Andrzej Kaczmarczyk: Pierwotnie „Rozstrzelany zegarek” miał być zapisem czegoś w rodzaju dziennikarskiego śledztwa, które miało doprowadzić do wyjaśnienia kim jest ofiara masowej egzekucji na terenie białostockiego aresztu. Przy szkielecie zaleziono złoty zegarek z grawerunkiem. Do dnia premiery reportażu w 2014 udało się jedynie ustalić, ze ofiarą nie jest pierwotny właściciel zegarka. Czy dziś wiadomo coś więcej?

 

Agnieszka Czarkowska: Nadal prowadzone jest śledztwo IPN, ale na razie nie doprowadziło do wyjaśnienia tej zagadki. Wiem, że są jakieś nowe tropy. Na razie oficjalnie IPN niczego nie ujawnia, ale też jest zapowiedź prokuratora, że prawdopodobnie sprawa tej jamy egzekucyjnej oraz odkrytych tam szczątków będzie wyjaśniona. Tych jam jest tam wiele. Na tyłach białostockiego aresztu śledczego, w dawnym ogrodzie przywięziennym, ekshumowano szczątki blisko 400 osób. Na pewno są to ofiary okupacji niemieckiej oraz z czasów stalinowskich.

 

Pierwotnie reportaż miał być śledztwem dziennikarskim…

… pierwotnie reportaż miał wyjaśnić kto zginął z tym zegarkiem. Ustaliłam, że na pewno nie jest to właściciel zegarka czyli Feliks Filipowicz. Natomiast nie padła odpowiedź kto z tym zegarkiem zginął.

 

Ostatecznie wyszedł reportaż będący – tak ja to odebrałem – opowieścią o tym jak łatwo ginie pamięć po niegdyś znanych ludziach, zwłaszcza gdy życie społeczności w której żyli zostało gwałtownie zmienione przez wichry historii, które rozrzuciły tych ludzi po całym świecie. Czy taki artystyczny reportaż może cieszyć się szerszym zainteresowaniem?

Nie mam żadnych narzędzi, żeby zbadać ilu miał słuchaczy. Mogę jedynie powiedzieć, że ludzie, z którymi mam kontakt, przyjęli go bardzo dobrze. Także osoby, których nie znam pofatygowały się, że mi podziękować, ale to oczywiście może nie być reprezentatywne. Generalnie kieruję się tym, że jeżeli mnie sprawa interesuje i wciąga, to zapewne znajdą się słuchacze o podobnej wrażliwości, których to też zainteresuje. Nie mogąc ustalić kim była ofiara z zegarkiem byłam bliska zrezygnowania z robienia tego reportażu. Dopiero przypadkowe odkrycie, że Maria Filipowicz, ostatnia osoba z rodziny, która żyła i zmarła w Białymstoku, i która być może mogła pomóc wyjaśnić zagadkę była przez kilka lat moją sąsiadką... To zdecydowało, że ukończyłam reportaż, a moje rozmijanie się z Marią Filipowicz będzie jego zakończeniem.

 

Śledztwo bez sukcesu…

Dla mnie ta audycja była o poszukiwaniu, które pozornie do niczego nie prowadzi, ale jednak udało mi się w jakimś stopniu przywrócić pamięć o zapomnianym Feliksie Filipowiczu, aptekarzu, działaczu niepodległościowym, pierwszym prezesie Rady Miejskiej po roku 1918. Jeden z historyków lokalnych zajął się badaniem źródeł dotyczących Filipowicza i w tym roku ukaże się, mam nadzieję, duży tekst na temat jego całej działalności, ale i ciekawego życia prywatnego.

 

Jak jest sytuacja reportażystów w Białymstoku? Z tego co wiem to redakcje reportażu istnieją tylko w Polskim Radiu i Radiu Lublin.

W Radiu Białystok też. Sama redakcja liczy cztery osoby, ale reportaże robią też dziennikarze, którzy pracują w redakcjach informacji czy publicystyki. Emitujemy reportaże pięć razy w tygodniu o 11.15 i powtarzamy o 22.30. Naszych białostockich premier jest 12 – 14 miesięcznie. Reszta to reportaże z innych rozgłośni i czasami powtórki. Oczywiście nie wszystkie premiery to reportaże artystyczne. Niektóre są małymi formami dającymi się przygotować dużo szybciej niż „Rozstrzelany zegarek”, na który poświęciłam pół roku. Mamy dużo reportaży dotyczących najnowszej historii. Dokumentujemy na przykład zsyłki na Syberię i „żołnierzy wyklętych”. Robimy też oczywiście reportaże interwencyjne.

 

Czy wszyscy dziennikarze redakcji reportażu są etatowymi pracownikami radia?

Tak. U nas w radiu w ogóle nie ma osób na śmieciówkach, a obowiązkiem tej czwórki w redakcji reportażu jest wyłącznie zajmowanie się tą formą dziennikarstwa.

 

A jak wygląda regionalny rynek dziennikarski?

Radio publiczne z etatami jest pozytywną enklawą. Co do prasy to mamy lokalny oddział „Gazety Wyborczej” oraz regionalne dzienniki „Kurier Poranny” i „Gazetę Współczesną”. Obie ostatnie gazety należą, jak większość prasy regionalnej w Polsce, do niemieckiego koncernu Passau i jest tam coraz mniej dziennikarzy z dużym stażem. Ci z większym doświadczeniem w dużym stopniu zmienili pracę. Zostali albo rzecznikami prasowymi albo pracują w public relations. Jest oczywiście jeszcze publiczna telewizja. Tu sytuacja jest podobna jak w całym kraju. Większość dziennikarzy została wyleasingowana.

 

Jakoś smutno się zrobiło, więc kończmy. Jeszcze raz gratuluje nagrody, a przede wszystkim gratuluje bardzo dobrego reportażu.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl