BŁAŻEJ TORAŃSKI: Z raportu NIK wynika, że resort sprawiedliwości od początku 2016 roku wydał na ekspertów PR od wizerunku blisko pół miliona złotych. Przygotowywali oni Zbigniewa Ziobrę do wystąpień telewizyjnych i nadzorowali autoryzację jego wywiadów. Nie są to pieniądze publiczne wyrzucone w błoto?

LESZEK KRASKOWSKI: Wydaje mi się, że nie, ale nie wiem, jak kontrolerzy NIK to działanie zakwalifikowali. Jako nielegalne? Niegospodarne? Nierzetelne?

Adam Łaszyn, ekspert PR, uważa tak samo. Powiedział portalowi Wirtualnemedia.pl, że to  jest potrzebny wydatek i tak robi się na całym cywilizowanym świecie. Do czego jednak ministerstwom potrzebni są PR–owcy, skoro są rzecznicy prasowi?

Równie dobrze można spytać, po co ministerstwa zatrudniają zewnętrzne kancelarie adwokackie, skoro mają prawników na etatach. Widziałem kiedyś w sądzie pojedynek prawnika ministerstwa zdrowia ze znaną kancelarią adwokacką. Nie miał żadnych szans. Wydaje mi się, że tu jest podobnie.

Ale po co mnożyć byty? Nie wystarczą rzecznicy prasowi i wydziały prasowe ministerstw?

Pracownicy wydziałów prasowych są urzędnikami, którzy przygotowują odpowiedzi na pytania dziennikarzy. Z reguły starają się za bardzo nie wychylać. Jak będą się za bardzo angażować i utożsamiać z ekipą, która aktualnie sprawuje władzę, to przyjdzie następna i ich pozwalnia.

Coś w tym jest. Pytałem kiedyś wieloletniego rzecznika PLL LOT, jak udało mu się utrzymać na stanowisku, przyznał, że się nie wychyla.

Kiedy zostałem doradcą ministra Andrzeja Adamczyka i zająłem się PR–em ministerstwa infrastruktury, starałem się zmienić filozofię relacji z dziennikarzami. Uważałem, że trzeba z nimi jak najczęściej rozmawiać i wyjaśniać im najbardziej skomplikowane zagadnienia. Po pierwszych kontaktach z mediami w biurze prasowym wyłożyłem swój plan. Złapali się za głowy i  z niedowierzaniem pytali: „Naprawdę rozmawiałeś z dziennikarzem?”. „To chyba naturalne” – odparłem. „Oszalałeś? Przecież on mógł cię nagrywać! Wszystko powinieneś mieć na piśmie”. Uśmiechnąłem się i zażartowałem: „Też mogłem go nagrywać”.

Kuriozalne. Gdzie władza rekrutuje takich rzeczników?

Nie wiem, skąd wziął się w Ministerstwie Obrony Narodowej Bartłomiej Misiewicz, ale wiem, jak rzeczniczką prasową Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa została Elżbieta Kisil.

Misiewicz z apteki w Łomiankach. Sugerujesz, że Kisil została rzczniczką wyłącznie dlatego, że była żoną kierowcy Jarosława Kaczyńskiego?

Tak. Kompletnie się do tej roli nie nadawała. Jej przykład dowodzi, jak dobiera się kadry.

Jak?

Tragicznie. Wystarczy mieć praktyki dziennikarskie w Radiu Maryja, aby zostać rzecznikiem ministerstwa infrastruktury. Elżbieta Kisil co jakiś czas wywoływała poważne kryzysy medialne.

Jakie?

Na przykład wiosną 2016 roku zakomunikowała, że od 1 stycznia nowego roku wszyscy emeryci, studenci, uczniowie stracą prawa do ulgowych przejazdów koleją i autobusami, co było bzdurą. Okazało się, że rzeczniczka była nie do ruszenia, a obecna władza bije rekordy w zatrudnianiu na stanowiskach rzeczników nieprofesjonalnych ludzi.

Z czego to wynika? Z nepotyzmu? Z zatrudniania „znajomych królika”?

Wydaje mi się, że rzecznikami prasowymi zostają wyłącznie znajomi. Profesjonalizm – poza jednym wyjątkiem: Karolem Manysem w Ministerstwie Cyfryzacji – nie ma żadnego znaczenia. I być może z tego także wynika potrzeba zatrudniania zewnętrznych PR–owców. Ale ja tego nie neguję. Prywatne firmy, notowane na giełdach i mające na etatach profesjonalnych rzeczników prasowych także zatrudniają agencje pijarowskie. Jako doradca PR pracowałem dla wielkiego koncernu, który zatrudniał rzecznika i pięć firm public relations. Obszar działania tej firmy jest tak duży, że do współpracy z mediami potrzeba było kilkudziesięciu ludzi.

Ale jest zasadnicza różnica między spółką giełdową, a urzędem publicznym. Czy w instytucjach utrzymywanych z pieniędzy podatników nie wystarczy rzecznik prasowy, który mówi dziennikarzom prawdę? Pijarowiec kojarzy się opinii publicznej z kłamstwem, kształtowaniem jedynie pozytywnego wizerunku, który niekoniecznie ma związek z rzeczywistością.

Kiedy zacząłem poznawać pracowników biura prasowego żachnąłem się: „Najgorzej będzie wtedy, kiedy każą nam kłamać”. Jednym głosem odparli: „Będziemy kłamać”. Zaprotestowałem: „Będziemy milczeć!”. Rzeczywiście, bywają sytuacje, które zmuszają do milczenia.

Podaj konkretny przykład.

Na Okęciu przeprowadzono testy bezpieczeństwa. Wynajęci do nich pracownicy wnieśli dziesięć walizek z atrapami materiałów wybuchowych. Przeszły przez wszystkie kontrole i trafiły do samolotu.

Opowiadasz film sensacyjny czy prawdziwą historię z lotniska im. Chopina?

Prawdziwą. Ochrona przepuściła „bomby”. Gdyby rzecznik Okęcia to ujawnił, powiedział dziennikarzom prawdę, naraziłby pasażerów na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Po pierwsze: mogła wybuchnąć panika. Ludzie przestaliby korzystać z największego lotniska w Polsce. Straty finansowe byłyby ogromne. Po drugie: moglibyśmy ściągnąć do Polski dżihadystów. Czasami trzeba milczeć, a nawet – dla dobra publicznego – kłamać. Przecież rzecznik musi zapewniać, że lotnisko jest bezpieczne.

Czyli – abstrahując od rynsztokowości porównania – były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz mówiąc o polskich inwestycjach rządowych ”ch...j, dupa i kamieni kupa”, miał rację?

Do pewnego stopnia miał. Po oblanych testach na Okęciu wszcząłem alarm i w rezultacie doprowadziłem do natychmiastowego rozwiązania umowy z firmą ochroniarską Konsalnet. Ministerstwo infrastruktury nie miało najmniejszego pojęcia o wynikach tych testów, bo przeprowadzono je pod koniec rządów poprzedniej ekipy.

To ciekawe, bo z książki „Resortowe dzieci. Służby” wynika, że Konsalnet założył Jerzy Konieczny, były szefa UOP i – krótko – minister spraw wewnętrznych. Konsalnet przepuścił atrapy „bomb”, dziś lotnisko jest chronione lepiej?

Nie znam wyników aktualnych testów, zresztą wyniki poprzednich też poznałem „nielegalnie”.  Mam nadzieję, że jest lepiej. Gorzej być nie może, bo przez kontrolę przeszły przecież wszystkie walizki z „materiałami wybuchowymi”.

Dramat.

Dlatego powiedziałem prawdę o zagrożeniach ministrowi Andrzejowi Adamczykowi. Czytałem potem w oficjalnym komunikacie resortu, że notorycznie przekraczałem swoje uprawnienia. Tak, przekraczałem. Mogłem nic nie robić. Czy pilnowanie bezpieczeństwa leży w zakresie zadań pijarowca ministerstwa? Nie, nie leży. Ale zawsze jako dziennikarz uważałem, że życie ludzi jest ważniejsze aniżeli formalne umocowania i dokumenty. Dlatego podchodziłem do tego po dziennikarsku.

Mówisz o sobie: „ideowy ryzykant”. Czy to – jak powiadasz – „dziennikarskie podejście” nie było przyczyną Twojego konfliktu z ministrem infrastruktury Andrzejem Adamczykiem? Pracowałeś jeszcze dla resortu, kiedy opublikowałeś na Facebooku treść smsa wysłanego ministrowi: „Apeluje do Pana, aby nie robił z resortu infrastruktury pośmiewiska i niezwłocznie podał się do dymisji. To już moja ostatnia rada”.

Pracowałem, ale ochrona nie wpuszczała mnie do mojego gabinetu, a mój komputer zniknął. Sprawa Okęcia to był mój sukces. Ministrowie Mariusz Błaszczak i Antoni Macierewicz potraktowali zagrożenie bardzo serio i natychmiast podjęli działania. Ale wszystkie inne moje sygnały wysyłane do ministra Andrzeja Adamczyka trafiały w próżnię. Na przykład apel o to, aby zrobić porządek w PKP, gdzie nieznana nikomu firma „krzak” – Sensus Group – zainkasowała z kasy PKP 2 mln zł za ochronę Światowych Dni Młodzieży. Zderzyłem się z jakimś „bezpieczniackim” układem, z którym nie dałem już sobie rady.

Może w ministerstwie infrastruktury doszli do wniosku, że nie potrzebują dziennikarza śledczego? Tylko doradcę PR.

Pewnie tak. Kiedy jednak obejmowałem tę funkcję, inaczej widziałem swoją rolę. Miałem prześwietlić nadużycia, jakich dokonano w PKP i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za rządów PO/PSL. Kiedy zebrałem materiały usłyszałem od dyrekcji GDDKiA, że „wszystko jest w porządku i nadużyć nie było”.  Nowa władza szybko usadowiła się w fotelach starej.

Z czego wynika taka inercja? Może do najwyższych stanowisk dochodzą ludzie, dla których nie liczy się interes publiczny?

Minister Andrzej Adamczyk tłumaczył mi, że „za dużo mamy problemów bieżących, aby zajmować się historią”. Tyle tylko, że ta historia była bolesna. Na przykład przy budowie autostrad były złe procedury i wielu podwykonawców straciło majątek życia. Komornicy pozabierali im domy, a oni do tej pory, choć minęły dwa lata, za wykonane prace nie dostali pieniędzy. Telefonował do mnie niedawno jeden z tych bankrutów. Płakał do słuchawki: „budowałem autostradę, mam protokoły odbioru. Główny wykonawca splajtował i nic mi nie zapłacił. Dom mi zabrali. Żona ode mnie odeszła. Córka ze mną nie rozmawia. Mam się powiesić?”.  Paradoks polega na tym, że m.in. na protestach tych podwykonawców obecna ekipa doszła do władzy. W pewnej chwili postawiłem ministrowi ultimatum: albo zrobi porządek, albo ujawnię opinii publicznej, co się dzieje. Branża PR zaczęła wieszać na mnie psy.

Paweł Trochimiuk, prezes agencji Partner of Promotion powiedział Presserwisowi: „Jeżeli PR–owiec myśli o dobru instytucji, jeżeli rzeczywiście wie o rzeczach złych, to powinien się z tym zwrócić do przełożonych, a nie upubliczniać zarzuty”.

Przełożonym ministra jest premier. Trudno, abym z tym szedł do pani Beaty Szydło. Byłem w kontakcie z rzecznikiem prasowym rządu, powiedziałem też o tym największemu przyjacielowi ministra Andrzeja Adamczyka, ministrowi energii, Krzysztofowi Tchórzewskiemu. Powiedziałem po prostu: „dość”.

Nie przebiłeś się ze swoją prawdą. Minister pozostał na stanowisku, Ciebie w resorcie infrastruktury dawno już nie ma. Twoja firma PR straciła też wiele kontraktów. Prawda w życiu publicznym przegrywa?

Firma straciła, ale nie uważam, że przegrałem. Mogę spokojnie patrzeć w lustro, choć moja wizja przegrała. Chciałem przenieść do ministerstwa to, czego nauczyłem się w dziennikarstwie. Wydział Prasowy, kierowany przez rzecznika, miał być odpowiednikiem działu krajowego w redakcji i zajmować się bieżącymi sprawami. Zewnętrzna agencja PR miała zajmować się „dziennikarstwem śledczym”, czyli dużymi tematami. Takimi jak zmiana ustawy o elektrowniach wiatrowych czy system poboru opłat za korzystanie z autostrad.

To była abstrakcyjna wizja. Science fiction.

Zapewne. Obserwowałem urzędników ministerstwa. Pracują tak, aby się nikomu nie narazić i przetrwać kolejne rządy. Dziennikarze z reguły nie mają szans dowiedzieć się czegokolwiek w biurach prasowych. Na pytania dostają zwykle puste odpowiedzi w stylu: „trwają prace”, „resort podejmuje starania celem wyjaśnienia”, „trwają analizy, powołany został zespół” itd. Wszystko na okrągło. Takie odpowiedzi na pytania dziennikarzy czytałem w biurze prasowym ministerstwa infrastruktury. Wściekałem się: „Na miłość boską, po co wy to robicie? Męczycie się, tracicie czas, a dziennikarz i tak z tego nic się nie dowie”. W odpowiedzi słyszałem: „Tak ma być. Zgodnie z prawem prasowym odpowiedzieliśmy, ale przecież nie będziemy informować dziennikarzy, co się u nas faktycznie dzieje. Wiele spraw jest poufnych, wiele w biegu i za wcześnie, aby się nimi chwalić”.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl