BŁAŻEJ TORAŃSKI: W opowieściach reporterskich szuka Pani bardziej faktów czy emocji?

OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ: Szukam ciekawych historii, z którymi się łączą emocje. W reportażu nie wystarcza faktografia. Jedno musi przenikać się z drugim. Czasami emocje pojawiają się w trakcie zbierania faktów. Trochę tak było przy okazji reportażu „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja”.

To historia Stanisława i Władysława Rodowiczów, którzy w swojej willi na Żoliborzu prowadzili w latach 1940–44 tajną radiostację ZWZ–AK, nazwaną „Łodzią Podwodną”. Niemcy nigdy jej nie odkryli, choć rewidowali dom. Rozmawiała Pani z ich dziećmi.

Mój kolega z Polskiego Radia, realizator, pasjonuje się historią radiofonii. Wspomniał, że w czasie wojny istniała tajna radiostacja i powinnam o tym zrealizować reportaż. Najpierw pomyślałam, że to strasznie nudne opowiadać o radiostacji, która istniała 70 lat temu, nadawała meldunki alfabetem Morse’ a i – poza piwnicą, gdzie była – ślad po niej zaginął. Ale dowiedziałam się, że willa nadal należy do rodziny, do dzieci Stanisława i Władysława Rodowiczów, i może da się coś z tego wyłuskać. Okazało się, że dla tych ludzi, którzy opowiadają o historii swego ojca i stryja, to nie jest historia zakończona. Tam jest nadal wiele silnych emocji i każda rozmowa, pozornie wyłącznie o radiostacji, kończyła się płaczem. Pomyślałam, że to jest temat na reportaż.

Mogła Pani zacząć opowiadać tę historię od czasu wojny, ale mogła i od lat po niej. Pierwszy wątek jest względnie szczęśliwy, dotyczy działalności podziemnej, komunikowania w czasie powstania warszawskiego Mokotowa ze Śródmieściem. Drugi, to tortury, cierpienia, męki zadawane przez UB.

Dla mnie tam jest jeszcze jeden wątek: relacji córki Wandy z ojcem Stanisławem. W radiowych reportażach historycznych emocje muszą być. Bez nich trudno wysłuchać historii. I wydaje mi się, że w takich opowieściach trzeba znaleźć łącznik między historią i teraźniejszością. Dzieci moich bohaterów nadal borykają się z traumą. Z jednej strony jest to radosna historia, o której można nakręcić film sensacyjny z polskim Jamesem Bondem. Niemcy rewidowali dom, opukiwali ściany, radiostacji nie znaleźli. Były skrytki, mikrofony zamaskowane  w ogrodzeniu, system sygnalizujący nadejście niebezpieczeństwa, pojawienie się Niemców. To jest pierwsza historia. Zaczyna się podczas okupacji, ale może i wcześniej, bo Stanisław był świetnym wynalazcą, filmowcem, miał smykałkę do konstruowania urządzeń. Druga historia dotyczy relacji z dziećmi. Ale kiedy zaczęła się ich trauma? Kiedy ojciec po raz pierwszy zniknął? Kiedy się ukrywał, a czasami w przebraniu strażaka odwiedzał matkę? Kiedy trafił do stalinowskiego więzienia? A może wtedy, kiedy z więzienia wrócił całkowicie odmieniony?

Wrócił, jak roślina. Nie potrafił się odnaleźć w pozawięziennej rzeczywistości.

Chciałam pokazać, że tam jest ciągłość. Kontinuum. Że pokazuję wycinek pewnej historii, która nie jest zamknięta. Ona ma swoje konsekwencje także w obecnej rzeczywistości.

Wszystkie wątki spinają relacje ojca z córką. Wanda Rodowicz mówi o nim, że był dla niej „Panem Bogiem, ale nie tatą”.  „Dziś modląc się do Boga widzę oczy mojego ojca”. Jej mama też była nieszczęśliwa, bo dla Stanisława Rodowicza najważniejsze były „Bóg, honor i ojczyzna”, a jego żona na kolejnym miejscu.

Wanda wydała wspomnienia o ojcu. Jest tam ich korespondencja, kiedy siedział w stalinowskim więzieniu, wspomnienia i wiersze o nim. Ta więź córki z ojcem zaważyła na całym życiu mojej bohaterki. Bo nie chciała już Boga, honoru i ojczyzny! Znalazła sobie pierwszego męża–kanalię. Próbowała się od niego wyzwolić poprzez terapię. Podczas terapii zdała sobie sprawę z tego, że jej ojciec był bohaterem i bogiem, wiecznie nieobecnym, ale i wspaniałym, biednym i chorym, potrzebującym jej pomocy, także finansowej. Kupowała mu do więzienia papierosy i ubrania. Ta relacja wpłynęła na jej dorosłe życie. Dopiero podczas terapii uświadomiła sobie, że jej tęsknota za ojcem zdeterminowała jej całe życie.

Odkryjmy więcej treści. Kiedy wydawało się, że Stanisław i Władysław Rodowiczowie będą po wojnie bohaterami, zderzyli się – jak tysiące byłych akowców – z aparatem bezpieczeństwa. W Pani reportażu jest kilka scen, które odbierają zmysły. Co Panią najbardziej wstrząsnęło?

Jest kilka takich obrazów. Scena widzenia z ojcem w więzieniu. Kiedy chwyta palcami kratę, strażnik wali go kolbą karabinu po dłoniach. Kilkunastoletnia Wanda dostała rozstroju żołądka. Tak się tym przejmowała – opisuje plastycznie – że z mokrymi majtkami wyszła. Albo inna scena, kiedy ojciec wraca do domu po pierwszym pobycie w więzieniu. Nagle zabrany, niespodziewanie wypuszczony. Do końca nie wiadomo, co się wydarzyło. Nigdy o tym nie opowiadał. Nie ma na ten temat dokumentów. Ojciec wraca do domu przekonany, że cała jego rodzina zginęła.

Nie wiadomo czy to był sen, czy jawa. Z Pani reportażu wynika, jakby strażnicy ubowskiego więzienia odgrywali przed nim jakieś sceny. Sam siedział w celi. Słyszał szmer i dialog: „Ależ ten Rodowicz jest głupi. Nie chce iść na współpracę. Wyrżną mu całą rodzinę”. Stanisław walił głową o ścianę i krzyczał: „Lenin, Stalin, Lenin, Stalin”.

Niewątpliwe dotknął szaleństwa. Miał zwidy, omamy, ale pytaniem jest, na ile się w nim zanurzył, a na ile się to rzeczywiście wydarzyło. Nikt tego nie rozstrzygnie, ale sądzę, że wszystko rozegrało się w jego głowie, to były jego głosy wewnętrzne. Nie wiem czy tak było, ale był przekonany, że całą jego rodzinę zamordowano. Słyszał ich głosy, płacz, ale czy takie były nagrania głosów córki i żony? To jest najbardziej tajemniczy i mroczny wątek tej historii. Zastanawiałam się, czy nie powinnam głębiej tego sprawdzić. Nie chciałam jednak rozgrzebywać życiorysu Stanisława Rodowicza. Skoncentrowałam się na jego relacjach z córką. Na tym, jaką ofiarę poniósł i krzywdę wyrządził najbliższym. Jaką cenę Wanda zapłaciła. Ona powiedziała mi, że ojca wypuszczono z więzienia, bo nie było już z niego pożytku. Oprawcy wiedzieli, że już nikt z niego nic nie wyciągnie.

Prawdę o swych przeżyciach Stanisław Rodowicz nosił w tajemnicy przez dziesiątki lat. Milczał. A czy Pani bohaterowie byli gotowi, aby o tym rozmawiać?

Wanda, córka Stanisława Rodowicza, była najbardziej otwarta. Zebrała wspomnienia, korespondencje. Synowie Władysława Rodowicza – Piotr i Jan – opowiadali, jak ich ojciec, żyjący prawie sto lat, pod koniec życia wylewał z siebie strumieniem myśli i odczucia. Musieli go hamować, bo na przykład wspomnienia z Majdanka przychodziły podczas radosnych spotkań rodzinnych – chrzcin, wesel czy świąt. Nie potrafił się od tego wyzwolić, a rodzinie sprawiał wielki ból. Czuli, że dla niego nie są to wspomnienia, zamknięte rozdziały. Stale nimi żył. Piotr i Jan w przeciwieństwie do Wandy nie byli gotowi o tym opowiadać. Piotr Rodowicz przyznał, że rodzice nie opowiadali im o doświadczeniach wojennych, nie negowali też zakłamanej wersji historii, jakiej oni, jako dzieci, uczyli się w szkołach. Jako dorośli ludzie musieli skonfrontować swoją wiedzę z tym, czego nagle dowiedzieli się od swoich rodziców. 

Nic dziwnego, skoro jeden z nich brał udział w olimpiadzie historycznej o II wojnie światowej i wychwalał zasługi Armii Ludowej w walce z Niemcami. Ojciec Władysław, słuchając tego, miał „zieloną twarz”. To była jego jedyna reakcja na te brednie.

Nie powiedział im nawet o swoim pobycie w obozach koncentracyjnych. Kiedy ich kąpał pytali go o wytatuowane na przedramieniu numery. Mówił: „Nic takiego. Kiedyś wam opowiem”. Mieli poczucie, że w domu unosiła się tajemnica i panował nastrój ciągłej konspiracji. Przez lata żyli w strachu czy już im dano spokój, czy jeszcze nie. To ich przygniatało i nadal mają z tym problem.

Opowiadanie Pani tej historii było dla nich terapią?

Pytałam ich na przykład, na ile te wydarzenia mają wpływ na ich obecne życie. Wanda Rodowicz odpowiadała wprost, ale jej stryjeczni bracia mieli wiele oporów, aby się do tego przyznać. Zaryzykowałam, że tak było. Że jest to historia, która nigdy się nie kończy i ma na nich wpływ, choć od dawna są dojrzałymi ludźmi i tęsknota za ojcem jest dla nich nadal ważna. Zastanawiałam się, czy nie przestrzeliłam. Ale wreszcie przyznali, że tak jest. Jako reporterzy często opowiadamy swoje historie. To nie jest w pełni obiektywna prawda. To także jest moja projekcja.

Dała Pani reportażowi patetyczny tytuł: „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja”.

To jest zetknięcie się tego, co wielkie, patetyczne, postawione na pomnikach z tym, co bardzo osobiste.

Co dała Pani ta historia?

Uświadomiła mi ze zdwojoną siłą, że wielka, oficjalna historia to jedno, a ludzki los i tak idzie swoim torem. W podręcznikach historii czytamy o tym, co wielkie i patetyczne, a o tym, co małe i brudne, mniej atrakcyjne, w reportażach. Jak w książkach Swiatłany Aleksijewicz.

 

Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego za dokonania dziennikarskie dla dziennikarzy do 30 roku życia

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl