Z Andrzejem Stankiewiczem o nowych regulacjach pracy dziennikarzy w Sejmie rozmawia Błażej Torański.

BŁAŻEJ TORAŃSKI: Onet przyłączył się do jednodniowej akcji „Dzień bez polityków”, protestowi przeciwko ograniczeniom dla dziennikarzy w Sejmie. Co straci czytelnik, słuchacz, widz?

ANDRZEJ STANKIEWICZ: Złośliwie powiedziałbym, że tylko zyska, bo ludzie mają już dosyć polityków. Za dużo ich pokazujemy. Mam jednak nadzieję, że do czytelnika, radiosłuchacza czy widza dotrze sygnał nie taki, że politycy chcą wyrzucić dziennikarzy z Sejmu, tylko, że próbują ograniczyć obywatelom prawo do patrzenia im na ręce. Akurat w tym przypadku dziennikarze wykonują wyłącznie role społeczne w Sejmie. Większość z nas nie chodzi tam dla przyjemności, ale po to by zdać relacje ze spraw, które dotyczą większość Polaków. Po ostatnich decyzjach nie będziemy mogli patrzeć na kulisy powstawania ustaw, na to, jak prowadzone są negocjacje polityczne, w jaki sposób jest kształtowane prawo na poziomie komisji czy podkomisji, jak zachowują się politycy. Nie będziemy mogli wykonywać fundamentalnych zadań. W każdym demokratycznym państwie prawem dziennikarzy – co do ogólnej zasady – jest patrzenie każdej władzy na ręce, ale w szczegółach pokazywanie, jak ta władza działa.  Nie rozumiem, dlaczego z dnia na dzień – kiedy przez ostatnie ćwierć wieku dziennikarze mieli względną wolność – władza chce ich zamknąć w jednym budynku, niczym w łagrze. Na ten idiotyczny pomysł wpadł ktoś, kto myśli wyłącznie o interesie polityków, a nie dziennikarzy i opinii publicznej.

Nie dostrzegasz jednak, że dziennikarze, którzy dzisiaj najgłośniej krzyczą o konieczności patrzenia władzy na ręce przez lata rządów PO podlizywali się Tuskowi, Grasiowi, Schetynie?

Środowisko dziennikarskie jest  silnie podzielone politycznie. Jest oczywiste, że jak w każdej tego typu akcji są dziennikarze bardziej lub mniej życzliwi władzy. Ale pod listem poprzedzającym tę akcję podpisywali się także przedstawiciele redakcji ewidentnie bliskich rządzącej ekipie. Im także nie podobały się te ograniczenia. Ja nie patrzę, kto aktualnie jest na pokładzie. Nie poszedłem na pikietę pod Sejmem, gdzie byli stronnicy tylko jednej opcji politycznej. Teraz ten protest jest bardzo szeroki. Popierają go dziennikarze ewidentnie niechętni władzy, ale także ci prawicowi, pukający się w głowy. Nie wierzyłem, że uda się zbudować taką koalicję, ale dziennikarze – niezależnie od przekonań politycznych – dostrzegli w tej akcji wspólny interes. Bo nawet, jeśli ktoś jest bliski władzy, jak go wyrzucą z Sejmu, też będzie mu trudniej ją popierać.

Samuel Pereira stwierdził na Twitterze, że na tych ograniczeniach stracą głównie tabloidy i paparazzi.

Samuel Pereira jest pracownikiem medium kontrolowanego przez rząd. Nie chcę komentować indywidualnych wypowiedzi. Rozmowa o pracy dziennikarzy w Sejmie jest innym wątkiem tej dyskusji. Mnie się w ich pracy wiele nie podoba: ani to, jak do Sejmu przychodzą ubrani, ani – niejednokrotnie – ich brak doświadczenia zawodowego.  Aby pracować w parlamencie powinni być w dziennikarstwie co najmniej od kilku lat i reprezentować medium zarejestrowane zgodnie z prawem prasowym, a nie pierwszy lepszy portal.

Wedle Konrada Piaseckiego zasady pracy mediów w Sejmie można oczywiście zmieniać czy doprecyzowywać. Domaga się jednak dialogu nie dyktatu. Chyba nie uznajesz za normalne, jak to było w Sejmie, że na równi traktowało się  – wydając akredytacje – dziennikarzy „Polityki” i „Konia Polskiego” czy „Pudelka”.

No właśnie, władza nie prowadziła takiego dialogu z organizacjami dziennikarskimi, które reprezentują różne nurty – SDP, SDRP i Towarzystwem Dziennikarskim. Nie było tak, że marszałek Kuchciński  powiedział dziennikarzom: „Nie możemy wpuścić >>Konia Polskiego << czy >>Pudelka<<. Tylko media, które ewidentnie zajmują się sprawami sejmowymi i polityką”. Jestem za! Za limitem przepustek, aby dziennikarzy nie było zbyt wielu, za ich minimalnym stażem, np. pięcioletnim. Co roku można by weryfikować, czy ktoś nie zmienił tematyki albo nie odszedł z zawodu.

Protestujesz więc przeciwko formie zmian i dyktatowi?

Przeciwko temu, że politycy nie dostrzegają, jak ważna społecznie jest nasza praca. Nie godzę się na wyrzucenie wszystkich dziennikarzy z gmachu głównego. Dwie przepustki dla jednej redakcji, to śmiech na sali. „Rzeczpospolita” czy Onet na posiedzenia sejmowe wysyłają kilka razy więcej dziennikarzy. Dwóch politycznych, to absolutne minimum. Ale są jeszcze dziennikarze prawni i ekonomiczni, którzy  uczestniczą w posiedzeniach komisji. Wiele tematów zrealizowałem właśnie na komisjach. Tam przebiega realna praca nad ustawami. Nie wystarczy oglądać transmisji posiedzeń komisji w Internecie! Szanowne Panie Posłanki i Szanowni Panowie Posłowie, jak chcecie oglądać mecz, to po co staracie się o bilety? Oglądajcie w telewizji. W Internecie tylko jedna kamera jest skierowana na stół prezydialny, a przecież tam, na miejscu, można porozmawiać z posłem, który zgłosił poprawkę, dostrzec, kto głosuje na dwie ręce, albo  zobaczyć, kto podpisał listę obecności, aby wziąć kasę i poszedł do restauracji.

W Twoim życiu zawodowym będą to poważne ograniczenia?

To będzie ogromne utrudnienie, bo Sejm jest niepowtarzalnym miejscem, w którym w jednym czasie można mieć dostęp do najważniejszych w kraju polityków. Można porozmawiać na korytarzach, uzyskać komentarz lub wypowiedzi off the record, to jest kopalnia tematów. Bywa, że umawiam się z posłami poza Sejmem, ale tylko w parlamencie mogę zdobyć newsa przypadkowo albo ktoś mnie zainspiruje. Tam jest naturalny przepływ informacji między politykami i dziennikarzami. Niebywale ważna interakcja. Przeważnie są to informacje użyteczne. Nie chodzi o zdobycie plotki czy chęć oczernienia. Wielokrotnie słyszałem od polityka, nad czym pracuje. Do napisania analizy lub komentarza wystarczyło, że porozmawiałem z kilkoma posłami. Teraz czytelnicy dostana gorsze informacje. To może znacznie obniżyć poziom mojej pracy.

Czy dziennikarze nie dali politykom pretekstów do tych ograniczeń łamiąc zasady dobrego wychowania, atakując posłów przy posiłku lub pisuarze?

To jest legenda, jakieś żarty, demagogiczne argumenty. Od wielu lat nie widziałem przypadku, aby polityk został sfotografowany przy pisuarze. Nawet w tabloidzie nie znajdziesz zdjęcia, jak poseł sika. Nie ma też zwyczaju, aby fotoreporterzy robili zdjęcia posłom, którzy w restauracji jedzą sałatkę lub golonkę. To nie jest prawda.

Były jednak zdjęcia pijanych parlamentarzystów śpiących na korytarzach.

Senatora Bogdana Pęka sfotografowali inni senatorowie. Zdjęcie posła poprzedniej kadencji Adama Kępińskiego (SLD) leżącego nawalonego w łazience w hotelu sejmowym także nie zrobili dziennikarze, bo kilka lat temu dziennikarzy stamtąd wyrzucono. Politycy sami się fotografują, wzajemnie oczerniają, potem oskarżają nas. Nam się przypisuje winy za to, co sami posłowie robią. Jeśli jakiś poseł się nawali jestem pewien, że jego koledzy zrobią wszystko, aby zdjęcia ukazały się w gazecie. Ci, którzy polują na takie obrazki najmniej musza się obawiać ograniczeń.

Ale były też publikowane zdjęcia fotoreporterów: Krystyny Pawłowicz jedzącej sałatkę podczas obrad Sejmu czy posłanki Lidii Gadek, która zdjęła buty, aby odpoczęły jej bose stopy. Jaką to daje wiedzę o pracy posłów?

Dla tabloidów to był temat nie dlatego, że poseł Krystyna Pawłowicz jadła sałatkę, tylko dlatego, że inni posłowie zrobili wokół tego awanturę. Pokłócili się. Ale nie uważasz, że jedzenie na sali posiedzeń jest naruszeniem pewnych zasad.

Jest. Sala sejmowa nie jest knajpą.

Z kolei posłanka Gadek nie miała nic przeciwko sfotografowaniu jej stopy. Gdyby miała haluksy, mogłaby się czuć urażona. Ale w tym przypadku nic takiego nie było, a fotoreporter stracił akredytację. To jest kompletny odlot. Niektórzy politycy są nadaktywni w karaniu dziennikarzy.

Bartosz Węglarczyk, dyrektor programowy Onet.pl, który był korespondentem w USA, przyznaje, że w tamtejszym Senacie obostrzenia dla dziennikarzy są ostrzejsze.

No tak, ale pamiętaj, że Stany Zjednoczone są w stanie wojny. Ich rynek prasowy jest ogromny i trzeba dokonywać selekcji dziennikarzy. Powtarzam: jestem w stanie dyskutować o liczbie przepustek w Sejmie i kto ma je dostać, o zasadach nagrywania, ale nikt nie podjął takiej dyskusji. Usłyszeliśmy tylko: wynocha! A to nie jest dialog. To jest dyktat.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl