Z Wojciechem Sumlińskim o zarzucanym mu przez „Newsweek” plagiacie rozmawia Błażej Torański.

Od piątku „Newsweek” zarzuca Wojciechowi Sumlińskiemu przepisanie w książce o Bronisławie Komorowskim fragmentów światowych bestellerów Larssona, Chandlera MacLeana.

Czytał Pan powieść kryminalną Stiega Larssona „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”?

Tak, czytałem też Alistaira MacLeana, Raymonda Chandlera. Wiem, do czego zmierza pytanie. Znam oskarżenia „Newsweeka” o plagiat na tych autorach. Mogę powiedzieć, że wszystkie fakty, które opisuję w swoich książkach są stuprocentowo prawdziwe. Na wszystko mam dowody. Nie wymyśliłem ich. A różnica pomiędzy konwencją czy inspiracją, dotyczącą zresztą około jednej tysięcznej całości tekstu, a „przepisywaniem kryminałów” - jak to określił Newsweek - jest gigantyczna - to całe lata świetlne różnic i autor kłamliwego tekstu o mnie doskonale o tym wie, a mimo to napisał, co napisał.

Zagląda Pan od piątku na stronę internetową „Newsweeka”, gdzie czytelnicy wyszukują fragmentów kryminałów i sensacji, które Pan wykorzystał w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”?

Oczywiście znam treść oszczerczego materiału o mnie, ale mam ciekawsze zajęcia, aniżeli zaglądanie na stronę internetową „Newsweeka”. Gardzę oszczercami, jak niektórzy redaktorzy „Newsweeka” i  podam ich do sądu, niech sąd rozstrzygnie, gdzie jest granica inspiracji i plagiatu. To jest podły tekst tygodnika Tomasza Lisa.

Ale gdzie jest ta granica między inspiracją a plagiatem? Codziennie „Newsweek” dokłada kolejne cytaty z klasyków światowych bestsellerów łudząco podobne do tego, co Pan napisał.

Jestem niemal pewny – a konsultowałem to z dwoma prawnikami – że tej granicy nie naruszyłem. Jestem bardzo ciekaw, jak „Newsweek” udowodni w sądzie, że przepisuję kryminały, skoro na osiemset stron wspomnianych publikacji, zaledwie niespełna jedna strona – jakby to zebrać do kupy – wykazuje podobieństwo. Na zasadzie konwencji dokonałem jedynie muśnięcia tej literatury i co ciekawe, wielokrotnie informowałem przecież o tym jawnie i publicznie, że w niektórych miejscach marginalnie i śladowo nawiązuję do klasyki kryminału z tą różnicą, że piszę o faktach i wyłącznie faktach. Nigdy tego nie kryłem, a teraz panowie z Newsweeka krzyczą: „sensacja”. To góra, która zrodziła mysz. Rozumiem, że skoro nie udało się podważyć mojej wiarygodności procesami karnymi, które wygrywam wszystkie, jeden po drugim, to spróbowano z innej strony. „Podważ wiarygodność człowieka, a tym samym podważysz to, co on robił” – to stara metoda niszczenia ludzi do perfekcji opracowana przez służby tajne. Robiono to już wiele razy.    

3 grudnia 2006 roku Ustka zalegała pod zwałami śniegu, a powietrze było przejrzyste i lodowate, jak Pan pisze?

Tak było.

Bo wie Pan, dokładnie tak samo Stieg Larsson opisuje miejscowość Hedestadt: „w nocy napadało bardzo dużo śniegu, ale rano niebo się wypogodziło i wysiadającego z pociągu Mikaela uderzyło przejrzyste i lodowate powietrze”.

Mamy rozmawiać o pogodzie? Czy to jest meritum mojej książki, która dotyczy przestępstw – powtarzam: bardzo poważnych przestępstw! - Bronisława Komorowskiego et consortes? Dlaczego Newsweek o to nie zapyta? Powtarzam: w moich książkach ani jedno wydarzenie, ani jedna sytuacja nie są fikcją.

Podobno czytelnicy „Newsweeka” sprawdzili przez Polską Agencję Prasową prognozę pogody. Na początku grudnia 2006 roku nad polskim morzem było ciepło. Temperatury dochodziły do 5 stopni Celcjusza, nie padał śnieg.

Niezłe. A sprawdzili może fakty, które dotyczą Komorowskiego i jego przestępczych pomagierów? W książce podaję tych faktów bez liku. Proszę napisać, że gardzę Tomaszem Lisem i tym, co zrobił jego tygodnik. Sąd oceni, czy przekroczyłem granice inspiracji. Dziesiątki razy czytałem książki klasyków - Larssona, Chandlera MacLeana - i wiele scen funkcjonuje u mnie na zasadzie przyswojonych obrazów, fraz. Dodatkowo w kilkunastu stacjach radiowych i telewizyjnych, na spotkaniach, w wystąpieniach publicznych mówiłem wprost, że w swej książce nawiązuję do klimatu powieści klasyków. Powtórzę raz jeszcze: różnica jest taka, że ja podaję fakty. Gdybym choć jednego wydarzenia, które opisuję, nie potrafił udowodnić, dawno temu rozerwano by mnie na strzępy. Miałbym dziesiątki procesów wytaczanych przez tych ludzi, a akurat z tej strony nie mam ani jednego. Jestem jedynym dziennikarzem w Polsce, który w formie tak negatywnej, pokazując ich mroczną stronę, pisze o najważniejszych politykach w państwie przedstawiając ich z imienia i nazwiska, w konkretnych sytuacjach, umiejscowionych w konkretnym miejscu i czasie. Piszę o tym, że popełniają przestępstwa. Wiem, czym jest pokora i nigdy o tym nie zapomnę, ale powiem wprost: nie znajdzie pan drugiego dziennikarza w Polsce, który pokazywałby przestępstwa czy sytuacje para przestępcze, sytuacje tak szokujące z udziałem prezydenta Komorowskiego, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bondaryka, przewodniczącego Sejmowej Komisji ds. służb specjalnych Grasia czy oficerów ABW lub WSI, nie znajdzie pan dziennikarza, który pokazywałby takie fakty z udziałem takich osób, który wskazywałby konkretne zdarzenia i fakty. Inni dziennikarze dla swojego bezpieczeństwa chowają takie postaci, zmieniają ich nazwiska, nadają im pseudonimy, używają formuły, że wydarzyło się coś, gdzieś, kiedyś i dotyczy kogoś. Ja od zawsze piszę wprost. Jeśli pan znajdzie drugiego dziennikarza, który tak wprost jak ja, pisał w III RP o przestępstwach urzędujących, najważniejszych - i co istotne, konkretnych - osób w państwie, stawiam panu skrzynkę najlepszego trunku.

Dziękuję. Nie piję. Czyli te wspólne, takie sam frazy, to jest zabieg literacki? Konwencja?

Dokładnie tak. Pewnego rodzaju konwencja. W ciągu najbliższych dni składam pozew przeciwko „Newsweekowi”. Jeśli sąd podważy moją 800-stronicową pracę w oparciu o zarzut podobieństwa, które można zmieścić na jednej stronie, to byłoby to osiągnięcie na miarę wylądowania Amerykanów na Marsie. Będę walczył. Nie poddam się. Nie tacy jak Tomasz Lis i jego kompania próbowali mnie złamać. Od ośmiu lat wygrywam wszystkie procesy albo sprawy są umarzane. Wierzę, że nie przegram i tej.

Ale Pan Bóg jest sprawiedliwy. Newsweek zrobił Panu niesłychaną reklamę. Książka „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” jest w czołówce najlepiej sprzedających się w empiku.

Powiem ironicznie: serdecznie dziękuję za taką reklamę. Wolałbym jej nie mieć. Ale jeśli „lisi tygodnik”, dla mnie kierowany nie tyle przez dziennikarza, co propagandystę, atakuje mnie tak potężnymi nabojami na zasadzie strzelania z armaty do muchy, to ciąg dalszy tej batalii będzie toczyć się w sądzie. Przez ostatnich osiem lat nauczyłem się, że choćby nie wiadomo, co się wydarzyło, nigdy, przenigdy, milion razy nigdy nie wolno się poddawać. Jest taka granica strachu, po której się spokój zaczyna. Ja przekroczyłem ją dawno temu i dlatego będę dalej szedł swoją drogą, do samego końca – mojego albo tych pogrobowców III RP.  


 

 




 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl