Niedługo nie będziecie mieli co robić –prorokował nie tak dawno inspektor Mariusz Sokołowski, były rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji  w programie telewizyjnym „Świat się kręci” . Nie dopuścił cię do głosu, byś mógł mu zrewanżować się ripostą –więc teraz daję ci tę szansę...

Już niejeden rzecznik policji nam to przepowiadał.

Tymczasem na antenie jesteście prawie dwadzieścia lat, chyba tylko „ Sprawa dla reportera” Elżbiety Jaworowicz jest trochę starsza.

Ludzie nas oglądają i potrzebują, liczba – kiedyś listów – teraz telefonów oraz e-maili do redakcji z prośbą o pomoc w poszukiwaniach zaginionych wcale się nie zmniejsza. Mariusz Sokołowski, aktualnie wykładowca Uniwersytetu  Warszawskiego, chciał się pochwalić skutecznością działań swoich kolegów, a my ciągle słyszymy od zrozpaczonych, poszukujących rodzin, że policja jest opieszała, powołuje się na swoje biurokratyczne przepisy, działa rutynowo, często z niechęcią. Widzimy to podczas naszych kolejnych spotkań z rodzinami. Chcę jednak oddać także policji sprawiedliwość, że w przypadku zaginięć małych dzieci tylko policja odnosi sukces. Natomiast w innych kategoriach zaginięć czasami jest dużo gorzej.

Prowadzący wasz program, znany prezenter telewizyjny, Grzegorz Miśtal powiedział, że „ludzie szczęśliwi nie znikają” – czy ta efektownie brzmiąca sentencja jest prawdziwa?

W pewnym stopniu tak, ale my nie pomagamy ludziom szczęśliwym. Najczęściej zajmujemy się  przypadkami skrajnymi.  A te skrajne przypadki, to przeważnie ostre konflikty rodzinne, nie mniej ostre zaburzenia wewnętrzne samych znikających i wynikające z tego nie radzenie sobie z najprostszymi problemami dnia codziennego, choroby psychiczne, alkoholizm, akty przestępcze, a także zawody miłosne. 

Zanim zająłeś się poszukiwaniem zaginionych, wystartowałeś pod koniec lat osiemdziesiątych jako reportażysta  telewizyjny - jeden z pierwszych specjalistów od tego, co się zaczęło interesująco dziać za naszą wschodnią granicą w czasie tzw. pieriestrojki Michaiła Gorbaczowa.

Jako dziennikarz zadebiutowałem kilkoma publikacjami prasowymi. Potem ktoś mnie namówił, bym przyszedł do telewizji, w której – przyznaję - nigdy mnie nie kręciło występowanie indywidualne przed kamerą i gadanie do niej. Wolałem stać za nią lub obok. Znałem język rosyjski, historię Rosji i ówczesnego Związku Radzieckiego. Wschód zawsze mnie bardzo interesował, a kruszenie się totalitarnego systemu szczególnie. Ciągnęło mnie, by samemu sprawdzić to, co kiedyś opowiadał mi mój ojciec, który od 17 września 39 roku znalazł się w niewoli sowieckiej a potem z 2 Korpusem Władysława Andersa przeszedł cały jego szlak bojowy. Nic więc dziwnego, że z pasją w to wszedłem. W cyku audycji pod wspólnym tytułem Spojrzenia obserwowałem i rejestrowałem przemiany w krajach bloku wschodniego. Ale szczególnie zajęło mnie odkrywanie „białych plam” w historii stosunków polsko - sowieckich. Po raz pierwszy w telewizji w moim materiale dwaj historycy sowieccy Jurij Afanasjew i Jewgienij Ambarcumow, publicznie przyznali, że zbrodnia w Katyniu, to sprawa Stalina.

Co na to nasza cenzura, bo jesteśmy w roku 1987?

Zrobił się nie lada szum na Woronicza. Cenzura chciała tej fragment usunąć. Ale ówczesny prezes Radiokomitetu mnie wybronił. Po emisji tego reportażu otrzymaliśmy mnóstwo listów, a w ówczesnej Gazecie Krakowskiej ukazał się artykuł „Minko zdążył na czas”. Była też recenzja w Polityce. Wtedy jednak jeszcze chyba nikt nie myślał, że Imperium tak szybko się rozpadnie.

Nabieraliście odwagi?

Na pewno.  Zrobiliśmy sobie w Moskwie i poza nią sporo fantastycznych znajomości oraz kontaktów,  między innymi z Jurijem Szczekocichinem, Władimirem Abarinowem, dziennikarzami Literaturnoj Gaziety.  A dzięki nim z wybitnym historykiem Natanem Ejdelamnem. Można powiedzieć, że usadowiliśmy się w środku pieriestrojki. Jurij do tego stopnia naraził się władzy, że go zamordowano. A Wołodia musiał wybrać emigrację. Z Abarinowem dotarłem do osób, które opowiedziały nam o transportach z Kozielska do Smoleńska oraz o obozie w dawnym klasztorze na wyspie jeziora Seliger koło Ostaszkowa, w których przetrzymywano oficerów policji i KOP-u. O tym klasztorze opowiedział nam już starszy wiekiem miejscowy nauczyciel. Wszystko to opisał Wł. Abarinow w książce Oprawcy z Katynia. Mogę powiedzieć, że gdy parę lat potem Ryszard Kapuściński i Hugo Bader opisywali upadek Imperium, myślałem sobie: ja już wiele z tego poznałem.

Tymczasem zaczyna się twoja dwudziestoletnia historia poznawania i rejestrowania do kamery opowieści o zaginionych – pojawia się na antenie Jedynki  audycja „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – jak wpadłeś na ten pomysł?

Na początku lat dziewięćdziesiątych bardzo szybko nabierała rozpędu telewizja kablowa. Pomogła mi znajomość języka hiszpańskiego – na hiszpańskim kanale (odpowiadającym naszej Polonii) natknąłem się na program „? Qien sabe donde?” („ Kto wie gdzie?”). Program realizowany na żywo, mimo że dotyczył jednej tematyki, był fascynujący opowieściami o ludzkim losie, o tęsknocie i o tragicznych zaginięciach.

Skalkowałeś go?

Można tak powiedzieć. Pamiętam, jak koledzy z telewizji pukali się w czoła: zwariowałeś – słyszałem – kto ci się na to zgodzi? Natrafisz na gigantyczne trudności realizacyjne, wędrówki z kamerzystą, dźwiękowcem i oświetlaczem po kraju, kto to sfinansuje? Myślałem sobie: spoko -  przecież można się do tego jakoś przygotować. Miałem trochę szczęścia - niespodziewanie w Gazecie Wyborczej pojawił się, jak na zmówienie, reportaż Wojciecha Tochmana o zaginionych – tekst wzmocniony statystykami policyjnymi oraz opiniami lekarzy i psychologów z warszawskiego Instytutu Neurologii i Psychiatrii o narastającym problemie społecznym. Wszyscy dowiedzieliśmy się z niego, że rocznie ginie ponad 10 tys. ludzi. Zadzwoniłem do Tochmana i po rozmowie postanowiliśmy wspólnie podjąć starania o umieszczenie programu na antenie Jedynki.

Czy także dzięki jego spodziewanym walorom sensacyjnym?

Nie tylko. Przegadałem z Tochmanem możliwe aspekty i przyczyny zjawiska zaginięć. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało fałszywie, ale nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy robić coś pożyteczniejszego w telewizji, niż jeździć i rozmawiać z ludźmi jako ktoś, kto oferuje bezinteresowną pomoc w chwilach rodzinnych dramatów. Dlatego współpraca z nim w pierwszych latach istnienia programu przynosiła znakomite efekty.

Mówmy więc o tych etapach, bo efekty, jak pamiętam przyszyły szybko, „Ktokolwiek wie…” zbierało znakomite recenzje realizacyjne i opinie społeczne.   

Etapy - czytanie niezwykle bogatej ilościowo, a często również jakościowo korespondencji (e-mailowej jeszcze nie było w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych), prowadzenie rozmów telefonicznych z rodzinami, błyskawiczne wyczuwanie wagi poszczególnych spraw, opracowywania ich koncepcji realizacyjnej, działań dokumentacyjnych  w terenie i prowadzenia programu  w studiu na żywo. Od razu powiem, musieliśmy dokonywać wyboru – liczba spraw rosła, więc nie wszystko udawało się i udaje ogarnąć.

Kryterium atrakcyjności  dziennikarskiej – jak wiem z własnego reporterskiego doświadczenia – też musiało odgrywać ważną rolę?

I odgrywa. Część spraw się powtarza, ale my podchodzimy do każdej indywidualnie. Każdy poszukiwany i jego rodzina, to inna fabuła i inne motywacje; najdrobniejsze indywidualne różnice charakterologiczne i okoliczności są decydujące o mentalności, psychice, zachowaniu zaginionych oraz poszukujących.

Gdy przyjeżdżałeś z ekipą, na co rodzina była już telefonicznie przygotowana, to chyba nie miałeś reporterskich trudności „otwierania” rozmówców?

Różnie bywało. W wielu przypadkach ludzie po pokonaniu pierwszego stresu i zakończeniu dokumentacyjnej rozmowy przyznawali, że nie spodziewali się własnych oporów i trudności przed kamerą, które musieliśmy wspólnie pokonać.

Zdarzało ci się, że poszukujący wprowadzali cię nieopatrznie lub – co gorsza - świadomie w błąd tłumacząc się na przykład zapomnieniem pewnych istotnych szczegółów, pomyłką, czasami ukrywaniem albo zwyczajnym kłamstwem?

Wszystko się zdarzało, łącznie z drobnymi kłamstwami. Ale najczęściej podczas wstępnej rozmowy telefonicznej, jak każdy reportażysta ci powie, jak sam zapewne doświadczałeś, ludzie mówią dużo chętniej, bardziej otwarcie, a przed kamerą i mikrofonem często usztywniają się. To są powszechnie znane, twórcze bóle dziennikarzy. Ale wspólne pokonywanie tych blokad po wielu latach praktyki już nie sprawiało mi piramidalnych trudności. Często rodziny są zaskoczone moimi pytaniami, moimi uwagami dotyczącymi niby dotąd drobnych, nieistotnych dla nich „drobiazgów”, a dla mnie i dla przyczyn zaginięcia niezwykle ważnych. Często słyszę uwagi rozmówców: o, Boże, nigdy bym się tego nie spodziewał…, o, Matuchno jedyna, nigdy bym nie myślała, że to takie ważne…

Jakiś świeży przykład by się przydał…

Zadzwonił pewien mężczyzna z Warszawy z informacją o zaginięciu jego mamy, jak się okazało chorej na Alzheimera. Wyszła przed blok wyrzucić śmieci i przepadła. Pytam, co mogła zrobić lub co lubiła robić. Jeździć autobusami. Przystanek jest daleko? Pod domem. Numery autobusów i w jakich kierunkach jadą? Podał. Natychmiast wrzuciłem to na profil programu na Facebooku i po kilkudziesięciu minutach zgłosiły się dwie dziewczyny, które w jednym z tych autobusów spotkały poszukiwaną panią. Z doświadczenia wiem, że osoby chore na Alzheimera zachowują się normalnie, a do osób, które się im przyglądają, serdecznie się uśmiechają. Poza tym potrafią iść pieszo aż do totalnego zmęczenia. Po tym wiedzieliśmy, że pani dotarła na końcowy przystanek na obrzeżach Warszawy. To już było coś. Wszystkie informacje natychmiast wrzucałem na profil. Po 1 w nocy zgłosili się młodzi ludzie z pytaniem czy mogą pomóc szukać, mają skutery i mogą w okolicach pętli tego autobusu się pokręcić. Po godzinie wrócili z niczym. Ale policja już wiedziała, że należy nasilić poszukiwania w tamtej okolicy. Udało się panią odnaleźć pod wieczór następnego dnia, żywą, zdrową fizycznie, trochę odwodnioną.

Psychologia mówi, że im więcej czasu upływa od zniknięcia, tym trudniej nieszczęśnikom wrócić do rodziny, albo dać się odnaleźć, albo przynajmniej zadzwonić…

Tak jest. Ale przeżywałem różne zaskoczenia. Odnajdujemy poszukiwaną osobę z pomocą profilu w Internecie, wiemy gdzie jest i prosimy by się odezwała, zadzwoniła do rodziny, która przeżywa horror. I co? I nic. Wiele razy rozmawiałem z ojcem, matką zaginionej osoby, a oni długo się zastanawiali, dlaczego odnalezieni - syn czy córka nie odezwali się do rodziców. Bardzo ich to bolało i pewnie do dzisiaj boli. A odnaleziona osoba jest dorosła, zgodnie z prawem może robić co chce, nawet nie odzywać się do najbliższych.

Jedni poszukujący sami proszą o rozmowę, innych trzeba zachęcać lub nawet zmuszać do rozmowy z reportażystą – jedni są szczerzy i prawdomówni, inni kręcą i wpędzają dziennikarza „w maliny”. Jak często cię wpędzano?

 Nie przypominam sobie, bym się dał wrobić. Ale trudności sprawiają, zwłaszcza przez pierwsze godziny rozmowy wstępnej, zanim jeszcze padała komenda – gramy! Na przykład – kiedyś bardziej, dzisiaj już mniej, ale jednak wstydzą się ludzie swoich wychowawczych porażek. Wstydzą się biedy a raczej niedostatku. Czasami boją się, że będą musieli za udział w programie zapłacić. Kiedy sprawa się wyjaśnia, że nasza praca na ich rzecz jest całkowicie bezpłatna, wyraźnie słychać, jak kamień spada im z serca, a język się rozwiązuje. Zdarza się, że rodzina zgłasza wobec siebie wzajemnie pretensje, żale. Wtedy trochę głupio się czuję, bo zdarza mi się łagodzić te konflikty. Szczególnie wtedy, gdy od zaginięcia upłynął już jakiś czas.

Ale chyba bywa też, że ludzie odkrywają w sobie  cieplejsze uczucia?

Tak jest. Ale przeżywałem różne zaskoczenia. Inna sprawa: dwie maleńkie siostry, Żydówki z okolic Lwowa, zostały oddane przez rodziców  „na przechowanie” dwóm znajomym, polskim rodzinom, na początku hitlerowskiej inwazji na Związek Sowiecki. Rodzice tymczasem uciekli na Wschód, skąd nigdy nie wrócili. Siostry przez długie lata PRL dorastały i żyły prawie obok siebie na Śląsku nie wiedząc nic o swoim istnieniu, jak również przez wiele lat o własnym pochodzeniu. Jedna z nich opuściła Polską w 1968 roku. „Przyszywana” siostra tej, która żyła w Polsce, po latach  podjęła próbę odnalezienia tamtej. Napisała do naszej redakcji list. Dość szybko odnalazłem tę kobietę, która wyjechała na Zachód. Gdy do niej zadzwoniłem z prośbą o rozmowę - odpowiedziała dość ostrym tonem: Nie mam czasu. Za chwilę ujawniłem powód mego telefonu: Pani siostra z Polski panią szuka. Usłyszałem po nieco dłuższym milczeniu: Mam czas, mogę rozmawiać… Zorganizowałem siostrom spotkanie zapoznawcze… Ich obfite łzy szczęścia przed kamerami, podczas audycji „Ktokolwiek…” były wielką zapłatą za sukces.

Jak się zmieniają statystyki zniknięć i zaginięć?

Gdy zaczynaliśmy pracę w redakcji, notowaliśmy ich trochę więcej niż 10 tys. rocznie. Teraz notujemy ponad 21 tysięcy. Kiedyś było około tysiąca rocznie spraw nierozwiązanych, teraz ta liczba zmniejszyła się o połowę. Jest sporo innych danych statystycznych, ale powiem o jednym, nasilającym się zjawisku: kiedyś było więcej zaginięć dzieci, teraz jest ich coraz mniej i coraz skuteczniejsze są ich poszukiwania. Natomiast rośnie liczba porwań rodzicielskich dzieci. Bardzo rzadko się tym zajmujemy, bo to faktycznie sprawa dla sądów rodzinnych a nie dla programu telewizyjnego.

Dwadzieścia lat szukasz „uciekinierów”,  ofiar porwań, chorób  i przestępstw; jedne przyczyny zaginięć są i pozostaną tajemnicze, zależne nie wiadomo od czego i kogo; ale dużo jest zależnych od…właśnie, od czego i kogo?

Od nas samych i od tego, że na przykład w rodzinach ludzie ze sobą nie rozmawiają. Gdy pytam banalnie tych, którzy szukają u mnie pomocy, dlaczego nie rozmawialiście ze sobą – słyszę odpowiedź: nie wiemy dlaczego.    

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl