Z Maciejem Orłosiem o przyczynach odejścia z „Teleexpressu” i nowym programie w Wirtualnej Polsce rozmawia Błażej Torański.

Nie ma Pana w „Teleexpressie” od trzech miesięcy. Czy ludzie jeszcze rozpoznają Pana na ulicy?

(śmiech). Tak, oczywiście. Tak szybko się nie znika z głów ludzi. Teraz nawet częściej do mnie podchodzą, niż kiedyś i pytają: dlaczego mnie tam już nie ma?

Czują się przez Pana opuszczeni?

Dostaję i takie sygnały, że szkoda, iż tak się stało. Najczęściej mam takie sygnały na Facebooku.

Co Pan im odpowiada?

Że różnie bywa w życiu. Że czasami trzeba podjąć decyzję z żalem, bo w moim przypadku było to 25 lat, kawał czasu. To nie była łatwa decyzja, ale czułem, że muszę ją podjąć.

Tłumaczył Pan w „Newsweeku”, że „Teleexpress” przestał być „oazą wolności”, kiedy kierowanie nim przejął Klaudiusz Pobudzin. Czym Pana zniechęcił?

Sytuacja nie jest czarno–biała. To nie tak, że odszedłem z tego powodu, że przyszedł Klaudiusz Pobudzin. Nic takiego. Decyzję podjąłem wcześniej. Dojrzewałem do niej kilkanaście tygodni.

O atmosferze w TVP mówił Pan tak: „Ludzie nie ufają sobie wzajemnie (…) Zaczynamy mówić przyciszonymi głosami, boimy się rozmawiać przez telefon”. O Boże, jak w „Procesie” Kafki, Panie Macieju. Czy Pan sobie nie żartował? Nie wszedł Pan w nową rolę aktorską?

No tak, trudno w to uwierzyć komuś, kto w tym nie uczestniczy. Czasem przypominały mi się lata 80., kiedy działałem w konspiracji. Musiałem się wtedy rozejrzeć, zanim cokolwiek powiedziałem, musiałem przyciszyć głos i nie byłem pewien, czy mogę swobodnie rozmawiać przez telefon, bo a nuż ktoś to podsłuchuje. Niestety tak się pozmieniało na placu Powstańców, gdzie mieszczą się wszystkie programy informacyjne TVP, że atmosfera stała się ciężka i zapanował smutek tropików.

Często żartował Pan na ekranie, więc mam poczucie, że nadal jest to tylko żart. Czy tym razem mówi Pan poważnie?

Mówię całkiem poważnie i z przykrością. Powiem górnolotnie, ale naprawdę tak uważam: media publiczne nie powinny być narażone na taki wpływ polityki, jak to się dzieje od wielu lat. W ostatnich miesiącach występuje to jednak w natężeniu, jakiego wcześniej nie doświadczyłem. Bywało różnie, ale nigdy tak nie dominowała jedna strona sceny politycznej. Przekłada się to na ludzi zajmujących stanowiska w TVP i na programy.  

Proszę o konkrety.

Pracowałem z przekonaniem, że „Teleexpress” nie może się zmienić, że musi stosować zasady obiektywizmu dziennikarskiego. Że zawsze oddajemy głos obu stronom konfliktu, w miarę równomiernie, zgodnie z własnym sumieniem. W pewnej chwili stwierdziłem, że nie jest to możliwe i musiałem się zdecydować: czy podejmować dzień w dzień walkę w obronie tych zasad, czy odejść.

O jakich zasadach obiektywizmu Pan mówi? „Teleexpress” od dawna nie jest programem stricte informacyjnym, tylko infotainmentem z poluzowaną informacją, gdzie dominuje lakoniczność, skrótowość i bylejakość.

Dlaczego „bylejakość”?! Zawsze miałem poczucie, że pracuję w bardzo dobrej redakcji, z bardzo dobrymi, choć często młodymi dziennikarzami. Co do infotainmentu, z założenia był takim programem „Teleexpress extra”. Ale główny „Teleexpress” trzymał się podstawowej formuły: krótko, zwięźle i na temat z poczuciem humoru, mniej polityki, aniżeli gdzie indziej. Nigdy mi to nie przeszkadzało, bo nie byłem dziennikarzem stricte informacyjnym. Odpowiadała mi formuła, tempo i to, że znalazł się czas na humor i infotainment. Ciekawe, ale nigdy nikt nie powiedział mi o wspomnianej przez pana bylejakości.

Tak oceniał was Wojciech Reszczyński. Twierdził również, że stosowaliście neocenzurę i unikali wypowiedzi niewygodnych dla władzy.

Nie wiem, co miał na myśli. Zawsze staraliśmy się przekazywać informacje obiektywnie, zależało nam na lojalności i uczciwości wobec widzów. Nigdy nie miałem poczucia, że oszukujemy widzów. Czasami zapalała mi się czerwona lampka, że idziemy w złą stronę, ale nigdy nie doszedłem do ściany.

Najwyraźniej mamy skrajnie odmienne opinie. W mojej ocenie „Teleexpress” schlebiał powszechnym gustom, niewymagającym wysiłku intelektualnego. Pokazywał świat lakierowany między katastrofą a celebrytą, bez trudu egzystencji. Pan uważa inaczej, że przekaz był prawdziwy, ale skrótowy?

Zgadza się.

Czego Panu będzie najbardziej brakować?

Dla mnie największą wartością są ludzie, z którymi pracuję: realizatorzy, operatorzy, dźwiękowcy itd. I oczywiście widzowie. „Teleexpress” zawsze miał wielką oglądalność. To była wielka wartość tego programu. No ale teraz też będę miał widzów, oby jak najwięcej, często przecież tych samych. Poza tym teraz, w Wirtualnej Polsce, wiem, że idę w dobrym kierunku, bo rzeczywistość medialna przesuwa się od telewizji do Internetu. Mam szczęście, że trafiłem do telewizji, która ma wielkie związki z Internetem.

Pana program #dziejesię 16.50 ma formułę niezwykle podobną do „Teleexpressu”: krótko, zwięźle, na temat i z poczuciem humoru.

Tak, ale nie będzie to kalka. Piętnaście minut informacji w skrótowej formie. Dzięki Internetowi będzie możliwa interaktywność.

Nie będziecie schlebiać powszechnym, mało wymagającym intelektualnie gustom?

Nie ma takich założeń. To ma być rzetelny program informacyjny o tym, co dzieje się w Polsce i za granicą. Bez obniżania poprzeczki. Ale będzie też część lżejsza. Traktuję to, jako ożywiające dla mnie doświadczenie. Przez ostatnie kilka miesięcy stanąłem przed murem i próbą odpowiedzi na pytanie: co wybrać, aby się dobrze czuć. Wierzę, że dokonałem słusznego wyboru.

 

 

 
 
 
 
 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl