Z Wojciechem Góreckim o prawdzie i zmyśleniach w reportażach i literaturze faktu rozmawia Błażej Torański.

Czytałeś „Następcę” Ismaila Kadare?

Czytałem. To mój ulubiony autor.

„Petrit Zallherri, lekarz sądowy, szedł Wielkim Bulwarem w kierunku hotelu „Dajti” – napisał albański pisarz. A gdyby podał, że Zallherri szedł nie Wielkim Bulwarem tylko przez Plac Skanderbega, także w Tiranie, stanowiłoby to różnicę? Miało znaczenie dla czytelnika?

Wiem z grubsza, o co chodziło w tej książce, ale nie pamiętam szczegółów dramaturgii, ani kontekstu.

Literatura jest grą wyobraźni. Pytam o zmyślenia.

To mogło mieć znaczenie, ale nie musiało.

No tak, jeśli przy tej ulicy mieściła się albańska bezpieka. Kadare opisuje mechanizmy terroru komunistycznego państwa.

Owszem.

Jakie ma znaczenie, że Jacek Hugo-Bader w książce „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” pomylił wiek synów Macieja Berbeki?

A pomylił?

Tak twierdzi Ludwika Włodek, publicystka zajmująca się Azją Środkową. Niedawno w „Krytyce Politycznej” i na Facebooku zarzuciła Jackowi Hugo–Baderowi liczne przekłamania i nieścisłości. Tymczasem ten autor powiada, że „reporter książkowy może pójść w literaturę”, rozminąć się z prawdą.

Dla dramaturgii, historii, które Jacek Hugo–Bader opowiada, dokładny wiek dzieci Macieja Berbeki nie ma zapewne większego znaczenia. Jeśli jednak łapiemy reportera na przeinaczeniach, to przestajemy mieć do niego zaufanie. Rodzi się podejrzenie, że przy opisie innych faktów także może mijać się z prawdą. Choć czytelnicy z pewnością nie sięgają po świetnie napisane książki Hugo–Badera dla cyfr i twardych danych statystycznych.

Właśnie – od drobnych przeinaczeń nie jest ważniejsza siła emocji, autentyczność przeżyć? „Piszę krwią, potem i łzami. Moje pióro jest napełnione czystymi emocjami” – podkreśla Hugo-Bader.

W reportażu nie powinno się jednak wymyślać. To ma znaczenie.

W reportażu, owszem. Ale Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” to jest literatura faktu.

Ale czytelnicy traktują tę książkę jako reportaż, bo autor nie napisał tekstu zza biurka w Warszawie, tylko zabrał się z wyprawą po ciała dwóch  himalaistów, którzy zginęli podczas zimowej ekspedycji na Broad Peak. Według definicji – którą uznaję za Krzysztofem Kąkolewskim – reportaż literacki jest ładnie opowiedzianą  historią, nie wymyśloną, tylko  opartą na faktach. Jeżeli jednego z tych dwóch elementów zabraknie, to nie jest reportaż literacki. Bywa, że reporterzy przekraczają granicę między dziennikarstwem a literaturą. Tym łatwiej, że jest ona płynna i ma postać nie wyraźnej cienkiej linii, tylko szerokiego pasa, bufora, szarej strefy między jednym obszarem a drugim. Na dobrą sprawę każdy reporter sam definiuje tę granicę na własny użytek i swobodnie interpretuje sobie, czego mu już nie wolno, a co jeszcze może. Jest także zjawisko „zmyślenia prawdziwego”. Powiedzmy, że coś wydarzyło się na ulicy Tatrzańskiej, a nie Gdańskiej w Łodzi.  Autorowi potrzebny był jednak dobry „greps” – bo bohater nazywa się Gdański albo wyemigrował do Izraela z Dworca Gdańskiego – i zamienia ulice dla lepszej kompozycji.

Można tak zmieniać?

Są na to trzy możliwe odpowiedzi. Wedle pierwszej: nie wolno nam zamieniać nazw,  choć nijak to nie wpływa na przebieg historii, ani na emocje. Druga mówi, że możemy je zamienić z tych samych powodów. Zgodnie z trzecią odpowiedzią możemy dokonać takiego retuszu, ale musimy o nim powiadomić czytelnika. Jak Wojciech Jagielski w książce „Nocni wędrowcy”, w której utworzył postacie fikcyjne z autentycznych życiorysów i napisał o tym w słowie wstępnym . Takie trzy postawy spotyka się wśród reporterów. Nie potępię reportera, który przeniesie rzeczywiste zdarzenie z ulicy Tatrzańskiej na Gdańską – pod warunkiem, że mogło ono mieć miejsce także tam – choć sam unikam takich zabiegów. Z całą pewnością nie można jednak  zbudować reportażu na historiach zmyślonych. Nie będzie to już bowiem reportaż, tylko „czysta” literatura.

Hugo–Bader może więc sobie pozwolić na więcej, jako pisarz, czy winien się trzymać reguł reporterskich?

Ludzie mają prawo odbierać Jacka Hugo–Badera jako reportera, a nie „czystego” literata, a jego książki –  jako reporterskie. „Biała gorączka” i „Dzienniki kołymskie” ukazały się w serii „Reportaż” wydawnictwa „Czarne”. Nie słyszałem, aby zaprzeczał, że jest reporterem, tylko tworzy par excellence literaturę piękną. Równocześnie każdy reporter, który wydaje książki może się w jakimś sensie uznać za pisarza. Oczywiście, nie każdy pisarz jest z kolei reporterem, co podkreśla na przykład Andrzej Stasiuk, który wręcz denerwuje się, gdy bywa zaliczany do twórców literatury faktu. Musimy pamiętać, że reportaż jest jednak gatunkiem, który wiele w siebie wchłania. Tam mogą być elementy poezji, pracy naukowej, eseju czy wywiadu. To bardzo pojemny gatunek.

Ale czy reporter „Gazety Wyborczej” Jacek Hugo–Bader kłamie?

Nie wiem, czy kłamie, bo kłamstwo zakłada świadomą chęć wprowadzenia czytelnika w błąd. W przypadku nieścisłości, o których napisała Ludwika Włodek, w grę mogło wejść zwykłe roztrzepanie, może jakaś niedbałość – która oczywiście nie powinna mieć miejsca – a może „poświęcenie cyferek w imię rytmu opowieści”.

Pracowałeś w wielu redakcjach. Pytał Cię jakikolwiek redaktor, czy piszesz prawdę?

Nie.

Nikt nie sprawdzał faktów, o których opowiadałeś? Nie pytał o rozmówców? Nie weryfikował tego, co powiedzieli?

Nie. Najwyżej – w początkach mojej pracy – doradzano mi, abym z kimś jeszcze porozmawiał, solidniej udokumentował, sięgnął do kolejnego źródła. Zaczynaliśmy w innych czasach. Na początku lat 90. pewne rzeczy były nie do pomyślenia.

Jakie? Przeinaczenia? Kłamstwa?

Tak, wydaje mi się, że zdarzało się to wyjątkowo. Generalnie inny był etos zawodu. Innym pisało się językiem. Nikomu nie przyszło do głowy, aby wymyślić reportaż przy piwie. Nie przechodziły takie rzeczy, jakie przechodzą  dzisiaj. Według Oxford Dictionaries pojęciem 2016 roku została post–prawda.

Co przez to rozumiesz?

Jako skrajnie subiektywną prawdę. Każda prawda jest subiektywna, rzecz jasna, ale w reportażu dążymy jednak do tego, aby w swoim  sumieniu rozstrzygać, że opisujemy historię w sposób prawdziwy. Post–prawda jest skrajnym widzeniem rzeczywistości, przefiltrowanym przez poglądy polityczne, sympatie, których autor nie ukrywa i z pełna świadomością używa takiej narracji.

 

A więc nikt Cię nie weryfikował?

Nie spotkałem się z tym. A ciebie nie weryfikowano?

Nie. Jedyną formą zewnętrznej weryfikacji jest autoryzacja. Zawsze autoryzuję wywiady, chyba, że ktoś zdecydowanie odmawia. Robię to dla siebie, nie dla rozmówcy. Aby się nie pomylić. Mam poczucie ułomności i boję się, że czegoś nie dosłyszałem lub nie zrozumiałem. Ale wróćmy do reportaży. Czy polskie teksty reporterskie często są nasączone fantazją, przeinaczeniami, zmyśleniami?

Polska stoi literaturą faktu. Wydaje mi się, że jej sukces opiera się właśnie na autentyczności. Przecież nNic nie jest ciekawsze niż prawda. A teraz wszystko łatwo zweryfikować. Wystarczy kilka kliknięć. Gdyby więc polscy reporterzy masowo swoje historie fałszowali, przekłamywali, zagraniczni wydawcy nie chcieli by ich wydawać, a tłumacze przekładać. Po wydaniu „Toastu za przodków” miałem sygnały, że ludzie traktują tę książkę także jako przewodnik turystyczny.

To prawda. Sam to widziałem w gruzińskim miasteczku Signagi.

Gdybym tam nakłamał, ludzie komentowaliby, że na miejscu wszystko jest inaczej. Starałem się napisać książkę tak, żeby to była literatura, ale równocześnie wszystko weryfikowałem. Nie sądzę więc, żeby inni polscy reporterzy nagminnie kłamali.

Nie ma więc potrzeby zatrudniania ludzi sprawdzających fakty (fact checkers), jak w amerykańskiej prasie, takim „New Yorkerze”, gdzie weryfikuje się nawet rysunki satyryczne?

W Polsce sprawdza się fakty, ale tylko na etapie redagowania książek. Wydawnictwo Czarne ma bardzo porządną redakcję i tam sprawdzano mi na przykład jeszcze raz wszystkie nazwy własne, w tym geograficzne.

​Fot. Katarzyna Rawska-Górecka

  1.  






 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl