Z Violettą Rotter–Kozerą o wizjonerach w świecie edytorstwa muzycznego rozmawia Błażej Torański. 

 

BŁAŻEJ TORAŃSKI: Pani film brzmi jak utwór muzyczny. Taki był zamiar czy tak wyszło?

VIOLETTA ROTTER-KOZERA: (śmiech) Jestem muzykiem i konstrukcja wielu moich filmów związana jest z porządkiem muzycznym. Tak sobie to wyobrażam. Nie po raz pierwszy słyszę takie porównanie.

Myślałem, że będę oryginalny (śmiech). Jak Polskiemu Wydawnictwu Muzycznemu udało się przetrwać 70 lat?

To wyłącznie zasługa ludzi, ich niezłomności, pomysłowości, serca, oddania. To są niezwykłe postaci. Tworzyli PWM w pełni świadomie, myśląc perspektywicznie, co jest na prawdę ważne.

Swój dokument zbudowała Pani głównie na wypowiedziach ludzi, pasjonatów. Prof. Eugeniusz Knapik, kompozytor mów tak: „Kompozytor potrzebuje wydawcy, kogoś, kto zbiera jego rozproszone myśli, utwory, zestawia w katalogi i edytuje (…). Utwory bez wydawcy nie mogłyby zaistnieć”. Ale: „PWM przechodziły takie koleje losu, jak Polska. Byliśmy za żelazną kurtyną wraz z PWM, ale PWM potrafił się wydostać poza tę kurtynę i działać w przestrzeni międzynarodowej”. Nie ma Pani poczucia, że to wydawnictwo jest jak samotna planeta krążąca we Wszechświecie?

Redaktor Teresa Chylińska nazwała to osobliwą bańką, kryształową kulą, w której oni mogli się skoncentrować na swojej pracy i stworzyć takie warunki, żeby mogli rozwijać główne idee związane z edytorstwem muzycznym. Bardziej z tym bym to porównała, aniżeli z samotną planetą. PWM, żeby funkcjonować, musi mieć odbiorców, działać dla kogoś. Ta instytucja nie może pracować na wewnętrzne potrzeby.

To tak, jak piękna koegzystencja natury ze sztuką w ogrodzie otaczającym dom byłego dyrektora PWM, prof. Mieczysława Tomaszewskiego. Jest las i „siedem muz” – drewnianych rzeźb z wizerunkami Chopina, Beethovena, Bacha, Mozarta, Mahlera i Pendereckiego. W czole Chopina dzięcioł wydłubał dziuplę…

W przypadku prof. Mieczysława Tomaszewskiego zagadnienie jest głębsze: chodzi o umiejętność życia, wybierania w życiu tego, co jest najistotniejsze i łączenia z tym, co najtrudniejsze. Mam poczucie poznania człowieka o wewnętrznej harmonii, który potrafił najbardziej skomplikowane sprawy rozłożyć w czasie tak, żeby udało się rozwiązać wielkie problemy. Cierpliwość jest jego jedną z głównych cech charakteru.

A co dla Pani przy realizacji tego dokumentu było najważniejsze i zarazem najtrudniejsze?

Uczynienie tego filmu komunikatywnym. Żeby obraz znalazł zainteresowanie odbiorców. Bo ludzie, którzy tkwią w tej materii wiedzą, o co chodzi, znają się na rzeczy. Moim zadaniem było tak to sformułować, wymyślić, zbudować, żeby opowieść była zrozumiała dla bardzo różnych odbiorców.

Pada dosyć proste wyjaśnienie z ust dr. Daniela Cichego, redaktora naczelnego PWM, że „wydawnictwo muzyczne zajmuje się alfabetem dźwięku, muzyki, dla wielu niezrozumiałym. Warsztat przygotowania publikacji nutowych wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy i wyjątkowego warsztatu redaktorskiego. Niewiele jest wydawnictw muzycznych na świecie”. Na czym polega wyjątkowość PWM–u?

Na kreatywności ludzi, ich autentycznym i bezgranicznym oddaniu realizacji tej idei. To są niesłychanie twórczy ludzie, niejednokrotnie wizjonerzy, którzy potrafią w świecie edytorstwa muzycznego odnaleźć siebie i wznieść wydawnictwo na wyższy poziom rozwoju. Po drugie: PWM ukształtowało swój język, ceniony na świecie. To jest w moim odczuciu największa zaleta Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Ta idea przerasta codzienność.

To jakby twórca zbiorowy, bo obejmuje bogactwo nurtów: przygotowanie nut dla profesjonalistów, ale i dzieci, wydawanie książek, przewodników, leksykonów o muzyce, materiałów wykonawczych dla orkiestr…

Ideą przewodnią jest łączenie różnych zjawisk, nie traktowanie ich w oderwaniu od innych sztuk. Ta idea potrafi w synkretyczny sposób spojrzeć na muzykę, na to, jak ważną role odgrywają w niej literatura, malarstwo, poezja. Wszystkie te sztuki mogą się łączyć na jednej płaszczyźnie.

Pytałem, jak PWM przetrwało zakręty polskiej historii. Tadeusz Ochlewski był dyrektorem wydawnictwa w najbardziej bolesnym okresie: w stalinizmie. Danuta Sobkowska, archiwistka, zauważa, że czasami dyrektor szedł na kompromis, aby dostać przydział papieru. Papier był przedmiotem szantażu ze strony władzy.

Tajemnica tkwi w proporcjach. W tym, co zostało.

Ochlewski musiał podejmować decyzje uwłaczające jego godności, masowe pieśni radzieckie, aby równocześnie ocalić to, co najwartościowsze? Realizować misję?

Musiał podejmować takie decyzje, bo dla mnie nie ulega najmniejszej kwestii, że gdyby tego nie robił, nie byłoby PWM–u.

Był to rodzaj handlu wymiennego?

Oczywiście. Ale paradoks także polega na tym, że w części tej „działalności masowej” były też materiały wartościowe artystycznie.

Oglądając Pani film mam poczucie, że magiczne treści same ten obraz niosą. Wiem, ze to jest złudzenie, ze kryje się za tym żmudna praca. Co sprawiło Pani przy realizacji „Idei, która przerasta codzienność – PWM” najwięcej kłopotów warsztatowych?

Zapanowanie nad ogromnym materiałem i wybór faktów, wypowiedzi, obrazów, które utrzymają dramaturgię. Żeby opowieść była czytelna, eksponowała najważniejsze wątki lub wskazywała, gdzie głębszych szczegółów szukać. Przy realizacji takiego filmu najważniejsza jest kwestia wyboru. W tym wypadku mamy do czynienia z ogromem działalności na różnych polach. Dlatego wybór nie był łatwy. Zwłaszcza, że wszyscy zasługiwali na uwagę, ale nie wszystkim można było ją poświęcić.

Pani udało się w filmie pomieścić nie tylko wybitnych twórców, jak Krzysztof Penderecki, nie tylko wybitnych redaktorów, ale nawet archiwistów. Każdy z nich jest wybitny.

Zgadzam się z panem w pełni.

Jak bardzo motywują Panią nagrody, jak choćby ta, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich?

Ta jest dla mnie niesłychanie ważna, bo przyznana przez środowisko dziennikarskie. Z natury rzeczy dziennikarze patrzą na różne zagadnienia przez lupę. Na mój film też. Tym cenniejsza jest dla mnie ta nagroda. Jest potwierdzeniem, że obrałam właściwy kierunek. A tego nigdy, jako autorzy nie wiemy. Bo każda praca wymaga zaangażowania, ale i tak w rezultacie najważniejszy jest efekt. Nikogo nie będzie interesowało czy było to trudne, czy łatwe. To ma być po prostu dobre, czytelne i komunikatywne. W tym przypadku – zastanawiając się nad sensem swojej pracy – mam poczucie spokoju.

 

Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy








 

 

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl