Irena Piłatowska–Mądry twierdzi, że w reportażu radiowym nie tyle interesuje ją historia jako taka, ale podróżowanie w głąb człowieka. Czy taka jest również Panów motywacja?
Waldemar Kasperczak: Zdecydowanie tak. Reportaż niesie emocje, a żeby je wyzwolić trzeba się dobrać do wnętrza człowieka. Żeby nam na to pozwolił konieczne je zdobycie jego zaufania. Bohater musi w naszej obecności czuć się bezpieczny i mieć przekonanie, że nie chcemy mu zrobić krzywdy.
Henryk Dedo: W dokumencie najbardziej interesujący jest człowiek. Pokazanie jego wewnętrznego świata, myśli, z jakimi się mocuje. To wpływa na jego wybory, decyzje. Człowiek jest taki, jakie są jego myśli.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska.
HD: Dopóki się nie zdejmie z bohatera jego zewnętrznej warstwy, nie dobierze do jego wnętrza, jego wewnętrznego świata, nie zna się o nim prawdy. Dlaczego jego życie tak przebiegło, dokonał takich, a nie innych wyborów.
Reportaż zaspokaja potrzebę refleksji, jak literatura. Pozwala dostrzec więcej w relacjach między ludźmi. Jak udaje się Wam przełamać bariery, nakłonić niejednokrotnie do intymnych zwierzeń?
HD: Ludzie wyczuwają, choćby podświadomie, czy dziennikarz nie chce ich wykorzystać instrumentalnie. Czy naprawdę jest zainteresowany jego osobą, chce wysłuchać jego historii, przyszedł tylko dla niego, czy tylko dla siebie, aby zrealizować materiał. Człowiek powinien być ważniejszy od jego historii.
WK: Liczy się też czas, jaki dziennikarz powinien poświęcić tej osobie. Nie można od razu wyjąć mikrofonu, podetkać pod nos, bo mikrofon ludzi paraliżuje. Trzeba zbudować taką relację, aby bohater zapomniał o mikrofonie. Zaprzyjaźnić się z nim, rozmawiać nie godzinę czy dwie, ale czasami dwa, trzy dni. Kiedy Henryk realizował materiał o bezdomnych nie tylko z nimi rozmawiał, ale także żył: spał i jadł. Bariery nieufności często przełamuje wspólny posiłek. Ze łzami w oczach ludzie opowiadają to, o co nam chodzi.
HD. Pamiętam bohatera reportażu, z którym jeździłem przez trzy dni od szóstej rano do dwudziestej trzeciej. Mówił już bez emocji, powtarzał frazy, jakby wcisnąć przycisk magnetofonu, jak katarynka. Był sztuczny, nieprawdziwy. Dopiero trzeciego dnia, kiedy siedzieliśmy wspólnie przy kolacji, przy stole, wszyscy domownicy poszli już spać, coś w nim pękło i zaczął mówić, jakby pierwszy raz w życiu opowiadał tę historię.

Ano właśnie. Czasami można nagrać kilkanaście godzin i cały ten materiał idzie do kosza, bo nagle bohater się przełamał, wreszcie dotknął prawdy.
WK: Dokładnie tak było z materiałem, o którym Henryk mówił.  Poszedł do kosza, bo nie łapał za serce. Nie było emocji. Jeżeli historia opowiedziana jest bez emocji, robienie reportażu mija się z celem.
HD: Pamiętam kolejnego bohatera, Bogusia, który otworzył się niezwykle głęboko w nietypowej sytuacji. Siedzieliśmy w kawiarni. Dobiegał stukot mytych naczyń i włączający się ekspres do kawy, ale wiedziałem, że nie mogę odpuścić, bo nigdy więcej nie opowie równie prawdziwie tej historii.  Często włączam mikrofon, zanim człowiek jest świadomy, że go nagrywam. W ten sposób oswaja się i jest o wiele bardziej prawdziwy.
WK: Ważne jest skrócenie dystansu z rozmówcą. Gdybym przyszedł do rozmówcy jako „pan z radia, który pokazuje swoją wyższość” byłbym od razu na spalonej pozycji. Nie miałbym szans na prawdziwe nagranie. Chodzi o to, aby przed bohaterem reportażu nie brylować, nie gwiazdorzyć, nie próbować „być górą”. Lepiej, jak ma on poczucie, że dominuje nade mną. Sztuką jest zbudowanie relacji porozumienia z tym człowiekiem.
HD: Z drugiej strony dziennikarz nie może też dać się uwieść rozmówcy. Potrzebne są tu wyczucie, mądrość, delikatność. To jest sztuka, której autor reportażu uczy się czasami boleśnie.

 

Jury konkursu Melchiory’ 2017 przyznało Wam wspólny tytuł Radiowego Reportażysty Roku „za niezwykłą wrażliwość w poszukiwaniu prawdy swoich bohaterów, pokazywanie piękna człowieka w sytuacjach, zdawałoby się, bez wyjścia”. Tak był też w przypadku 99–letniego pastora i pszczelarza Wincentego Bryćko, o którym zrealizowaliście reportaż „Szepty dzieciństwa”?
 

WK: Mamy kilkanaście ulubionych reportaży, „Szepty dzieciństwa” są wśród nich. Spotkanie z tym człowiekiem było wyjątkowe, gdyż wzbogacił nas niesłychanie swoją mądrością, wrażliwością i prostą miłością.
HD: To był niezwykle szlachetny człowiek. Pamiętam, jak siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Na stole stał słoik z miodem, leżał chleb, masło. Pies zaszczekał. Przeżyliśmy z nim kilka godzin. Opowiadał i oprowadzał nas po swoim świecie. Jego ciepło i szlachetność oddziaływała na jego córki i wnuków. Dwa miesiące temu dostałem mejl od jego wnuka. Pisał w nim jak z grupą trzydziestu motocyklistów zajechał do domu, w którym mieszkał jego dziadek i puścił im nagranie tej audycji. Poszedł zrobić herbatę i myślał, że jak wróci, będą rozmawiać o motocyklach i piwie. Tymczasem oni w ciszy z małego głośnika wychwytywali każdy dźwięk, a potem nagle silnie się otworzyli. Zaczęli opowiadać o historiach swoich rodziców, dziadków.
WK: Mając kontakt z człowiekiem takiego kalibru, jak Wincenty Bryćko, trzeba być niezwykle ostrożnym, aby nie kreować siebie. Najważniejszy jest bowiem ten człowiek i jego historię – przepuszczoną przez naszą wrażliwość i warsztat –należy opowiedzieć tak, aby nas tam nie było. Wtedy dotkniemy prawdy.

Pastor należał do ludzi prostych, bez formalnego wykształcenia, a równocześnie głęboko mądrych. Jego córka mówi w „Szeptach dzieciństwa”, że nie przeczytał żadnej książki psychologicznej, a wiedział, jak żyć. Wszędzie dostrzegał piękno. Nawet na liściu akacji.
WK: Zachwycał mnie swoją prostotą. Doszukujemy się magii w fajerwerkach, a nie zauważamy gwiazd na niebie. On dostrzegał piękno stworzenia i kochał w prosty sposób. To mnie powala. Chciałbym, aby o mnie dzieci mówiły tak, jak o nim jego córki.
Wspominały, jak głaskał je po rękach, drapał po plecach, pokazywał budzącą się wiosnę i wzlatujące ptaki. Klękali w lesie i modlili się cicho wielbiąc Boga.
WK: Proste gesty i szczera miłość.
HD: Pan Bóg, o którym nie mówił wprost, obecny był w każdym jego geście i słowie. W codzienności. Oczywiście chodził ze swoimi córkami do kościoła, którego był pastorem, ale zabierał je także do lasu, na łąkę, aby podziękować Bogu za pierwsze źdźbła trawy. Żył z Bogiem na co dzień i był mu wdzięczny. Dzielił się z nim  życiem. Trochę, jak Tewji Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu”, który cały czas rozmawiał z Bogiem albo się z nim kłócił.

Głupi jest człowiek, jak mówi, że Boga nie ma. Wszystko jest mądrze uczynione, wszędzie jest rozum – mówi w Waszym reportażu Wincenty Bryćko.
HD:
Nie miał formalnego wykształcenia, ale jego logika była ostra, jak brzytwa.  
Także w ostatniej wypowiedzi: „Jakbyśmy się zbliżali do końca, skoro ludzie się Boga nie boją, nie liczą się z nim”. Myślał o końcu swego życia na Ziemi, czy szerzej, proroczo, że nasz świat jest w zagrożeniu?
WK: Odbieram tę refleksję globalnie: skoro giną pszczoły, bo o nie nie dbamy, to my, ludzie, nie przeżyjemy. Zabraknie nam pożywienia. Jeśli nie będziemy zabiegać o relację z Panem Bogiem, to duchowo wyginiemy.
HD: Pan Bóg jest źródłem życia człowieka. Jeśli ta nić zostanie przerwana, to w człowieku zabraknie życia. Dostrzegał to umieranie, coraz słabszy związek człowieka ze Stwórcą.

A czy przetrwa reportaż radiowy? Wymaga on ciężkiej pracy, cierpliwości, uporu. To kosztowny gatunek dziennikarski.
WK: Przetrwa, dopóki będą dziennikarze zajmujący się tą formą, pasjonaci ciekawi świata oraz drugiego człowieka, a wydawcy znajdą czas antenowy. Jeśli tego zabraknie, nikt nie będzie realizował reportaży do szuflady.
HD: Reportaż z natury rzeczy powstaje dla emisji. To wielkie wyzwanie przed radiofonią. Dla mnie reportaż radiowy to kawał prawdy o życiu, o rzeczywistości w świecie zalanym plastikiem. Mądre są rozgłośnie, które to doceniają. Ludzie są zmęczeni plastikiem, popelinową produkcją, chcą dotykać prawdy. A reportaż radiowy, choć dysponuje tylko jednym środkiem przekazu – głosem, najlepiej w twórczości medialnej dotyka prawdy o rzeczywistości. Komunikuje się bowiem z wyobraźnią człowieka. Dlatego powstają piękne opowieści.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl