BŁAŻEJ TORAŃSKI: Niemiecki wydawca Ringier Axel Springier Media stracił już w Polsce miliony euro, gdyż firmy państwowe, przyjazne rządowi, wycofały się z reklam. Większościowy udziałowiec, Marc Walder, w wywiadzie dla „Neue Züricher Zeitung” zapowiedział jednak, że wydawca nie wycofa się z Polski. Zagraniczni wydawcy mają się czego obawiać?

LUCYNA SZOT: Z punktu widzenia prawa wolnego rynku i ochrony własności zagraniczni wydawcy nie mają jeszcze podstaw do obaw. Są natomiast obawy w sferze ideologicznej, propagandowej, medialnej, które mogą się zrealizować w różnych pomysłach nowych regulacji prawnych.

Ano właśnie. Rządowi nie podoba się skoncentrowanie wielu tytułów prasowych w rękach kilku zagranicznych wydawców, przede wszystkim niemieckich. Barbara Bubula, posłanka PiS, powiedziała kilka miesięcy temu Wirtualnym Mediom wprost: „Jeśli będzie trzeba, znajdzie się sposób na odbieranie gazet zagranicznym grupom medialnym”. Jest taki sposób?

Na dzisiaj w polskim prawie, opierającym się na unijnych regulacjach, takiego sposobu nie ma. Złamanie tych zasad w mojej ocenie byłoby sprzeczne z fundamentalnymi kanonami. Mogliśmy przewidzieć skuteczne sposoby regulacji wolnego, niereglamentowanego prawnie rynku prasy drukowanej od jego zarania, 27 lat temu. Mogliśmy wprowadzić przepisy antykoncentracyjne. Tymczasem w 1990 roku, podczas likwidacji RSW Prasa–Książka–Ruch nie ograniczyliśmy udziału w strukturze własności kapitału obcego. To był poważny błąd! Nie sprawdził się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W październiku 2013 roku UOKiK zgodził się, aby niemiecki wydawca Verlagsgruppe Passau, działający w Polsce pod nazwą Polskapresse, odkupił od Mediów Regionalnych gazety i portale internetowe. Polski urząd doprowadził do niemieckiego monopolu informacyjnego. Mają w tym segmencie 90 proc. Polska stała się niemiecką kolonią medialną. Czy to był moment przełomowy?

To był moment przełomowy. Śledzę rozwój i strategię dwóch konkurujących ze sobą w Polsce koncernów medialnych: pierwotnie norweskiej grupy Orkla Media i niemieckiego wydawcy Verlagsgruppe Passau. Orkla zajmowała w Polsce ściany wschodnią i południową, a Passauer Neue Presse – zachodnią. Takiego dokonali podziału sfer wpływów w 1997 roku. Rywalizowali przejmując największe regionalne i lokalne  tytuły prasowe. Na Dolnym Śląsku wpływy tych koncernów mieszały się. Obserwowałam to przez dwadzieścia lat. Ma pan rację, że kluczowa była błędna decyzja UKOKiK, zezwalająca kapitałowi niemieckiemu na całkowitą koncentrację kapitału w Mediach Regionalnych, następcy norweskiej Orkli. Koncentracja kapitału prowadzi do pozornego pluralizmu. A przecież pluralizm jest w Polsce na rynku medialnym niezwykle cenną wartością.

Skąd ten błąd, że polski urząd nie przypilnował polskiego interesu?

To jest złożone zjawisko. Widzę to jako sekwencję przyzwalania na wolny rynek. Najpierw Komisja Likwidacyjna RSW przekazała te tytułu spółdzielniom pracy dziennikarzy. Wtedy dziennikarze mieli w rękach swój los. Łatwo wtedy zachodziły procesy własnościowe: można było zarejestrować spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, tytuły były aportem przenoszone do tych spółek, gdzie dopuszczano obcy kapitał. Zachodni wydawcy zaczęli sprowadzać nowe technologie, maszyny drukarskie, przejmowali pakiety większościowych udziałów. Sprzyjały temu nie tylko zasady wolnego rynku, ale i sami współwłaściciele, czyli spółdzielnie pracy dziennikarzy. Dziennikarze dobrowolnie odsprzedawali swoje udziały nie tylko w redakcjach, ich wyposażeniu, ale i nieruchomościach, zlokalizowanych często w centrach miast. Sprzedawaliśmy się tanio!

Tylko nieliczne tytuły postawiły na spółdzielnie pracy dziennikarzy, ale opłacało im się, wygrały na wolnym rynku. Najbardziej znany jest przykład „Polityki”, która dopiero w 2012 roku przekształciła się w spółkę komandytowo–akcyjną. Co dało im ten sukces?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by przeprowadzić badania empiryczne w tych redakcjach. Ale wydaje mi się, że wynika to z bardzo wysokiego poziomu świadomości prawnej, utożsamiania się z tytułem, walorów osobowościowych, wizjonerstwa dziennikarzy, którzy wyzyskali wpływ na swój los. Znam piękne przykłady wydawnictw lokalnych w Polsce, gazet powiatowych, wydawanych przez spółki cywilne lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Nigdy nie poddali się oni presji rynku na tyle, aby sprzedać swoje tytuły koncernom zachodnim. Pozostali w rynkowych niszach i mają pozycję względnie autonomiczną, ale są rozproszone i mają niskie nakłady.

Muszę zaoponować. To są lokalnie bardzo silne wydawnictwa. Znam jeden z tygodników powiatowych, który kilka lat temu na czysto przynosił co miesiąc zyski sięgające 100 tys. zł. Nakłady również mają wysokie. Taki na przykład „Tygodnik Zamojski”, lider tygodników lokalnych, ma średnią sprzedaż ogółem powyżej 20 tys. egz. „Tygodnik Siedlecki – Magazyn” – prawie 15 tys., a „Tygodnik Podhalański” Jerzego Jureckiego – ponad 12 tys.

To rewelacyjne wyniki. Ale tytuły, które pan wymienił, mają szczególne pozycje na rynku. Przeważają tygodniki powiatowe, które sprzedają kilka tysięcy egzemplarzy.

To jest – wedle mojej oceny – najbardziej zdrowy segment  prasy: mają czysto polski kapitał i piszą o sprawach najbliższych człowiekowi, przysłowiowych dziurach w jezdniach. Stawiają na maksymalną lokalność.

Owszem, te gazety mają się świetnie, jeśli rozwijają nowoczesne technologie, inwestują w Internet. To jest warunek ich dalszego rozwoju.

Tak też czynią. Dlaczego więc szczebel wyżej – na poziomie regionalnym – tak wielu dziennikarzy pozbawiło się wpływu na swój los. Odsprzedali swoje udziały. Z powodu krótkowzroczności?

Motywów było wiele. Rynek liberalny dopiero raczkował. Nie wierzyli, że zarobią na dywidendach z tytułu udziałów. Nie mieli świadomości, że mogą czerpać wymierne korzyści.

Zabrakło cierpliwości?

Zabrakło. Wielu z tych dziennikarzy przechodziło na emerytury. Oddawali udziały za symboliczne pieniądze. Nie widzieli w tych udziałach większej wartości. Nie mieli świadomości głębszego interesu. Nie rozumieli procesów rynkowych. Zabrakło im wyobraźni. Sprzedając udziały przestawali mieć wpływy na redakcje. W każdej redakcji były słabe ogniwa. Ci, którzy koncentrowali kapitał, stawali się z kolei coraz bardziej atrakcyjnymi dla zachodnich koncernów medialnych. Ale i oni ulegli czarowi pieniędzy. Strategia tych koncernów było sprawdzona. Oferowali nową technologię i stopniowo przejmowali udziały. Te same procesy zachodziły w Czechach, na Słowacji czy na Węgrzech. Zdecydowanie bardziej oporne były dla nich rynki Litwy, Łotwy i Estonii.

W ostatnim numerze „Studiów Medioznawczych” napisała Pani, że obecnie „prasa regionalna zdominowana jest przez dziennikarstwo >>posłuszne<< lub komercyjne, a interesy właścicieli i reklamodawców górują na interesami odbiorców”. Nie jest to bezpośredni rezultat koncentracji kapitału?

Jest. Dzisiaj w każdej redakcji struktura właścicielska jest decydująca. Wydawca wyznacza linię programową i obsadza stanowiska. Redaktor naczelny, którego w każdej chwili można odwołać, poddańczo realizuje interesy wydawcy. 

Nie ma więc w Polsce niezależnej, patrzącej władzy na ręce, prasy regionalnej? Jaka gazeta jest niezależna od samorządu, który wykupuje powierzchnię reklamową?

Gazet niezależnych nie mamy. Wszystkie układają się w logice rynku. Komercjalizacja jest wszechpotężna. Innych celów nie ma. Teraz pojawiły się ideologiczne.

Według Wojciecha Reszczyńskiego wydawcy niemieccy nie tylko zarabiają w Polsce pieniądze, ale także realizują swoje cele polityczne, kulturowe, globalistyczne.

Tak twardej tezy nie mogę potwierdzić, ale zagrożenie tego typu jest. Warto jednak posługiwać się badaniami empirycznymi i analizą zawartości, a takich nie ma. Wolałabym więc nie upraszczać skomplikowanej rzeczywistości. W mojej ocenie na pierwszym planie jest logika rynku, a dopiero dalej lokują się względy ideologiczne. Niewątpliwie jednak w mediach stosowane są wszystkie techniki manipulacji. Wystarczy każdą kwestię poddać w wątpliwość, następnie zdyskredytować źródło informacji. Jeśli nie okaże się to skuteczne, można podjąć trzeci krok: wziąć udział w dyskusji i wpływać na wnioskowanie. Manipulacja była, jest i będzie skuteczna.

Od grudnia ubiegłego roku nad projektem ograniczającym koncentrację kapitałową w mediach pracuje przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego grupa ekspertów. Wzorują się na prawie obowiązującym w tym zakresie we Francji i w Niemczech. Zna Pani te rozwiązania?

Francuzi od początku mieli inny system prawny, regulujący udział kapitału obcego w strukturze poszczególnych tytułów. W Polsce popełniliśmy błąd pierworodny. Na rynku mediów drukowanych nie wprowadziliśmy żadnych prawnych ograniczeń. Nie ochroniliśmy ani polskiego rynku, ani kapitału. W polskiej prasie regionalnej i lokalnej dominuje kapitał zagraniczny z jednego kraju: z Niemiec. Podobnej sytuacji nie ma w dużych krajach Unii Europejskiej. To nie jest zdrowa sytuacja.

Co wobec tego zrobi władza, która od dawna deklaruje repolonizację mediów?

Nie wyobrażam sobie – a jest taki pomysł – żeby zagraniczni właściciele musieli w ciągu trzech lat pozbyć się udziałów w akcjach, żeby sprostać oczekiwaniom władzy i rynku. Wtedy cały polskich rynek zaczną omijać obce kapitały. Czy polski kapitał to udźwignie?

Nie, a media są wybitnie delikatną sferą budżetową.

Właśnie. Media nie są oderwane od innych struktur biznesowych. Oczekiwanie zmian własnościowych w mediach należących do koncernów zagranicznych ściągnie konsekwencje na cały rynek. Takie widzę zagrożenie.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl