Z Piotrem Gursztynem, dyrektorem TVP Historia, rozmawia Błażej Torański.

Czy kłamstwa, nawet najbardziej historyczne, zawsze wychodzą na jaw?

 

Wcześniej czy później tak. Oczywiście są takie kraje, jak Rosja, w których władza dba o to, aby ważne fakty blokować, ale i tam z pewnym opóźnieniem wychodzą one na jaw. Polska jest w innej sytuacji. U nas debata, mimo patologicznych sytuacji, toczy się i przypudrować prawdy się nie da.

 

Blaga się nie opłaca?

To są różne poziomy. Wiadomo, że jest i propaganda. Na poziomie politycznym fałszowanie historii być może się opłaca. W wymiarze naukowym nie da się blagi zbyt długo chować.

A Tomasz Lis powiada, że „chryja z teczkami tylko wzmocni legendę Wałęsy”.

Są ludzie, którzy całkiem wiele przeczytali, jak Tomasz Lis, ale niewiele rozumieją z historii. Moja prywatna hipoteza jest taka, że legenda Wałęsy się nie utrzyma. Z racji pełnionych przeze mnie teraz obowiązków, ale i wcześniej się temu przyglądałem, obserwowałem pola społecznej, oddolnej aktywności. Czym interesują się samorządy,

stowarzyszenia, autorzy książek i filmów.  Są tematy historyczne, które można uznać za modne, ale nie ma wśród nich Lecha Wałęsy. Nie ma on swoich autentycznych, bezinteresownych miłośników.

Uczniowie szkół czy lokalne stowarzyszenia z pietyzmem zajmują się na przykład Żołnierzami Wyklętymi/Niezłomnymi, ale kółek miłośników Lecha Wałęsy nie widać.

Działacz związkowy jest oczywiście mniej malowniczy od żołnierzy. Zastosowałbym inne porównanie: jest pewien ruch oddolny odnajdywania wśród społeczności lokalnych zapomnianych działaczy „Solidarności”. Takich, o których zapomniała historia, którzy w transformacji  nie wykorzystali swoich opozycyjnych dokonań. Robi się o nich wystawy, pisze książki i reportaże, kręci filmy.

Patronami ulic stają się tacy ludzie, jak Anna Walentynowicz. W Łodzi są ulice Grzegorza Palki czy Andrzeja Kerna.

To jest trochę zła miarka, bo żeby bohaterom budować pomniki musi upłynąć trochę czasu. Możemy prognozować, co będzie w przyszłości. Podejrzewam, że Lech Wałęsa nie będzie w tej mierze preferowany. Mam porównanie. W latach 1945–47 Stanisław Mikołajczyk był bożyszczem Polaków marzących o niepodległości, a po latach jego legenda nie przetrwała. Z Lechem Wałęsą sytuacja jest analogiczna. W latach 80. – powiem to bez zgryźliwości – był on legendarnym przywódcą. Ale wydaje mi się, że ta legenda nie przetrwa.

Pyły po tumulcie „teczek Kiszczaka” opadają. Będzie pan w TVP Historia  reagować doraźnie na ujawnianie nowych dokumentów czy postawi na ocenę z dystansu, bez emocji?

Z racji charakteru anteny bardziej odpowiada mi drugie podejście. Oczywiście mamy program publicystyczny, w którym odnosimy się do tych wydarzeń na bieżąco, ale uważam, że emocje w debacie są najmniej potrzebne, bo zamulają, a nie ułatwiają dojścia do prawdy.

Nie będzie pan stosować cenzury? Przemilczać sprawy Jerzego Zelnika, nagłaśniać „Bolka”?

Mam podstawowe kryteria: temat jest albo nie jest ciekawy. Ważny albo nie. Zrobiony dobrze lub źle.

Emituje pan już „pułkowników III RP”, filmy dokumentalne. Czy znajdzie się też miejsce dla fabuły? Dla „Pileckiego” czy „Historii Roja”?

Pokazujemy filmy fabularne. W środę wyemitowaliśmy „Rewers” Borysa Lankosza, sarkastyczne ujęcie czasów stalinowskich. Wcześniej był obraz Waldemara Krzystka „80 milionów” o tym, jak działacze „Solidarności” próbują wypłacić z banku 80 milionów złotych, zanim Służby Bezpieczeństwa zablokują konta opozycjonistów. „Historia Roja” z racji praw autorskich wejdzie na ekrany telewizji zapewne za kilka lat. Ale puszczamy te filmy i będziemy to robić.  

Nie zamierza pan kopiować zagranicznych kanałów historycznych, bo uznaje to za wtórne i ryzykowne. W jakim kierunku rozwinie się więc pana własny model kanału historycznego?

Chciałbym, aby to był żywy kanał, który reaguje na pasje historyczne Polaków. Widzę miejsce dla wszelkiego rodzaju debat, sporów wokół bieżących wydarzeń związanych z historią, ale i rocznic. W tym roku mamy wyjątkowo wiele okrągłych rocznic: zamach majowy, powstanie KOR–u, wydarzenia poznańskie, rewolucja węgierska, pogrom kielecki, wydarzenia w Radomiu. Ważna jest rola edukacyjna, ale nadal wiele z tych rocznic budzi emocje i spory. Chcemy w nich uczestniczyć, albo co najmniej je relacjonować.

Codziennie spotyka się pan z twórcami, autorami filmów i reportaży. Jakie maja propozycje? Dominuje w nich historia XX wieku? Opowieści o PRL–u?

PRL, druga wojna światowa – tak. Wynika to z bardzo oczywistych powodów: łatwiej zrealizować takie materiały z powodów finansowych i technicznych. Łatwiej o materiały filmowe, fotografie.

Jest pan dyrektorem od ponad dwóch miesięcy. Czy TVP Historia jest już miejscem wolnej, nieskrępowanej debaty historycznej?

Chciałbym, żeby tak było, ale cezurą jest ramówka wiosenna, która weszła od 1 marca. Jest już program Nowe Ateny, w którym starło się pięciu dyskutantów na temat żołnierzy wyklętych. Odpowiadali na pytanie, czy byli to bohaterowie, czy bandyci. Liczyłem, że bardziej się pokłócą, ale w kilku punktach doszli do wspólnych wniosków. Kolejny odcinek będzie o Lechu Wałęsie, o tym, jak go oceni historia. Za tydzień będą uroczystości w Markowej na Podkarpaciu, w rodzinnej wsi Ulmów, gdzie otwarte zostanie Muzeum Polaków Ratujących Żydów, pierwsze takie miejsce w Polsce. Będzie to naturalna okazja do rozmowy o relacjach polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej.

Czy eksplozja zainteresowania historią – co widać zwłaszcza po świetnie sprzedających się magazynach historycznych – przekłada się na telewizję? TVP Historia ma już wielką widownię?

Zainteresowanie jest, ale widz jest także wymagający. To muszą być dobre i nowe dokumenty. A mamy ograniczone możliwości finansowe. Gdybym miał większe pieniądze mógłbym każdego dnia prezentować premierę nowego dokumentu. Tak nie jest. Widz zauważa jednak zmiany. Kilka nowych filmów – o złotym pociągu, o historii higieny,  o kwaterze „Ł”, o Trzeciej Rzeszy – miały bardzo dobrą oglądalność.

Kiedy wreszcie zakończy się w Polsce czas oskarżeń narodu polskiego?

Nikomu nie można zabronić głoszenia swoich racji, nawet, jeśli są nieprawdziwe. Ale to się zmienia. Podam przykład. W latach 90. co roku 1 sierpnia „Gazeta Wyborcza” pisywała wyłącznie z złych stronach Powstania Warszawskiego. Kilka lat temu przestała. Chyba to środowisko zauważyło, że nie ma sensu kopać się z koniem, czyli z potężnym kultem Powstania Warszawskiego. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi są dumni z bohaterów. Ktoś uznał, że walka z tym fenomenem może być tylko przegrana.

Jest jeszcze jedno, nie odnotowane szerzej zjawisko. Postpeerelowska lewica z wielką zajadłością walczy nadal z pamięcią żołnierzy powstania antykomunistycznego 1944–56, ale młodsi przedstawiciele tej lewicy są już zróżnicowani. Wskazują pozytywne postaci, które należy czcić i potępiają tych, których – słusznie lub nie – oceniają negatywnie. Młodsi widzą szerzej aniżeli ich starsi towarzysze. Uznali, że frontalny atak jest walką przegraną. Że należy z tej tradycji coś wziąć, a coś odrzucić. Nawiązując do początku naszej rozmowy: blaga w historii się nie obroni. Trudno dezawuować szlachetnych ludzi i zjawiska.

 







 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl