Błażej Torański: Napisałby Pan jeszcze raz tekst "Policjant na celowniku", gdyby Pan mógł cofnąć czas?

ŁUKASZ ERNESTOWICZ: O, nie! Patrząc na to z punktu widzenia rozprawy i nerwów jakie mi podczas niej towarzyszyły nie napisałbym tego artykułu albo pominął dane osobowe policjanta, nie użył jego imienia i nazwiska.

Na łamach "Gazety Pomorskiej" w październiku 2013 roku użył Pan nazwiska posterunkowego z Łasina Dariusza Gądka, który miał straszyć podwładnych. Padło zdanie, że "wymachuje załadowaną bronią". Napisał Pan prawdę?

O szykanach ze strony swego kierownika opowiedzieli mi szeregowi policjanci, ale tekst powstał też na podstawie skargi, którą związek zawodowy policji złożył do Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. Użyłem mowy domyślnej. Nie twierdziłem, że to uczynił, ale że mógł to zrobić. Że - zdaniem policjantów - tak się działo.

Cytował Pan Dariusza Gądka: "Jestem niewinny". Powtórzę pytanie: napisał Pan prawdę?

Nie mam sobie nic do zarzucenia. Jestem przekonany, że działo się to, co opisałem. Najwidoczniej zabrakło mi jednak dowodów przed sądem. Albo sąd uznał je za niewystarczające.

Czy to oznacza - z perspektywy Pańskich doświadczeń - że dziennikarz może napisać prawdę i zostać skazanym przez sąd?

Niestety, tak. Jeśli dziennikarz napisze prawdę, ale - oskarżony o pomówienie - nie będzie mógł tego dowieść przed sądem, bo na przykład świadkowie się wycofają, mam wrażenie, że zostanie skazany. Wiele jednak zależy od sędziego, który prowadzi rozprawę.

Kiedy stanął Pan przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy jako oskarżony, nie miał Pan poczucia, że jako dziennikarz jest na starcie w gorszej sytuacji procesowej? Wielu dziennikarzy żali się do Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP, że sędziowie są do nich z góry negatywnie ustosunkowani.

Miałem dokładnie takie same wrażenia. Czułem się, jakby sędzia, która mnie skazała, była oskarżycielem. Nie obawiałem się pytań ze strony policjanta oskarżającego mnie o zniesławienie, ani jego adwokatki, bałem się pytań sędzi. Już podczas rozprawy oceniała, że nierzetelnie zebrałem materiał dziennikarski. Że zachowałem się nieetycznie, nagrywając policjantów w knajpie, po rozprawie. Nie zamierzam jednak krytykować wyroku. Wyroki należy szanować. Jeśli bowiem zaczniemy je podważać w obecnym kryzysie praworządności w Polsce, to dojdzie do anarchii. Szanuję więc wyrok skazujący mnie, nie uważam jednak, aby był sprawiedliwy.

O co chodziło z tym policjantami w knajpie?

Przyjechali na rozprawę służbowym autem - policyjnym radiowozem. Zeznali na korzyść swego przełożonego, od którego są uzależnieni finansowo. W drodze powrotnej zatrzymali się w przydrożnej knajpie pod Bydgoszczą. Nie wiem, czy świętowali udane zeznania, ale - i to był dla mnie szok - nawet nie zachowali pozorów obiektywizmu. Świadkowie spotkali się z moim oskarżycielem dwadzieścia minut po rozprawie! Wszedłem za nimi, chwilę rozmawialiśmy. Wiedzieli, że nagrywam telefonem.

Co mówili?                                      

Nic nadzwyczajnego, ale to spotkanie jednoznacznie wskazywało na to, że są nie tylko podwładnymi, ale także dobrymi kolegami przełożonego. Nie zdobyłem jednak dowodów na to, aby wcześniej uzgadniali swoje zeznania.

Sąd nie uznał, że występował Pan w interesie społecznym?

Uzasadnienia pisemnego jeszcze nie mam, ale z ustnego nie wynikało, aby sąd uznał, że działałem w interesie społecznym. Wydaje mi się, że dla sądu nie miało to znaczenia, chociaż wielokrotnie podkreślałem przed sądem, podobnie jak mój adwokat, że mój artykuł mógł  uratować życie pracujących w Łasinie policjantów i działał prewencyjnie wobec innych naczelników czy kierowników.

Jaki był efekt Pańskiego tekstu?

Policyjne postępowanie dyscyplinarne nie potwierdziło ani szykan, ani nękania psychicznego podwładnych przez kierownika posterunku, ale za fakt uznano incydent z niewłaściwym, niezgodnym z procedurami posługiwaniem się bronią.

Minęły cztery lata. Policjanci nadal są zastraszani?

Sytuacja się tam uspokoiła. Miał na to wpływ i artykuł, i postępowanie. Policjant, który mógł być najbardziej szykanowany, już tam nie pracuje. Odszedł z zawodu. Kierownik posterunku przeszedł na emeryturę.

Pan też odszedł z zawodu. Przez cztery lata rozprawy był Pan sparaliżowany? Unikał Pan trudnych tematów?

Im bardziej ciągnęła się ta rozprawa, strach intensywniej mnie paraliżował. Nie myślałem o pracy, tylko o kolejnych rozprawach. Nie podejmowałem kontrowersyjnych tematów. Stresowałem się. Pewnie bym tak tego nie przeżywał, gdybym popełnił dziennikarski błąd, miał poczucie winy. Ale czuję się niewinny. To jest bolesny wyrok. Zastanawiam się, o ile lat ten proces skrócił mi życie.

Czuł Pan strach i odrętwienie?

Czułem.

Sąd skazał Pana na osiem miesięcy prac społecznych, koszty publikacji przeprosin na pierwszej stronie "Gazety Pomorskiej" i osiem tysięcy złotych nawiązki. Drakoński wyrok.

Chcę podkreślić, że chodzi o osiem miesięcy ograniczenia wolności! Pani sędzia uzasadniając wyrok ustnie uznała tę karę za "symboliczną". Mój artykuł nazwała "paszkwilem". Wielokrotnie zastanawiałem się, jaki może zapaść wyrok i za każdym razem nie dopuszczałem do świadomości, że mogę zostać skazany. Zwłaszcza, że najbardziej szykanowany policjant zeznał przed sądem, że w tekście nie było żadnej nieprawdziwej informacji.

Będzie się Pan od tego wyroku odwoływać?

Będę. Nawet, jeśli miałbym z tą sprawą pójść do Strasburga. Wierzę, że rozstrzygnie się to na moją korzyść wcześniej. Zabrakło mi już jednak sił na pracę dziennikarską. Chciałbym, żeby moja decyzja o odejściu z zawodu była impulsem do zniesienia art. 212 z kodeksu karnego. Odpowiedzialność cywilna za słowo jest całkowicie wystarczająca. Nie trzeba dziennikarzy straszyć wsadzeniem za kraty.

Nie żal Panu dziesięciu lat spędzonych w dziennikarstwie?

Oczywiście, że żal. Może kiedyś wrócę do zawodu, jeśli zmieni się prawo i dziennikarzy przestanie się traktować, jak przestępców. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl