„Zapiski z wygnania” * - twój debiut reporterski ujawnił twoje liczne talenty. Mnie na wstępie naszej rozmowy interesuje talent dziennikarski, reporterski, literacki. Reporterski, bo z traumy opuszczania Polski w ’68 i tułaczki pierwszych lat na obczyźnie zapamiętałaś niezwykłe momenty, czym udowodniłaś dar obserwacji, wybierania z panoramy obrazów i zdarzeń tego, co zachowało wartość uniwersalną. I dar języka zachwycającego zwięzłością oraz filozoficzno-aforystyczną głębią znaczeń. Dlaczego tak długo czekałaś z ujawnieniem go?

Dziękuję za ocenę… Na wszystko przychodzi czas. A bywa, że pewne talenty –jak to nazywasz - przez całe życie szamocą w głowie i sercu i nigdy nie pokonają emocjonalnej bariery wątpliwości i pewnego lęku - czy podołam? Może by było tak, że gdybym przed laty zasiadła do pisania tej książki, czegoś, co nazywam reportażem wspomnień, to nie znalazłabym dla niej odpowiedniej kompozycji i języka. Nie ogarnęła bym i nie uporządkowała natłoku wydarzeń. Teraz widzę., że temat powinien się uleżeć; i na szczęście się uleżał i nie wyparował.

Masz cenną dla reportażysty umiejętność – wyławiasz z bezliku informacji, zdarzeń i przeżyć rzeczy naprawdę ważne społecznie i frapujące czytelniczo…

Więc posłuchaj - podsunę ci temat reporterski, niezwykle atrakcyjny i super aktualny – choć pochodzi ze Skandynawii. Możesz jednak mieć pewność, że niedługo, albo już w tej chwili identyczny temat jest  aktualny i atrakcyjny, i ważny po polskiej stronie Bałtyku. Opowiadał mi zaprzyjaźniony szwedzki lekarz, chirurg - kosmetolog, że ma coraz więcej klientów, bliskowschodnich emigrantów z Iraku, Libanu i Serii, którzy zgłaszają się do kliniki z prośbą o dokonanie operacji  twarzy, by upodobnić się do Nordyków. Na gwałt tlenią włosy, rozjaśniają je i zmieniają rysy swoich twarzy na bardziej europejskie.

Czy przystępując do pisania „Zapisków” - debiutu reporterskiego, miałaś dylematy z wybraniem jego formy?

Dłuższy czas borykałam się z myślą - czy chcę napisać dokument, który będzie w maksymalnym stopniu odpersonalizowany, zobiektywizowany, dający pierwszeństwo zapisowi faktów, które mają same przemówić do czytelnika? Czy chcę napisać wspomnienia z tamtych lat – pogodzić dokumentalne, niewymyślone, fakty i wydarzenia z moją osobistą ich oceną i bogatą gamą odczuć, emocji. Doszłam jednak do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli poszukam i wybiorę formę pośrednią – suchy fakt nasączę moim odczuciem, ale w takim stopniu, by czytelnikowi pozostawić dużą swobodę na jego refleksje i odczucia.

„Emigracja, to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa” – to powiedział Tadeusz Kotarbiński i te słowa uczyniłaś mottem reportażu. Po Marcu ’68 decydujesz się wraz z rodzicami na „pogrzeb”. Teraz w tytule umieszczasz straszne słowo „wygnanie”. Ale wtedy nie wszyscy musieli sobie urządzać tego „pogrzebu”; dlaczego Ty…?

Uważałam wtedy, że jednak musimy – ja i rodzice – wybrać się na ten „pogrzeb”. Wszystkie aspekty naszego żydowskiego życia znikały. Ojciec pracował we Wrocławiu w spółdzielni szczotkarskiej, którą nagle po Marcu zamknięto, bo „była żydowska”. Wiele osób wywożono na taczkach z ich zakładów pracy. Przestał do nas przyjeżdżać teatr żydowski – były słuchy, że jego dyrektorka, wybitna aktora, Ida Kamińska także planuje wyjazd, co też zrobiła. Moja wrocławska szkoła żydowska - „siódemka”- podstawówka i liceum stała się nie-żydowską szkołą z internatem dla niepełnosprawnych. W gazetach codziennie ukazywały się artykuły o syjonistach, „emigrantach”, którzy z Polski wywożą skarby narodowej kultury i inne dobra stanowiące uszczerbek polskiego gospodarstwa. Kopano w ludzkich życiorysach, aby znaleźć dowody na „hańbiące” żydowskie pochodzenie....Oczywiście, mogliśmy zdecydować inaczej - pozostać, ale na jakich warunkach? Jako kto? Byli tacy, istotnie, którzy podjęli tę, może najcięższą, decyzję: zostajemy…

Pamiętam słowa znanego już wtenczas poety, który wyznał podczas imprezy w SPATiF-ie – nie wymienię jego nazwiska, choć już od lat nie żyje: „chyba będę ostatnim Żydem, który wyjedzie z Polski…”

Dla mnie pozostanie nie było wyborem, bo rzadko kiedy podejmuję decyzje motywowane pokorą. Ci, co zostali, to nie zostali jako Żydzi, ale jako Polacy.

Ale chyba mieli świadomość żydowskich korzeni?

Mieli, albo nie… Ostatnio słyszę od niektórych czytelników podczas spotkań autorskich, że oni dopiero po Marcu dowiadywali się od rodziców, że są Żydami. Były wypadki, że matka, czy ojciec dopiero na łożu śmierci ujawniali dzieciom swoje i ich pochodzenie. Bali się, po prostu się bali... po Holokauście. A Marzec tylko potwierdził ich obawy. Tak więc ci, co wówczas od dawna wiedzieli o swoim pochodzeniu i nie decydowali się na emigrację, mogli myśleć, że „Żydówką nie muszę być, mogę resztę życie przeżyć jako Polka, albo jako pokorna i cicha Żydówka”. Ja tak nie chciałam. Nie chciałam chodzić ze spuszczoną głową… Trzeba było umieć wtedy zbyt dużo połknąć. Ja tego nie potrafiłam.

Pokora zbyt dużo by cię kosztowała?

Tak - pokora za winy niepopełnione.

Miałaś wtedy dwadzieścia lat, zaczęłaś studia elektroniczne na wrocławskiej politechnice  – a kiedy wcześniej wyczułaś w sobie nie-pokorność?

Może wtedy, kiedy nosiłam na rękawie tarczę liceum, „Siódemki”? Wszyscy w mieście wiedzieli, że to żydowska szkoła i czasami rówieśnicy rzucali w nas kamieniami. A nasza sąsiadka z kamienicy, dobra kobieta, mówiła o nas: „To Żydzi, ale fajni”. Wiesz co: różnica między „parszywą Żydówką”, a „śliczną Żydóweczką” nie jest wielka, wychodzi na to samo. Albo jestem częścią społeczeństwa , albo częścią odizolowaną, z piętnem. którą się zaledwie toleruje. Czyli mogę funkcjonować ze wszystkim, ale muszę ciągle uważać, żeby nikt mi nie podstawił nogi, żebym nie upadła tylko dlatego, że jestem Żydówką. Czy ja coś złego zrobiłam, że po prostu urodziłam się a takiej rodzinie?

Wyznałaś w książce, że zawsze „ chciałaś żyć z podniesioną głową”.

Każdy człowiek ma do tego prawo. Muszę jednak powiedzieć, że my po wojnie żyliśmy we Wrocławiu w dość zamkniętym środowisku ludzi, którzy przeżyli Zagładę. Ciągle słyszałam od rodziców, przyjaciół i znajomych opowieści o tragediach, o gazowaniu, o ulatnianiu się dusz przez komin; to nie byli normalni ludzie. Oni starali się pozbierać po niewyobrażalnych przeżyciach i stratach. Więc ja się wychowywałam trochę jak w „getcie”, dopóki nie poszłam na studia. Tam dopiero znalazłam się w polskim środowisku, ale po dwóch latach jednak zmuszona byłam je porzucić.

Gołda Tencer, dyrektorka Teatru Żydowskiego w krótkim, a pięknym wstępie do „Zapisków” pisze: „…Wyjątkowo mądra i dzielna dziewczyna, której Marzec dał – paradoksalnie – poczucie przynależności do samej siebie…” . Czy rozwiniesz tę myśl?

Trudno mi było myśleć o sobie przed emigracją jako o Polce, gdy wszystko dokoła mówiło, że to nie tak…

Podczas spotkania autorskiego i promocyjnego  „Zapisków”  powtórzyłaś, że jesteś Amerykanką. Jak w tobie dojrzewała ta świadomość?

Trudno mi było wtedy, po europejskich „przystankach” w Wiedniu i Rzymie, gdy się znalazłam w Detroit, posiadać siebie z pełnią odpowiedzialności za podejmowane decyzje z rozedrganym uczuciem tożsamości i sensu jestestwa. Bo świadomość samej siebie, to jest normalny proces dojrzewania. W moim przypadku, i w przypadkach naszych emigracyjnych kolegów, to było wyzwalanie się od „piętna” bycia Żydem. Zrzuciłam to piętno właśnie w Ameryce. Jestem w domu, u siebie, w kraju, który mnie chce i docenia...
Tymczasem, niektórzy nadal to piętno czują. Wczoraj na spotkaniu autorskim słyszałam głosy z sali, że „nie czują się tu jak w swoim domu”.

Notowałaś w pamięci myśli po wyjeździe w grudniu ’68, a po latach zapisałaś je z goryczą w książce.”… Mam was dosyć, wygraliście – raczej nie, to my wygraliśmy… Też nie – raczej wszyscy przegraliśmy… Jednak wasz antysemityzm będzie już tylko waszym problem…” Podczas spotkania ktoś z sali znów zapytał: Czy coś w Polsce jednak się zmieniło?... Nie dałaś odpowiedzi na to pytanie…

Ja chyba nie mam na nie odpowiedzi. Wszystko, co wiem o problemie antysemityzmu w dzisiejszej Polsce, to jest to, co słyszę od ludzi, relata refero. Wiele razy przyjeżdżałam do Krakowa, nie do Polski, ale właśnie do Krakowa, do ciotki, która już umarła i rzeczywiście nie spotkałam tam przejawów antysemityzmu. Ale widziałam nabazgrane na murach gwiazdy Dawida „na szubienicy”. Widziałam je także na zdjęciach z otwarcia odrestaurowanego kilka lat temu cmentarza żydowskiego w Łosicach. Tego nie powinno być. Władze i dobrzy ludzie muszą się z tym uporać. Ja nie chcę się bawić w zgadywania, ilu Polaków jest ksenofobami. Nie potrafię tego oszacować. Ale mam prawo nie doświadczać ksenofobii – mam prawo czuć się tu normalnie. Jednak powtarzam, to nie mój problem.

Zygmunt Rolat, znany działacz międzynarodowych organizacji żydowskich, urodzony w Częstochowie, tam przechowany w czasie okupacji, filantrop i przyjaciel Polski mówił publicznie podczas Festiwalu Warszawa Singera , że w naszym kraju Żydzi, którzy w szabas udają się na modły do synagogi, nie muszą obawiać się napadów na ulicy, a Żydzi we Francji, czy Belgii się obawiają. Tam prawie każdą imprezę żydowską musi ochraniać policja…

Rzeczywiście, w krajach zachodnich jest wiele zagrożeń, ale ze strony coraz liczniejszych środowisk muzułmańskich, szczególnie arabskich. W Polsce tego problemu nie ma….

Dawid Szurmiej, aktor i filmowiec, syn dyrektorki  Gołdy Tencer powtórzył mi niedawno w wywiadzie to, co rok temu wyznał w innym wywiadzie: „ W moim kraju nie ma antysemityzmu”. Co ty na to?

Ja ci coś powiem: jeżeli go nie ma, to fajnie; to bardzo bym się cieszyła. Uważam jednak, że do takich wypowiedzi powinni się ustosunkowywać bardziej Polacy niż Żydzi. Bo jeżeli ten antysemityzm jest, a udajemy, że go nie ma, to mamy do czynienia z totalnym zaklinaniem rzeczywistości i hipokryzją w wymiarze społecznym.

Wyznajesz w „Zapiskach z wygnania”, że od jakiegoś czasu znów zaczynasz „mówić po polsku”. Czy mimo wszystko rodzi się nostalgia za młodością?

To jest bardzo ciekawe. W jakimś sensie to ma związek z chronologią. Dożyłam do pewnego momentu w życiu i coś w tym jest… ze mną coś jest…
Dwadzieścia lat nie mówiłam po polsku. Mam amerykański świat, rodzinę, prace, przyjaciół z całego świata, a w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mimo wszystko polszczyzna w dalszym ciągu jest we mnie. Gdy dwadzieścia lat temu pierwszy raz pojechałam do Izraela na zlot wygnanych po Marcu, spotkałam tam koleżanki z klasy, z wrocławskiej „Siódemki”. Zaczęłyśmy mówić o obieraniu ziemniaków na letnim obozie w Poroninie. Wieczorem zaczęłyśmy śpiewać piękne „Płonie ognisko w lesie”. Ktoś mnie poprosił: Sabinka, zarecytuj coś, ty w szkole tak fantastycznie recytowałaś… To prawda, znałam wtedy na pamięć cały jarmark rymów, cała Pawlikowska-Jasnorzewska była moja, moja, moja… A potem, w pewnym momencie w Ameryce wyrzuciłam ze swojej biblioteczki wszystkie polskie książki.

To było to odrzucenie przeszłości w ramach budowania nowej tożsamości?

Chyba coś takiego. Kłania się Kotarbiński z motta „Zapisków”: emigracja to pogrzeb. Po wygnaniu odeszłam również od języka młodości, nie potrzebowałam go, był zbędny. A teraz, po czterdziestu-kilku latach już nie trzeba mi nie mówić po polsku, już nie trzeba mi nie mieć polskich książek na swoich półkach...I znów zaczynam je mieć; zwłaszcza, gdy zauważyłam, że ukazują się nowe rzeczy w polskiej literaturze - na przykład o Holokauście, o historii Żydów w Polsce; mam, oczywiście, książki w różnych językach.

Piszesz: „…Głowę mi rozsadza myśl o tych licznych zmianach…” – jakie zmiany tak mocno przeżywałaś?

Wiele rzeczy, ale wspomnę tylko jedną - pięć lat temu przyjeżdżam do Wrocławia na zjazd koleżeński naszej klasy z okazji 45 rocznicy matury. Mamy spotkanie w ratuszu z władzami miasta -prezydent Rafał Dutkiewicz wita nas wzruszająco, ja za chwilę swoim wystąpieniem w imieniu koleżanek i kolegów także wyciskam łzy z ich oczu. Za chwilę prezydent klęka przede mną, przeprasza za Marzec ‘68 i wręcza na moje ręce symboliczne klucze do miasta… Gdybym tego nie zobaczyła, jak ten wielki chłop, ten ważny, zasłużony polityk klęka przed drobną Sabinką, przed Żydówką urodzoną we Wrocławiu, to bym nigdy nie uwierzyła w autentyczność takiego wydarzenia.

Tak więc znów pytam, czy coś się w Polsce zmienia się w relacjach polsko-żydowskich?

Gołda Tencer robi wspaniałą rzecz między innymi organizując Festiwal Warszawa Singera – wszystko bez ochrony policyjnej. Ludzie się tu cudownie bawią, a ja po raz pierwszy także. Kocham polskie pierogi i nie uważam, że mnie tu coś grozi. Jednak nie mogę odpędzić natrętnej myśli, gdy rozmawiam z Polakiem: czy ten facet mnie ocenia - „fajna ta Żydówka”... Czy to może jego dziadkowie  zamordowali moich dziadków tuż po wojnie... A, niestety, zamordowali ci sami ludzie, którzy przez całą okupację przechowali dziadków za pieniądze w jakichś dziurach.

Przeczytałem wczoraj kilka zawstydzających komentarzy na forum internetowym po twoim wieczorze autorskim …

No właśnie - ja też je poznałam i znów ukłuła mnie czyjaś nienawiść...Ktoś mi na przykład ma za złe, co wyraża w mocno nieparlamentarnej formie, ze nie pojechałam odwiedzić grobu „Rotmistrza Pileckiego”; a ja przecież mam prawo nie wiedzieć, kto to był Pilecki. Albo komentarz dotyczący wrocławskiej „Siódemki”: „...Nie było w niej miejsca dla Polaków, sami  Żydzi, a byli to same dzieci rodzin resortowych”.... Ja wiem, że ten komentarz pisał jakiś pomyleniec – ale tego się w Polsce skutecznie nie gani.

Jednak książkę napisałaś w języku swojego dzieciństwa i młodości?

Nie myślałam, że ją napiszę. Ale stało się, faktycznie, po polsku. Może to kulminacja mego procesu nie bycia emigrantką, faktu, że mam w Ameryce ojczyznę? Napisałam ją również ku przestrodze innych. Polacy powinni wiedzieć o tym, co się z nami stało i jak się stało, o zbeszczeszczonym żydowskim cmentarzu w Łosicach.... Tylko wiedząc mogą się uporać z ksenofobią. A co do książki – mam teraz z nią poważny problem - muszę ją przetłumaczyć na angielski, by moje dorosłe dzieci i wnuki mogli ją przeczytać, bo polskiego przecież nie znają. W angielszczyźnie jestem o wiele mocniejsza niż w polszczyźnie. Przecież żyję i myślę po amerykańsku. Tam rozwijałam interesy w różnych branżach  - od elektronicznej w Dolinie Krzemowej, gdzie pisałam kody wewnętrzne chipów („dzięki temu stawały się one inteligentne”) po późniejsze projektowanie wnętrz sieci sklepów Armaniego, za co dostawałam liczne nagrody. A jeszcze później z sukcesem handlowałam z całym światem careryjskimi marmurami…

A teraz, jako swobodna emerytka, zostań reporterką… Piszesz, że przez lata całe, będąc nieustannie w światowych rozjazdach  biznesowych i nie tylko biznesowych, woziłaś w walizce kamienie, które zostawiałaś żydowskim obyczajem na grobach rodziny i przyjaciół. W dalszym ciągu wozisz je ze sobą?

Oczywiście. Za kilka dni znów jadę do Krakowa i zostawię je tam, gdzie powinnam, na grobie ukochanej cioci. Kamienie w odróżnieniu od kwiatów, nie umierają na grobach i są wiecznym dowodem pamięci od czasów Mojżeszowego wyjścia Żydów z niewoli egipskiej i ich wędrówki po pustyni.

Dziękuję za rozmowę; Wiesław Łuka

*„Zapiski z wygnania”, wyd. Austeria, Kraków-Budapeszt 2015

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl