Rozśmieszyła Pana okładka najnowszego numeru francuskiego magazynu satyrycznego „Charlie Hebdo” komentująca zamach terrorystyczny w Paryżu?

Nie, nie rozśmieszyła, ale też specjalnie nie wprawiła w niesmak. Pierwszy komentarz, jaki napisałem na temat zamachu w Paryżu, związany był z podobną, ale chyba głębszą refleksją. O tym, że dżihadyści uderzyli w zachodni styl życia, w to, z czym kojarzy się piątek wieczór: z beztroską, z chodzeniem z rodziną, ze znajomymi do restauracji, kawiarni, na mecze, na koncerty. Jak rozumiem satyra „Charlie Hebdo” jest ubogą wersją tego, co mi przyszło do głowy w związku z zamachami. Uboga wersja, bo „Charlie Hebdo” nie podoba mi się graficznie, nie podoba mi się ten typ humoru.

Opiszę: pijak podziurawiony kulami tańczy i popija szampana. Napis krzyczy: "Oni mają broń. J***bać ich. My mamy szampana!". Czy satyrycy pisma nie zachowali się, jak pasażerowie Titanica?

Zachowali się. Ale myślę, że tak to trochę jest w zderzeniu z czymś, co przekracza dotychczasowe wyobrażenia - z nowym, przerażającym rodzajem terroryzmu. Każdy kolejny zamach jest symboliczny i przekracza kolejne granice. Jednym ze sposobów radzenia sobie z tym jest humor. A czy on jest czarny, czy wysokich lotów, to inna sprawa. Nie potępiam tego. Mnie interesuje, jak świat ma sobie radzić z zamachami, bo zapewne za chwilę będą one jeszcze bardziej wyrafinowane, bardziej symboliczne, jeszcze bardziej przerażające.

To jest komentarz satyryków. Ale jak dziennikarze powinni na żywo relacjonować tak dramatyczne wydarzenia? Podczas szturmu na zajętą przez terrorystów salę koncertową Bataclan policja zaapelowała do telewizji, aby nie transmitowały akcji na wypadek, gdyby TV oglądali terroryści.

Powinni relacjonować rzetelnie, ale i rozsądnie. Nie widzę żadnych powodów – ani etycznych, ani związanych z warsztatem  dziennikarskim - dla których nie można by było na chwilę przesunąć kamerę w inną stronę, aby nie pokazywać szczegółów akcji antyterrorystycznej. Mamy informować rzetelnie, ale to nie znaczy, że mamy kamerę stawiać tak, aby pokazywać wszystko, co się dzieje, także tajne sprawy. Przesunięcie czasowe relacji o minutę czy dwie nie ma żadnego znaczenia. Chodzi o to, żeby wyciągnąć sedno. Zresztą jak się chce wszystko obserwować z sekundy na sekundę, to obraz jest złudny. Dostrzega się bowiem jakiś jeden mały element, ale nie widzi się nawet jednego w miarę logicznego obrazka. Nie mówiąc o całości, której nie widzi się nawet po kilku dniach. Nie widzę więc żadnego powodu, aby dziennikarz nie mógł na chwile się zastanowić, przerwać przyglądanie się pracy ludzi, którzy walczą o życie innych.

A nie ma też potrzeby wyłączenia po prostu na chwilę kamer? Aby uniknąć instruktażu dla terrorystów, którzy także oglądają telewizję. Mają stały kontakt ze sobą.

Mają taki kontakt i rzeczywiście mogą z tego korzystać. Dziennikarze muszą się z tym liczyć. Ale czy można wyłączyć wszystkie kamery, smartfony, telefony komórkowe, tablety, które także nagrywają, a obraz trafia do Internetu? Całkowite odcięcie od obrazu, który mógłby posłużyć terrorystom jest szalenie trudny. Ale skoro pyta mnie pan o to, jako dziennikarza zawodowej redakcji, to odpowiem, że lepiej na chwilę odciąć nadawanie, żeby pozwolić służbom antyterrorystycznym  bezpiecznie odbić zakładników.

Tak, pytam, bo pamiętam paraliżujący strach turysty, który w marcu – podczas napadu terrorystycznego na Muzeum Narodowe w Bardo, w Tunisie - ukrył się w szafie i relacjonował przez telefon. Podawał swoja lokalizację.

Być może uznał, że warto podać lokalizację, bo go uwolnią. Z drugiej strony nigdy nie wiadomo, czy terroryści nie będą szybsi. Niestety, ostatnio mamy wiele dowodów na to, że terroryści znakomicie sobie radzą, uciekają tysiącom policjantów, jak mózg operacji w Paryżu, który zniknął.

Czy miał Pan kiedykolwiek dylemat: relacjonować czy nie?

Nie miałem, bo nie jestem kamerzystą, nie nadawałem na żywo. Jako dziennikarz piszący, robiący zdjęcia zawsze miałem czas, aby się zastanowić, co jest ważne dla opisania wydarzenia, a z drugiej strony, aby komuś nie zaszkodzić podając nazwisko. Zdarzało mi się podczas rewolucji arabskich stykać z ludźmi, którzy uznali, że nagle wszystko można mówić, bo właśnie upada dyktator i wydawało się, że nigdy nie wróci. Wcześniej ci ludzie nigdy nie odważyliby się zaprotestować czy krytykować, a tu nagle zaczęli krzyczeć o obalanym prezydencie: pies, złodziej, bandyta. Mówili rzeczy, które mogłyby im zaszkodzić, gdyby dyktator wrócił do władzy. Stawiałem sobie pytanie, czy to jest ważne, aby czytelnik „Rzeczpospolitej” dowiedział się, jakie jest ich prawdziwe nazwisko czy nie wystarczy zidentyfikować go jedynie jako trzydziestoparoletniego mieszkańca jakiejś miejscowości. Czy to coś zmienia? Dochodziłem do wniosku, że w zupełności wystarczy forma opisowa, bo jest ryzyko, że dyktator wróci do władzy i jego reżim zacznie przeczesywać Internet. Oczywiście teksty w języku polskim są mniejszym zagrożeniem dla tych ludzi, ale zdarzają się tłumaczenia angielskie. Ambasady krajów arabskich, które działały u nas w czasach rewolucji, zajmowały się także tym, co mówią ich obywatele polskim dziennikarzom. Co prawda te ambasady potem zazwyczaj przechodziły na stronę rewolucjonistów, ale nie musiało się tak wydarzyć. Ryzyko było.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl