Z Andrzejem Tomczakiem o tym, jak urzędnicy działają przeciwko petentom rozmawia Błażej Torański.

BŁAZEJ TORAŃSKI: Za co tak bardzo nie lubisz urzędników?

ANDRZEJ TOMCZAK: Bardzo ich lubię (śmiech). Zdarza się jednak, że mają bardzo negatywny wpływ na życie innych ludzi. Kiedy ci ludzie zgłaszają się do redakcji, do mnie, próbuję najpierw sprawę wyjaśnić, interweniuję. W rezultacie często okazuje się, że rację ma petent, nie urzędnik. Zwykle do rozmowy z urzędnikiem jestem przygotowany lepiej, niż on sam. Jego odpowiedzi bywają kompromitujące i stąd może bierze się wrażenie, że nie lubię urzędników. Tak nie jest, ale uważam, że jest ich zdecydowanie za dużo.

Specjalizujesz się w pokazywaniu absurdów urzędniczych, historii, w których przepisy postawione są na głowie, a urzędnicy zachowują się jak gamonie.

Takie jest życie, że często urzędnicy błędnie stosują przepisy albo interpretują je na korzyść własną, a nie petenta.

Dlaczego w Polsce nie można łatwo i tanio – jak w Czechach czy na Litwie, nie wspominając o Anglii czy Stanach Zjednoczonych – zarejestrować samodzielnie wykonanych pojazdów, zwanych „samami”?

Jeszcze kilka lat temu było to łatwe i tanie. Problem zaczął się wtedy, kiedy obywatele naszego kraju zaczęli samodzielnie budować  naczepy tirów, przyczepy do ciągników rolniczych tworząc dla innych zagrożenie w ruchu drogowym. Urzędnicy zmienili przepisy, co było błędem, bo do jednego worka wrzucili te przyczepy i „samy”. Koszty homologacji tych ostatnich wzrosły wielokrotnie.

To jest klasyczny przykład na wylanie dziecka z kąpielą, bo urzędnicy ministerstwa infrastruktury wykręcili ręce pasjonatom budującym samodzielnie auta, odtwarzającym repliki dawnych pojazdów. Dla nich to jest hobby życia, ale niejednokrotnie także źródło utrzymania.

Tym przepisem urzędnicy zniszczyli bardzo ważny, rozwijający się w Polsce rynek dawnych pojazdów. A za nim –jak to zwykle bywa – miejsca pracy. Na przykład w Wielkiej Brytanii, jak wynika z moich danych, dzięki replikom pojazdów budowanych samodzielnie miejsc pracy ma sto tysięcy osób. Dlaczego nie mogło tak być w Polsce?

W reportażu „Benzyna we krwi” pokazujesz kilka przypadków. Na przykład Adam Karek – operator telewizyjny, który miał coraz mniej pracy – przerobił starego poloneza na ekskluzywną limuzynę, którą wozi nowożeńców do ślubu. Miał szczęście, bo zdążył zarejestrować „sama” tuż przed zmianą przepisów. Ale już konstruktorzy „Kobry” czy Harley’ a–Davidsona mieli pecha, choć zajmowali się tym od lat. Co czuli do urzędników poza wściekłością?

Totalne rozczarowanie. Ci ludzie z punktu widzenia rynku pracy są najcenniejsi, bo kreatywni. Pomysłowi. Oni nie wyciągają rąk do państwa po zasiłek, tylko wiele wartości temu państwu wnoszą. Nie tylko pomysłowość, ale także podatki. Nie każdy z nich jest potentatem, ale pojawili się już na rynku ich kooperanci, którzy zbudowali „fabryczki” elementów niezbędnych w tych konstrukcjach. Zatrudniali po kilka, kilkanaście osób. Urzędnicy zniszczyli to jednym pociągnięciem pióra. Jednym podpisem.

Nie zareagowali na Twój reportaż? Nie zmienili błędnej decyzji? Nie naszła ich refleksja?

Najbardziej uderzyła mnie bezsilność nie tylko tych pasjonatów motoryzacji, konstruktorów, ale moja, jako dziennikarza. O ile zwykle – mniej więcej w osiemdziesięciu procentach – udaje mi się rozwiązywać problemy telewidzów, o tyle w tej sprawie poniosłem porażkę. Ze strony ministerstwa infrastruktury spotkałem się ze ścianą. Przez dwa tygodnie nie dostałem odpowiedzi na żadne pytanie. Urzędnikom ministerstwa nie zależało na wyjaśnieniu tej sprawy w jakikolwiek sposób. Nie mówiąc o pomyśle na naprawę tej sytuacji. Całkowita „olewka”.

Nie dostałeś żadnej odpowiedzi od rzeczniczka ministerstwa infrastruktury?

Są ministerstwa, którym zależy na kontaktach z mediami. Wystarczy jeden e-mail i tego samego dnia jest odpowiedź. Na przykład MSW samo z siebie regularnie przysyła mi komunikaty. Rekord szybkości kilka razy pobiło biuro prasowe Allegro, skąd zatelefonowano do mnie już 30 sekund po wysłaniu pytania.

Ministerstwo infrastruktury szturmowałeś przez dwa tygodnie.

Co gorsze, odpowiedź dostałem mniej więcej w takiej treści, jak brzmiało pytanie. Już to wiedziałem.

Konstruktorzy „samów”, bohaterowie Twojego reportażu, na jedną konstrukcję wydają po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zgodnie z nowymi przepisami, aby je zarejestrować, za homologację musieliby zapłacić sto tysięcy. Ale … mogą zarejestrować te pojazdy w Czechach czy na Litwie. Zyskają tamtejsze budżety. Co czujesz, kiedy widzisz, jak państwo polskie kładzie kłody polskim konstruktorom?

Powiem szczerze: jest mi wstyd za moje państwo. To jest wstyd za to, ze państwo polskie w taki sposób traktuje swoich obywateli i zmusza ich do kombinatorstwa. Z drugiej strony krew mnie zalewa, że przez to uciekają podatki, że ludzie nie mogą tworzyć miejsc pracy. Jeszcze kilka lat temu konstruktorzy „samów” próbowali lobbować, aby ocalić swoja pasje i dochody, ale widzieli, ze urzędnikom na tym nie zależy.

Jak myślisz: skąd ta pasywność urzędników?

Mają ciepłe posady. Co miesiąc wpływa im na konta pensja. To im wystarczy. Dlaczego maja się wychylać i robić coś ponad?

 

Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl