BŁAŻEJ TORAŃSKI: Za co podziwia Pan Orianę Fallaci?
REMIGIUSZ GRZELA: Za to, że miała odwagę być dziennikarką bez hamulców. Podziwiam ją z dużego dystansu, bo moja wrażliwość zawodowa jest zupełnie inna, to nie jest moja grupa krwi i najczęściej bardzo nie zgadzam się z jej sposobem rozmawiania, relacjami, jakie tworzyła z bohaterami, jak ich traktowała. Nie zmienia faktu, że podziwiam ją. Jak kierowała armatę na cel i strzelała pytaniami, pozostawały tylko zgliszcza.

Jej dziennikarstwo było agresywne i stronnicze. Jak nieokiełznana natura Fallaci. Wielu żałowało, że zgodziło się na wywiad.
Henry Kissinger, sekretarz stanu USA, którego nie znosiła, przyznał, że spotkanie z Fallaci to najgłupsza rzecz, jaką zrobił w życiu. Dostało mu się od prezydenta Richarda Nixona i części opinii publicznej za to, co powiedział: że czuje się, jak samotny kowboj, szeryf, który wjeżdża do miasteczka, aby je ratować. Tymczasem był doradcą Nixona, a nie prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Dokładniej Kissinger powiedział, że na scenie politycznej czuje się jak samotny kowboj, który wychodzi, żeby robić porządek. Tym razem wyszedł przed szereg.
Wywiad wywołał taką burzę, że – przyznał we wspomnieniach –  była to „najgłupsza rzecz, jaką zrobił w życiu”. A Fallaci, która swoje wywiady komentowała, po przyznaniu Kissingerowi Pokojowej Nagrody Nobla napisała: „biedny Nobel”. W tych dwóch słowach zawarła wszystko.

Sarkazm i ironię.
Kiedy kogoś autentycznie nie znosiła, jak Arafata, z którym spotykała się dwukrotnie, w komentarzu do wywiadu nie pozostawiała złudzeń, co o nim sądzi. Nazwała go idiotą, głupkiem. Nie wiem, czy w historii ktokolwiek poprzedzał zapisy rozmów tak obnażającymi ocenami.

Waliła słowem, niczym siekierą. Nazywano ją zołzą, wiedźmą z Piazza Carlo Erba, od siedziby mediolańskiego tygodnika „L’Europeo”.
Mawiała, że obiektywizm nie istnieje, w czym miała rację. Rację miała też nazywając czyjeś świństwa wprost, po imieniu.

Prezydenta Wietnamu Południowego zapytała, jak bardzo jest skorumpowany, a cesarza Etiopii Hajle Selasje, co myśli o własnej śmierci.
Nie szukała wybiegów. Nie unikała trudnych tematów. Miała konfrontacyjny styl rozmawiania. Wokół swojego dziennikarstwa budowała mit. Na przykład dbała, aby ze spotkań z bohaterami i z jej wyjazdów na wojny w Wietnamie i Kambodży zachowały się zdjęcia. Zawsze obok niej kręcił się fotograf. Chciała opisać historię swego stulecia.

Ale czy nie jest tak, że prawdziwym bohaterem tych rozmów była sama Fallaci?  Rozmówcy są tylko tłem dla niej samej, jakby była sumieniem świata, piętnującym ich błędy, sędzią, rozliczającym z nieprawości i cynizmu rządzących?
Tak, tak. Jak pisała książki reporterskie czy powieści, to ich główną bohaterką była Oriana Fallaci. Stosowała ciekawą, ale prostą metodę narracji: wybierała sobie zawsze kogoś, komu opowiadała historie: ojcu albo ukochanemu, greckiemu rewolucjoniście Aleksandrosowi Panagoulisowi. W dziennikarstwie niewątpliwie czuła się sumieniem świata. Uważała, że jej się należy więcej, aniżeli innym dziennikarzom. Była kompletnie zaskoczona, kiedy przyjechała do Warszawy, aby porozmawiać z kardynałem Stefanem Wyszyńskim, a Prymas jej odmówił. Napisała do niego list, poszła z Danielem Passentem pod Pałac Prymasowski, długo czekała. Wściekła się także, kiedy wywiadu odmówił jej Jaruzelski. Budowała swój mit, ale trzeba przyznać, że była niezwykle pracowita.

Bo chciała być lepsza od innych dziennikarzy, żeby nie traktowali jej protekcjonalnie. Wiedziała, że musi czytać więcej.
Przeglądałem jej notatki, maszynopisy tekstów. Jej przygotowanie się do wywiadów było gigantyczne. Efekty nie były przypadkowe. Fallaci nie była szaloną dziennikarką, która wsiadała do samolotu i leciała na rozmowę z Mu’ammarem al-Kaddafim, Arielem Szaronem, Deng Xiaopingiem czy Mieczysławem Rakowskim i wykazywała się jedynie błyskotliwością. Ona naprawdę musiała wszystko wiedzieć. Szukała dziury w całym. Każda informacja, nawet najbardziej błaha anegdota, wydawała się jej istotna. Wszystko mogło się przydać.

Odmówili jej nie tylko Wyszyński i Jaruzelski. Także prezydent USA Gerald Ford i jugosłowiański dyktator Josip Broz Tito.
Ta lista była długa. Miała już prawie umówioną rozmowę z Fidelem Castro, ale się wycofał. Wtedy Oriana napisała do niego obraźliwy list (śmiech), jak śmiał się wycofać, skoro obiecał. Obraża ją, pisała, jako dziennikarkę. Jej ego było dalece rozwinięte, ale przemawia za nią jakość pracy.  Nikt na świecie nie robił tak błyskotliwych, jątrzących wywiadów z wielkimi politykami, dyktatorami, królami. I te rozmowy były do czytania dla każdego. Ich sława była niebywała. Ukazywały się na czołówkach największych gazet na świecie. Zapracowała sobie na wizerunek jednej z najważniejszych dziennikarek świata, a jednak włoscy dziennikarze, z którymi rozmawiałem, nie chcieli na jej temat się wypowiadać. Miała wizerunek …

… kłótliwej?  Furiatki?
… Niezwykle konfliktowej. Jak się obrażała, to na zawsze. Jeśli ktoś jej wyrządził świństwo, nie uznawała powrotu. Ludzie jej unikali.

Unikali, bo kłóciła się ze wszystkimi: z wydawcami, redaktorami, nawet przypadkowo spotkanymi w restauracji ludźmi. Ponadto bali się jej. Jak wielu polityków.
Była nieprzewidywalna. Z Chomeinim zaczęła rozmawiać o burkach, pytała, jak kobieta może w tym pływać. Spojrzał na nią i rzekł, że grzeszne kobiety nie muszą tego nosić. „Z przyjemnością zedrę tę szmatę” – odparowała Fallaci i zerwała czador. Chomeini wyszedł, trzaskając drzwiami. Wywiad dokończyli następnego dnia, bo Oriana uparła się, że nie wyjedzie, dopóki nie dokończy rozmowy. Nie czuła strachu. Nie miała hamulców. Zdawała sobie sprawę, że robi to dla czytelnika, który oczekuje krwi, jak w dobrej powieści kryminalnej. I chce mieć poczucie współuczestniczenia w tych spektaklach. Stąd brały się zdjęcia, klimat wywiadów, okoliczności, które opisywała. Oriana Fallaci wciągała czytelnika w sam środek tekstów, co jest niewątpliwym mistrzostwem. Nawet, jeśli uznamy, że niektóre jej wywiady były egzaltowane. O Panagoulisie pisze, że wyglądał, jak Chrystus.

Bo była w nim zakochana.
Rzeczywiście zaczęło się to od wywiadu. Ale Oriana Fallaci swoje rozmowy kreowała.

Co jednak było jej największą zdolnością? Nieustępliwość? Śmiałość? Bezkompromisowość? Pasja wyprowadzania swoich rozmówców z równowagi? Umiejętność zdobywania wywiadów od ludzi, z którymi mało kto miał okazję rozmawiać, najważniejszych polityków XX wieku?
To jest prawda. Ale poza pasją, którą trzeba mieć, jej cechą numer jeden była wszechstronność. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, że zaczynała od tekstów sądowo–kryminalnych. Największe pieniądze zarobiła na artykułach o show–biznesie. Pojechała do Hollywood rozmawiać z gwiazdami, obrażała je, poszukiwała Marilyn  Monroe. Była korespondentką wojenną w Kambodży, Wietnamie, w latach 90. poleciała do Kuwejtu. Nie bała się, a warsztatowo była bardzo sprawna. W 1968 roku była ranna w Meksyku. Jak ludzie zaczęli latać w Kosmos zajęła się astronautami. Relacjonowała lot na Księżyc. Napisała o kosmonautach dwie wspaniałe książki. Po raz kolejny weszła w nową sferę i jako dziennikarka ją eksploatowała. I wreszcie stała się dziennikarką polityczną. A po 11 września 2001 roku, ataku na World Trade Center, zaczęła krzyczeć przeciwko islamskiemu radykalizmowi, opisywać nasz strach. Reagowała na najważniejsze światowe impulsy. Miała imponującą karierę zawodową.

Co jeszcze dawało jej przewagę nad innymi? Może zdolność nawiązywania nici porozumienia z władcami świata i zmuszania ich do wyznań? Fallaci w gruncie rzeczy gardziła politykami. W autobiografii „Wywiad z samą sobą” napisała: „Kiedy pomyślisz na przykład, że taki pijak jak Jelcyn był carem, a taki ignorant jak Wałęsa symbolem wolności, to nogi uginają się pod człowiekiem”.
Na Wałęsie nie robiło to wrażenia, ale na pewno  sława dziennikarki, która przeprowadza wywiady z wielkimi politykami była tak duża, że ludzie władzy się z nią liczyli. Wywiady były przedrukowywane w milionach egzemplarzy, więc politykom zależało na tym, aby z nią rozmawiać, zwłaszcza, że świat był podzielony, istniał blok sowiecki. Dla niej te granice nie istniały. Jej propozycje odrzucali tylko ci, którzy uważali, że nie poradzą sobie albo że nie przystoi im z nią rozmawiać. Większość się godziła. Rakowski, jak wynika z jego „Dzienników politycznych” był z tego dumny. Rosjanie się poobrażali, ale wszędzie indziej go chwalono.

Jej wywiady straciły jednak na aktualności. Wydarzenia, o których rozmawiała, wyblakły w zbiorowej pamięci. Czy można z nich odczytać, dlaczego budziły tak silne kontrowersje? Czy nadal przemawiają?
Dla mnie przemawiają, bo są śladem czasu. Warto po nie sięgnąć, aby zrozumieć kontekst historyczny. Czyta się je nadal z emocjami, jednak pozostawiły też pewien smutek, refleksję nad tym, jak bardzo zmieniło się dziennikarstwo. Dzisiaj trudno jest opisać świat, spojrzeć mu w oczy, w sposób, w jaki ona to robiła. Dziennikarstwo bazuje na bieżących wydarzeniach, nie kojarzy ze sobą faktów, związków przyczynowo–skutkowych, nie nawiązuje do przeszłości, do źródeł zjawisk. Ona to robiła. I podziwiam w niej również, że spotykała się ze swoimi przeciwnikami, ludźmi myślącymi odmiennie. Rozmawiała z partyzantami i pytała: O co wam chodzi? Dlaczego wysadzacie nasze samoloty w Europie? Jej dziennikarstwo nie polegało tylko na pytaniu i komentowaniu. Brała na siebie wysiłek przekonania tego, z kim rozmawia (sic!). Jak się czyta jej wywiady, na przykład z dyktatorami, mówi, jaki jest jej punkt widzenia. Nawet fedainom próbowała pokazać, że na początku byli ludźmi jak my wszyscy, bez nienawiści, pokazać im to czyste miejsce, z jakiego wyszli. W rozmowie z George'em Habaszem, palestyńskim lekarzem i terrorystą dociekała, jak to możliwe, że zajmował się ratowaniem ludzkiego życia, a teraz zabijaniem. Pan był szlachetnym człowiekiem, po drugiej stronie, co się z panem stało?, pytała. Niech pan pokaże ten moment. I rzeczywiście, co pan powiedział, mogła brać na siebie głos sumienia świata. To jest klucz do jej osobowości. Podziwiam, że umiała tym ludziom przekazać, jaki jest głos drugiej strony.

Mam też wrażenie, że jej prowokacja służyła odkrywaniu mechanizmów sprawowania władzy i nikczemnych charakterów światowych przywódców.
Bez wątpienia. Absolutnie się z tym zgadzam. Nagle do nich strzelała (śmiech) i wtedy musieli powiedzieć prawdę, albo się zdemaskować, albo się jakoś bronić.

Ale nie mogli pozostać wobec tych pytań obojętni.
Absolutnie taka była siła jej dziennikarstwa.

Włoska dziennikarka Cristina De Stefano, autorka książki „Oriana Fallaci. Portret kobiety” nie interesuje się polityką, więc skoncentrowała się na życiu osobistym i uczuciowym swojej bohaterki. Żebrzącej o miłość, bezbronnej. Czy Pana biografia Fallaci jest polityczno–polemiczna?
To jest inna książka, portret Oriany Fallaci i jej epoki. Opowiadam świat, który ona opisała. Bywam wobec niej polemiczny, ale staram się uczciwie przekazać, co myślała, jakie w tamtym czasie było jej znaczenie w dziennikarstwie i jak ono słabło. Przez 20 lat nie zabierała głosu i nagle, po zamachu na World Trade Center wróciła z inną, bardzo radykalną twarzą „wariatki”. Dla jednych była zbyt prawicowa, dla drugich nadmiernie lewicowa. Nieliczni, z jej dawnych kolegów, dziś otwarcie się do niej przyznają. Żadna książka nie wywołała jednak w ostatnich latach takiej debaty, zamieszania, jak jej „Wściekłość i duma”. Nagle świat zaczął rozmawiać o jednym tekście. Nie była to książka przypadkowa, tylko rezultat trzydziestu lat  jej pracy dziennikarskiej, pisania o islamie. Próbuję pokazać, dlaczego postanowiła zabrać głos, jaka była chronologia wydarzeń, jaki rezonans i jak w gruncie rzeczy tą książka Fallaci oddalała się od świata. Po tej książce wszyscy się od niej odwrócili, straciła przyjaciół. Zerwano z nią kontakty, bo stała się osobą niebezpieczną ze względu na poglądy, wrogiem dla Państwa Islamskiego. Groziła jej śmierć.  

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl