BŁAŻEJ TORAŃSKI: Al–Ajn, nazwa miasta w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, oznacza wiosnę, ale na Pańskim zdjęciu nie ma nawet fragmentu soczystej zieleni. Jest siatka identycznych domków wzniesionych na pustyni.

ANDRZEJ BOCHEŃSKI: To zdjęcie nie oddaje prawdziwego obrazu, bo Al–Ajn ma sporo zieleni, jak na tamten, pustynny obszar świata. Sfotografowałem jednak nowe osiedle, otoczone piaskiem. Silnie skontrastowałem obraz i domki stały się porażająco identyczne. Efekt jest koszmarny. Zamierzałem nawet zatytułować to zdjęcie: „God save the architects” (Boże ocal architektów). Ta architektura pozostaje w kontraście do zabudowań ZEA, także Abu Zabi, emiratu, w którym leży Al–Ajn: szerokich ulic i nowoczesnych budynków, jak w Mediolanie czy w Kopenhadze.

Osiedle Al–Ajn jest martwe, bez styku z człowiekiem.
Jest wyjątkowo odczłowieczone. Mam nadzieję, że jak już skończą budowę tego osiedla, posadzą tam zieleń, powstaną ogrody. Ale konstrukcje identycznych domów pozostaną architektoniczną porażką.

Cechą Pana zdjęć jest uchwycenie stylu miejsca i nastroju chwili.
Przeraziłem się, kiedy ujrzałem osiedle Al–Ajn i chciałem ten popłoch wewnętrzny pokazać. Ludzie obawiają się robotyzacji, zastąpienia ich przez maszyny, a taki tam powstał efekt. Jeden wzór kwartału domów powielono po horyzont. Bez refleksji, że człowiek potrzebuje zieleni i przestrzeni. Pamiętajmy jednak, że jest tam też filozofia arabskiej architektury. Gdyby spojrzeć na moje zdjęcie w dużej rozdzielczości, dostrzeżemy, że każdy dom jest otoczony betonowym płotem. W emiratach, gdziekolwiek nie pojedziemy, wszystko jest zabudowane do wewnątrz. Przez wieki wynikało to z bezpieczeństwa, ale także – i to pozostało aktualne – z klimatu i religii. Kobiety chcą się w swoich domach czuć swobodnie. Zdjęcie oddaje ten efekt.

Magazyn „National Geographic” przyznał Panu w kategorii „Miasta” jedynie wyróżnienie. Nie czuje się Pan rozczarowany?
Nie, nie, to wyróżnienie zaskoczyło mnie, bo na konkurs nadesłano wiele pięknych fotografii, więc nie sądziłem, że jury dostrzeże zdjęcie tak proste w przekazie.

Bierze Pan udział w wielu konkursach fotograficznych światowej rangi. Za każdym razem jest piekielna konkurencja. Co decyduje o tym, że jedno zdjęcie przepada, a drugie jest nagrodzone?
Przede wszystkim trzeba perfekcyjnie wstrzelić się w temat. Nawet najlepsze zdjęcie nie związane z tematem konkursu zostanie odrzucone. Warto wyczuć aktualną modę i zastanowić się, jakie obrazy będą wysyłane najczęściej. Na ostatnim konkursie „National Geographic” często nagradzano tautologię architektury. Sfotografowane budowle wyglądają, jakby były złożone z klocków lego. Za każdym razem oglądam jak najwięcej zdjęć w konkursowym temacie z poprzednich lat, ale równocześnie ... jak najszybciej o nich zapominam. Nie mógłbym kopiować innych pomysłów. Muszę być kreatywny. Każde zdjęcie rodzi się w uczuciach, wyraża mój świat wewnętrzny, wnosi coś nowego. Kiedy fotografowałem Mauzoleum Holocaustu w Berlinie, wstrząsały mną dreszcze. Czułem gęsią skórkę i po wyjściu, przez kilka minut, nie mogłem wydusić z siebie słowa. Jedno ze zdjęć, które tam zrobiłem, trafiło na okładki pięciu książek. Idę własną drogą, szukam niepowtarzalnych rozwiązań i mam wrażenie, że dlatego moje zdjęcia są przez jurorów dostrzegane.

Nie mam jednak recepty na wygrywanie konkursów. Ocen jest bowiem tak wiele, ilu jurorów. W 2013 roku ten sam zestaw zdjęć wysłałem na Fotofestiwal, lokalny konkurs w Łodzi, i na prestiżowy Hasselblad Masters, organizowany przez szwedzki koncern fotograficzny. W Łodzi odrzucono moje zdjęcia, tłumacząc: „W tym roku otrzymaliśmy doskonałe pracę ponad 400 autorów. Niestety, twoje zdjęcia nie kwalifikują się do finału". Ze Szwecji nadeszła odpowiedź: „w tym roku otrzymaliśmy doskonałe prace ponad 40000 autorów. Twoje zdjęcia są w finale”.

Ale często fotografowie pytają Pana, co zrobić, aby wygrać. Co jeszcze Pan im podpowiada?

Żeby mieli własne spojrzenie na przestrzeń. Niektórzy fotografowie wycinają w czarnym kartonie kadr i tak przymierzają się do zdjęć. Ja nie muszę używać kartonu. Patrząc, widzę obraz w ramce, ale szukam też takich jego cech, aby „zagrał” nie tylko jako fotografia, ale także jako grafika.

Studiował Pan na łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych grafikę.

To wszystko razem się składa. Pod takim kątem patrzę. Staram się wykorzystywać maksimum techniki fotograficznej, a minimum obróbki elektronicznej. Oglądając zdjęcia ludzie często zarzucają mi, że są to montaże.

Dokonuje Pan autokorekty?

Stosuję piktoriale, jak w starych technikach malarskich. Łączę elementy z różnych krajobrazów. Na przykład wstawiam na jezioro łódkę, której tam nie było, ale mogłaby być.

Na jednym z Pana zdjęć jest nowojorska ulica, drapacze chmur, a spoza jednego z nich wychyla się olbrzymi, niczym czterdziestometrowy wieżowiec, koń. To także piktorial?

Nie. To jest typowy montaż. Koń jest wielkości budynku, wmontowany na zdjęciu nieproporcjonalnie, aby nie oszukiwać. Chciałem w ten sposób pokazać, że tak gigantyczna architektura zabija ludzki wymiar. Wieżowce nabrały ludzkiego wymiaru po wstawieniu między nie konia.

Odpowiadając na pytanie „Co zrobić, aby wygrać konkurs” mówi Pan także: „Mniej sprzętu, więcej talentu”.

To jest żart. Chodzi o to, aby nie szukać rozwiązań technicznych, nie mitologizować sprzętu, tylko więcej myśleć. Technicznie dobre zdjęcie można teraz zrobić smartfonem. Wśród jurorów są wielkiej klasy profesjonaliści, wiedzą, jak trudno niektóre zdjęcia wykonać, choć czasami nie mają pojęcia, jak to zostało zrobione. Obraz z matrycy dowodzi, że nie było manipulacji.

Nie bierze Pan udziału w konkursach fotoreporterskich, jak World Press Photo. Dlaczego?
Nie biorę udziału w wydarzeniach, ani nie bywam w miejscach, które są w takich konkursach preferowane.

Wśród uchodźców czy na wojnach, jak w Syrii, w Aleppo? Po trzęsieniach ziemi czy spustoszeniach huraganu?
Nie lubię w fotografii widoku ludzkiego nieszczęścia. Wiem, że trzeba fotografować dramaty, aby poruszyć sumienia ludzi, pokazać, jaki innym zgotowali los, do czego dopuścili, ale zadaję sobie pytanie, co to zmienia? Poza wzruszaniem sumień rzadko te zdjęcia wywołują działania ludzi, które zmieniają rzeczywistość. Podobnie z ofiarami żywiołów natury. Wystarczy przejrzeć zdjęcia nagrodzone w konkursie World Press Photo w ostatnich latach. Na przykład ojca niosącego dziecko zastrzelone na zachodnim brzegu Jordanu. To zdjęcie wzruszyło sumienia, ale niczego nie zmieniło w wydarzeniach tamtego rejonu. Sztuka rzadko ma wpływ na wydarzenia społeczno–polityczne.

Dlaczego, koncentrując się na architekturze, unika Pan ludzi? Na tych zdjęciach są same bryły. Brakuje człowieka.

Bo jednym z większych problemów robienia zdjęć ludziom jest prawo do wizerunku. Większość fotografii sprzedaję przez agencje stockowe, przez Internet i one tych praw dochodzą. Czasami pytają mnie, czy jakieś zdjęcie już sprzedałem, bo odnaleźli je w sieci. Moje fotografie kradzione są masowo w krajach, gdzie trudno cokolwiek wyegzekwować na drodze prawnej, np. w Chinach czy w Rosji.  Nikt tego nie kontroluje.

Na co dzień żyje Pan z reklamy. Fotografuje Pan wyłącznie dla pasji?

Reklama polega na powtarzaniu schematów i podporządkowaniu się zleceniodawcy. Fotografii nie wykonuję na zamówienie. Mam w niej pełną wolność i robię, co chcę. Czuję, że to jest najlepsze miejsce w moim życiu.


Al Ajn fot. Andrzej Bocheński

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl