BŁAŻEJ TORAŃSKI: Od dwudziestu lat jest Pan łowcą plagiatów w świecie nauki. Naukowcy Pana nienawidzą?

MAREK WROŃSKI: Niektórzy są mi niechętni, inni popierają moje działania, ale zza węgła. Mało kto popiera mnie publicznie i od wielu lat działam sam. Nie mam wsparcia żadnej instytucji.

Nikt nie wytoczył Panu procesu po publikacji w „Forum Akademickim”?

W ostatnich kilkunastu latach były trzy próby złożenia pozwów do sądu w Lublinie, gdzie mieści się redakcja „Forum”. Za każdym razem, zanim doszło do rozprawy, strona oskarżająca mnie wycofywała pozew płacąc redakcji wszystkie koszty procesu. Pracuję na dokumentach i jestem ostrożny w tym, co piszę. Piszę, co mogę udowodnić.

Pańskie publikacje są skrupulatnie udokumentowane. Jak Pan dociera do źródeł? Jak wyszukuje tematy? Ludzie sami się do Pana zgłaszają?

Wiele osób skrzywdzonych, których prace zostały przepisane, ofiar nierzetelności naukowej zgłasza się do mnie. Występuję wtedy do władz uczelni, do rektora, proszę o dokumenty, wnioski dyscyplinarne, orzeczenia albo sam te postępowania inicjuję. Często sam występuję do Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych.

Uczelnie chętnie udostępniają Panu te materiały?

Jak jest rzetelny rektor, to nie ma żadnego problemu. Materiały do publikacji otrzymuję w ciągu tygodnia. Jeśli natomiast rektor nie jest sumienny, uważa, że tego typu artykuł uderzy w jego uczelnię, odmawia mi dostępu do informacji prasowej, blokuje dostępu do informacji publicznej. Wtedy muszę składać skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w mieście, gdzie działa uczelnia. Czasami WSA załatwia tę sprawę w ciągu 30–40 dni, ale na przykład na rozpatrzenie tej samej sprawy w Warszawie czeka się rok. Jeśli rektorzy lub dziekani przegrają sprawę w pierwszej instancji i chcą ją nadal blokować, odwołują się do Naczelnego Sądu Administracyjnego, a tam sprawa czeka dwa lata! Mimo, że wedle prawa od chwili wpłynięcia sprawy do sądu rozprawa powinna być wyznaczona w ciągu trzydziestu dni. Sądy tego terminu nie przestrzegają.

Która ze spraw toczy się najdłużej?

Prawie trzy lata czekałem na dostęp do informacji publicznej dotyczącej umorzenia postępowania dyscyplinarnego w stosunku do doktorantki Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. W NSA sprawa leżała półtora roku, więc złożyłem skargę na przewlekłość. Przewodniczący wydziału, który nie przestrzegał terminu oddalił moja skargę twierdząc, że wszystko jest w porządku. Że półtora roku to nie jest długi termin.

Częściej spotyka się Pan z rektorami, którzy chcą oczyścić środowisko naukowe z plagiatorów czy z takimi, którzy wola ukrywać prawdę o kradzieżach naukowych i lakierują zło?

Z tymi, którzy chronią swoich podwładnych i chcą lakierować zło. Tych jest niestety więcej.

Na polskich uczelniach panują stosunki feudalne. Przekładają się one na ochronę tych, którzy popełniają plagiaty?

Można tak powiedzieć, ale trzeba pamiętać, że rektor jest wybierany przez nauczycieli akademickich, którzy często pracują ze sobą po dwadzieścia/trzydzieści lat. Ci ludzie się znają. Rektorzy nie chcą się im narażać, zwłaszcza, jeśli rządzą w pierwszej kadencji i chcą być wybrani na drugą. Oportunizm rektorów widać zwłaszcza wtedy, kiedy podejrzanym o plagiat jest znany profesor uczelni. Jak w przypadku prof. Jerzego Sanetry, fizyka z Politechniki Krakowskiej, który do swojej książki przepisał pracę austriackiego fizyka z Uniwersytetu w Cambridge. Był kolegą rektora, prorektora, dziekana. Został ukarany naganą i pozbawiono go funkcji kierownika katedry. W dodatku: na podstawie tego plagiatu złożył projekt grantowy i dostał na jego realizacje ponad dwieście tysięcy złotych! Po trzech latach oddał do publikacji książkę–plagiat.

Jakie dominują mechanizmy: czy naukowcy ściągają głównie z obcojęzycznych prac naukowych czy od swoich studentów, doktorantów?

Każdy przypadek jest inny. Tydzień temu napisała do mnie i zadzwoniła kobieta z południowo–wschodniej Polski. Przed świętami chciała kupić mężowi w prezencie książkę. Znalazła książkę swojej promotorki sprzed kilku lat, a w niej obszerne fragmenty swojej pracy magisterskiej. Kilkadziesiąt stron. W innej historii, sprzed dziesięciu lat, były dziekan wydziału prawa Uniwersytetu Gdańskiego profesor Michał Płachta napisał książkę, w której piętnaście rozdziałów oparł o piętnaście prac magisterskich nie wspominając nawet o tym w przypisach.

Jakie efekty przyniosła Pańska dwudziestoletnia działalność w śledzeniu plagiatów? Odebrano komukolwiek tytuł profesorski lub habilitację?

Wielokrotnie. Teraz kończy się procedura odebrania tytułu profesorskiego Jerzemu Sanetrze. Habilitację utraci Mirosław  Krajewski, były poseł „Samoobrony” i rektor prywatnej szkoły we Włocławku, który popełnił plagiat na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Podobnie popełnienie plagiatu w pracy habilitacyjnej udowodniła Rada Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Ryszardowi Andrzejakowi, byłemu rektorowi Akademii Medycznej we Wrocławiu. Mniej więcej w czterdziestu przypadkach odebrano tytułu naukowe plagiatorom po moich publikacjach w „Forum Akademickim”.

Spotyka się Pan z reakcjami osób, które z powodu Pańskich publikacji utraciły tytuły naukowe?

Ich niechęć osobista jest mniejsza, jeśli mają świadomość, że byłaby to pretensja do prokuratora, który skazał kogoś za to, że wsiadł pijany do samochodu i zabił człowieka.

Dlaczego ściga Pan plagiatorów?

Dwadzieścia lat temu, w maju 1997 roku, pracowałem jako naukowiec w Nowym Jorku. Zajmowałem się wynikami leczenia guzów mózgu. Przez przypadek odkryłem plagiat prof. Andrzeja Jendryczki, biochemika ze Śląskiej Akademii Medycznej. Uczelnia nie chciała mi udzielić żadnych informacji, więc zacząłem go sprawdzać i wykryłem czterdzieści kolejnych plagiatów. Przez pół roku walczyłem z polskim środowiskiem naukowym zanim  ta sprawa została ujawniona w styczniu 1998 roku przez „Rzeczpospolitą”. Potem pisały o niej wszystkie gazety na świecie, nawet „Science”. Jendryczka tłumaczył na język polski i przepisywał najlepsze na świecie artykuły z zagranicznych czasopism.

Ma Pan świadomość, ze jest Pan jedynym takim szeryfem w Polsce?

(śmiech). Mam świadomość, że jestem jedynym takim w Europie. To bardzo kłopotliwa rola, niewielu chce się jej podejmować pod własnym nazwiskiem. Są na świecie portale i inne miejsca, gdzie można to robić anonimowo.

Mają z tym problemy inne kraje? Na przykład w zachodniej Europie?

Naukowcy kantują na całym świecie, ale inny jest do nich, aniżeli w Polsce, stosunek opinii publicznej. Tam nie ma pobłażania.

 

Fot. Wikipedia

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl