 1981

Groteska miesza się z dramatem. Puste pokoje, plombowane maszyny do pisania, opróżniane biurka, walające się wszędzie maszynopisy. Malarze już gipsują dziury po wyrwanej gablocie „Solidarności”. Wszystko trzeba zamalować jak najprędzej. W portierni nowe osoby. Wydają przepustki. Piętro wyżej dyżurni z opaskami sprawdzają wszystkich wchodzących. Ileż kompleksów odblokowano. Jakże ważni czują się teraz ci mali ludzie, którzy przez ostatni rok pozostawali w cieniu ożywiającej się inteligencji. Z jaką wyższością kobieta z kadr, wydająca dotychczas kartki na mięso, mówi do mnie: „Nie wejdzie pani do gmachu”. Jak dobrze jest upokarzać tych, którzy(w jej mniemaniu) mieli lepiej i byli wyżej. Ludzie zaczynają bać się mówić, naczelni redaktorzy, kierownicy działów boją się o swoje stanowiska.

Nadal jesteśmy odcięci od świata, od innych miast, ba nawet od sąsiednich instytucji. Co z ludźmi nie wiadomo. Spikerzy raczyli przeczytać spisy niektórych internowanych. Ilu wzięto ludzi z „Solidarności”, gdzie Wałęsa? – milczą ubrani w mundury. Zamiast tego długa lista aresztowanych za próby nawoływania do strajku. Przybijają człowieka te spisy, każą myśleć o okupacji i odważnych, którzy usiłują walczyć.

Wśród „godnych ubolewania incydentów” tragikomiczna wiadomość: „Prokuratura Rejonowa w Zgierzu wszczęła śledztwo w trybie doraźnym i tymczasowo aresztowała Piotra Tomalskiego, który 14 grudnia br. w Aleksandrowie Łódzkim będąc w stanie nietrzeźwym zaatakował przy użyciu szabli członka ORMO powodując u niego obrażenia głowy”. Wiadomości o ludziach, aresztowanych za działalność polityczną przeplata się komunikatami o chuliganach i włamywaczach. Stalinizm wraca koszmarną czkawką. To właśnie Stalin napuszczał chuliganów i bandytów na własne społeczeństwo, wykorzystywał ich agresję do terroryzowania uczciwych ludzi.

Propaganda osiąga wyżyny absurdu. W telewizji umundurowani spikerzy (Falska – kurwa generalska jak mówią ludzie i Grzegorz Woźniak) rozprawiają o kontrrewolucji. Wyciągnięto z lamusa wyświechtane gotowe formułki. Przykładem pewien docent, specjalista od cybernetyki społecznej z całą powagą oświadcza, że imperialiści zmuszali nas do eksportu żywności, powodując napięcia na rynku i słuszny protest klasy robotniczej, wykorzystany przez wrogów socjalizmu. W telewizorze dzieci w przedszkolu śpiewają „Okę”, a podstawiony profesorek w obecności telewizyjnych kamer wręcza „spontanicznie” czekoladki żołnierzom. Groteska.

Nawet wielkie, ludzkie dramaty system obrzuca błotem, nadają im wymiar małych świństewek, sprowadzając do poziomu bagienka. Spikerzy triumfującym głosem czytają kajania się pomniejszych działaczy. Ludzie, przyzwyczajeni do propagandowych fałszerstw nie wierzą. Zresztą, przy monopolu na wiadomości nawet sprostować nie można. Jesteśmy odcięci od świata i innych miast. Zablokowano teleksy, głucho milczą telefony. Są podobno przypadki śmierci, gdy dojechać do szpitala nie można (nie ma czym), a patrol nie wie, jak wezwać pogotowie, lub odmawia pomocy. „Na mieście” cisza. Ludzie z wbitym wzrokiem w ziemię mijają ulice, na których plamy farby świadczą o niedawnych hasłach. Tam, gdzie nie można było zdrapać papieru zamalowano go olejną farbą. Olejne, brudne – popielate kwadraty widać nawet na szybach wystawowych. To symbol. Wojskowa, gruba, olejna farba na kartki papieru. Symbolem owego dialogu (wracającego niekiedy jeszcze na usta propagandzistów) jest także Rondo Kopernika. Śladu nie ma po dawnej gablocie „Solidarności”, natomiast partia powiększyła swoją gablotę, usiłując propagandzie nadać pozory spontaniczności. Śmieszne i żałosne partyjne hasła w formie ulotek. Wreszcie wiemy, jak wygląda owo porozumienie, ów dialog. To po prostu monolog przed sterroryzowanym, któremu wmawia się, że ma prawo głosu. Dyskusja z zakneblowanym.

Głośniki straszą: za organizowanie strajków od 3 lat do kary śmierci, za rozpowszechnianie wiadomości, mogących stwarzać niepokoje – kary; za złamanie godziny milicyjnej – kary. Kary właściwie za wszystko, dla każdego, nawet siedemnastoletnich chłopców. Grozę powiększa nieznajomość prawa stanu wojennego. Pierwszego dnia, w redakcji, gdy mogłam jeszcze wchodzić do gmachu, zaczęłam zbierać podpisy pod oświadczeniem, domagającym się uwolnienia Michała Łuczaka i Wojciecha Dolaty. Ludzie bali się, ale w pierwszym odruchu podpisywali. Jakiś umundurowany wojskowy postraszył mnie więzieniem. Nasze władze, powołujące się tak często na humanitaryzm (szczególnie gdy chodziło o rozliczanie byłych prominentów, czy dalsze wypłacanie im rent) zagroziły surowymi karami za zbieranie pieniędzy i żywności dla rodzin internowanych. Groza! Spotkani ludzie mówią o coraz to nowych aresztowaniach. Izabelę Cywińską, dyrektorkę Teatru „Nowego”, zabrano ponoć w kajdankach, do Leszka Nowaka włamano się przy użyciu materiałów wybuchowych. Oddziały ZOMO, wpadające na Zwierzyniecką [siedziba Zarządu Regionu „Solidarności”], z impetem i przekonaniem o spisku, zastały kilka przerażonych dziewczyn, dyżurujących przy dalekopisach. Portierka, starsza pani z „Ochrony Obiektów”, wpadła w szok. Podobno do tej pory leży w szpitalu.

Dopiero w rozmowach, cicho wymienianych uwagach „ na mieście” (podchodzą do siebie ludzie znający się tylko z widzenia), widać jak wiele osób zabrano i wywieziono nie wiadomo dokąd. Listę internowanych prowadzi ksiądz od Dominikanów. Podobno aresztowano i jego. Oficjalne gazety milczą, stwarzając pozory normalnego życia. Drukują idiotyczne rozmowy typu „Cieszy mnie wprowadzenie stanu wojennego”. W kraju internowano tysiące ludzi, a dziennikarz „Gazety Poznańskiej” donosi zatroskany, że w jakimś PGR wypraszają się maciory, a nie ma promienników ciepła; albo, że w Kościanie nie będzie w tym roku makowca. Odezwali się dawni naprawiacze historii np. redaktor Leonard Wąchalski gwałtownie prostuje historię połączenia PPR i PPS, pisząc o atmosferze równości, zgody w jakiej to się odbywało. Znów mamy zejść do poziomu grzecznych przedszkolaków, słuchających apeli, zastanawiających się nad wyrwanym cytatem z przemówienia premiera; bez szemrania jedzących suchy chlebek na kolację i po kolejnej porcji wojennych audycji w telewizji („Hubal”, „Zagrajcie nam dzisiaj wszystkie srebrne dzwony”, Festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu) karnie idących spać. I cichutko. Broń Boże politykowanie czy „Wolna Europa” bo dobry, czujny pan milicjant jeździ windą i po godzinie policyjnej przykłada ucho do każdych drzwi. (autentyczne zdarzenie na Osiedlu Kopernika). Wczesnym świtem do pracy, uskrzydleni ideologią, wmawiającą jakie to bohaterstwo i romantyzm np. po raz dwunasty łatać dętkę w autobusie, czy przekładać części z autobusu do autobusu. Potem w kolejki z wizją dobrobytu; czując w ręce (jako klasa robotnicza) ster, jaki włożyła nam historia. I nie pytać się o aresztowanego kolegę, nie martwić losem strajkujących i bitych, nie narzekać na Partię i wojsko, bo to już „podważanie bytu narodu polskiego, godzenie w rację stanu, pchanie kraju do przepaści, lżenie naczelnych organów państwowych, oraz szerzenie wiadomości mających wzbudzić niepokoje i osłabiać gotowość obronną państwa”. Uff!!!.

Pamiętam te mroźne pierwsze dni stanu wojennego. Mróz, śnieg a ja ciągle wędrowałam po znajomych i po ulicach miasta, zbierając informacje, dopytując się o ludzi. Wieczorami pisałam i pisałam. Do redakcji nie mogłam przychodzić. Pierwszego dnia większość dziennikarzy otrzymała bezterminowe urlopy. Do gmachu można było wejść po załatwieniu przepustki, i to tylko na pierwsze piętro do administracji. Wyższych pięter strzegli umundurowani osobnicy z bronią. Spotykaliśmy się wszyscy w dzień wypłaty na korytarzu przed kasą, prowadząc antysocjalistyczne rozmowy. Z trzech dzienników, ukazujących się w Poznaniu wydawano tylko jeden „Gazetę Poznańską”, redagowaną przez zaufanych dziennikarzy. Niektórzy z nich, jak redaktor Leonard Wąchalski, czy Kazimierz Marcinkiewicz podpisywali się pod artykułami, inni pozostawali anonimowi lub kryli się pod wydumanymi pseudonimami. Wielu rozpoznawałam po stylu. W redakcyjnej stopce nazwisk nie podawano. Napisano tylko „Redaguje zespół powołany spośród dziennikarzy „Gazety Poznańskiej’, „Głosu Wielkopolskiego” i „Expressu Poznańskiego”.

Wklejałam do dzienników niektóre artykuły, tytuły. Ileż sloganów!: „Spokój i praca właściwą drogą do normalizacji życia”, „Kaliskie w poczuciu bezpieczeństwa”, „Mówią poznaniacy: rozumiemy sytuację”, „Niech zwycięża zdrowy rozsądek i rozwaga”., „Na ulicach Warszawy panuje spokój” (skąd my to znamy?). Propagandę wciskano nawet do teatralnych recenzji. Zachowałam recenzję Teatru Telewizji ze sztuki Wojciecha Bogusławskiego „Henryk VI na łowach”. Oto jej fragment:

„Pokazany w kwietniu przeminął na ekranie prawie bez echa. Teraz, w zmienionej sytuacji, wibruje wymową znaczeń politycznych, tych najoczywistszych. Oto król. Oto poddani. I oto ktoś trzeci – kto wciska się między króla i zwykłych ludzi, aby zapanować i nad królem i nad poddanymi. W sztuce z XVIII wieku są to milordowie, a w życiu dzisiejszym gracze polityczni. Toczą oni swoją egoistyczną sprawę, która nie służy ani władzy, ani ludowi. Szkodzi wszystkim. Znamy niby naszą historię, a – może się chwilami wydawać – nic z niej nie pamiętamy...” (wytłuszczenia jak w oryginale).

Dziennikarze pouczają i straszą, podając informację z prokuratury o „prowadzonych postępowaniach w trybie doraźnym przeciwko osobom winnym naruszenia postanowień dekretu o stanie wojennym”. W wycinku jaki zachowałam wymienia się nazwisko Zbigniewa Steckiego przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” przy Zakładzie Dendrologii PAN w Kórniku i Jerzego Kupsika z Przedsiębiorstwa Dostaw i Kompletowania Urządzeń Ferm Zwierząt Gospodarskich w Tarnowie Podgórnym. Obaj za nakłanianie do strajku i nie zaprzestanie działalności związkowej zostali aresztowani.




Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

Foksal 3/5

00-366 Warszawa

tel. 22 827 87 20

    Menu
  • Kontakt
  • Regulamin