Z Arturem Szeremetą o brytyjskim poczuciu humoru, sztuce pisania felietonów i myśleniu o tym, co się pisze rozmawia Błażej Torański.

Lubi Pan Latający Cyrk Monty Pythona?

Bardzo. Jest to jeden z pierwszych programów satyrycznych, jakie w życiu oglądałem. Zapamiętałem obrazy z dzieciństwa, kiedy emitowała je telewizja publiczna. Niewiele rozumiałem, ale próbowałem oglądać. Lubię humor brytyjski. Na przykład Terry’ ego Pratchetta, godnego reprezentanta tego poczucia humoru.

Pratchett jest pisarzem fantasy i science fiction. Opisuje historie pogmatwane, pełne dziwnych zdarzeń. Brytyjski humor charakteryzują absurdalne skojarzenia pojęć i obrazów, nonsensowne scenki, zaburzenia chronologiczne. Takim językiem Pan się posługuje?

Lubię absurdalne poczucie humoru, więc staram się operować zaskakującymi skojarzeniami. Felieton mi w tym pomaga, jest piorunochronem, jak czasami zewsząd uderzają  wokół złe zjawiska. Pozwala spojrzeć z dystansu na rzeczywistość. Sprowadzanie opisu rzeczywistości do absurdu bardzo w tym pomaga.

W ten sposób odzyskuje Pan energię?

Na początku w moim pisaniu było wiele młodzieńczego żaru. Teraz, z biegiem lat, nabieram więcej dystansu do tego, co opisuję. Staram się patrzeć na rzeczywistość chłodniejszym okiem. Jeśli jednak coś mnie zdenerwuje, wyjątkowo się nie spodoba, pisanie pomaga mi rozładować emocje, wyrzucić z siebie przemyślenia na aktualny temat. Przy tym ważne jest dla mnie, aby przy konstruowaniu myśli nie popadać w przesadę.

Na Facebooku prowadzi Pan blog „Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków”. Za każdym razem nawiązuje Pan do aktualnego, głośnego wydarzenia. Znalazł Pan oryginalny język wypowiedzi.  O debacie nad ustawami o sądach i KRS pisze Pan tak: „Naszym zdaniem i naszych frendów z kolektywu również, są to projekty złe dla Polski, złe dla społeczeństwa, które tylko wzmacniają Dudę i Kaczafiego”. Takim językiem wypowiada się młode pokolenie?

To jest karykatura sposobu porozumiewania się, w którym na siłę młodzi ludzie wtrącają anglicyzmy, zwroty, które nie mają jakiegokolwiek osadzenia w naszej kulturze i języku. W moich tekstach pojawia się też system słowotwórczy, który ma być kalką wymowy „postępowej”. Zakłada ona maksymalną wrażliwość, nieobrażanie nikogo, uważanie na to, aby język nie był opresyjny. Chodzi mi o to, aby wykpić i przedstawić w krzywym zwierciadle taki sposób komunikowania się. Słowa poważne, jak faszyzm, przestają mieć w tej nowomowie znaczenie. Faszyzmem można bowiem nazwać wszystko. Nadużywanie pewnych pojęć powoduje, że nie znaczą one już tego, co znaczyły pierwotnie.

Tak bełkotliwie wypowiada się „pokolenie korpo”? Mają siano w głowach?

Niektórzy tak, ale trudno o jednoznaczną diagnozę. Prawda leży między skrajnościami. Proszę jednak pamiętać, że to jest satyra, karykatura zjawisk i siłą rzeczy muszę to wyolbrzymiać. Przyjąłem taki punkt odniesienia. Nie uważam jednak, aby istniał „język pokolenia”. Mam cicha nadzieję, że większość młodych ludzi tak ze sobą nie rozmawia. Przyjąłem sobie do opisania jedynie wycinek rzeczywistości. Można założyć, że ludzie, którzy mieszczą się w tym fragmencie tak ze sobą rozmawiają, a ja sobie to obrałem za cel.

Niewątpliwie jest to śmieszne. Jak w „Latającym Cyrku Monty Pythona”: „Celebryci, którzy chcą wbić ostrą szpilę w nadęte pośladki partii rządzącej lub wąsatego janusza z podkarpacia, zarzucają często, iż są oni >>spoceni<<. Takim sposobem osoba >>spocona<< kojarzy się automatycznie z wąsami, cebulą, 500+ i obciachem”.

Miło mi to słyszeć, bo serial był zabawny i niewątpliwie ma wpływ na sposób mojego pisania. Jeśli te echa są w mojej twórczości widoczne, to poczytuję to sobie jako duży komplement.

Dobrze się Pan bawi pisząc te felietony?

Od zabawy się zaczęło. Historia „Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków” narodziła się na Facebooku siedem lat temu. Fanpage zdobywał stopniowo popularność, kiedy skontaktował się ze mną z propozycją stałej współpracy Andrzej Horubała z tworzonego pięć lata temu tygodnika „Do Rzeczy”. Było to dla mnie wielkim wyróżnieniem, bo wiadomo, że na Facebooku każdy pisać może. Mam stałą kolumnę.

Odpowiada Panu rola prześmiewcy, ironisty, szydercy?

Szydercy – nie. Ironisty i prześmiewcy – tak. Z perspektywy felietonisty – autora rubryki satyrycznej, karykatury zjawisk, postaw i poglądów – ma się prawo do czegoś więcej, aniżeli gdyby opisywać rzeczywistość w sposób poważny. Mam prawo przesadzać. Ironia też może być przesadna. Warto coś uwypuklić. Odpowiada mi taka rola, bo wole się cieszyć, śmiać, aniżeli smucić. Łączę więc przyjemne z pożytecznym i bardzo dobrze się bawię.

A już wydawało się, że zawody satyryka i felietonisty są na wymarciu, bo wystarczy włączyć telewizor, posłuchać polityków i od razu można pęknąć ze śmiechu.

Ze śmiechu albo z zażenowania. To prawda: rzeczywistość bywa zabawniejsza od śmiałych pomysłów satyrycznych i felietonistycznych. Różnica między nami jest taka, że politycy na każdy temat wypowiadają się śmiertelnie poważnie. Albo przynajmniej wierzą w to, co mówią. Albo udają. Rola felietonisty jest sprecyzowana. Polega na pokazaniu w krzywym zwierciadle, wypunktowaniu, wyśmianiu. Myślę, że blogi satyryczne będą zyskiwać na popularności. Chciałbym też, aby mój fanpage był traktowany, jako światopoglądowy, kojarzony z wartościami konserwatywnymi. Po prawicowej stronie Facebooka jest wielu wartościowych twórców, którzy  świetnie piszą. Liczę, że w przyszłości także będą dostrzegani, bo na to zasługują.

Odbierając Nagrodę Złotej Ryby powiedział Pan, że felietoniści wpływają na czytelników. Pańskie felietony zmieniają rzeczywistość?

Ze zdziwieniem odkryłem, że charakterystyczne zwroty, którymi operuję w swoim pisaniu, przenikają do potocznego języka. Zacząłem wprowadzać archetyp wąsatego Janusza z Podkarpacia. Jadąc kiedyś do pracy usłyszałem w jednej ze stacji radiowych, jak prowadzący opowiadają o tym Januszu z Podkarpacia. Słyszę też od czasu do czasu na ulicy czy w autobusie moje sformułowania.

Jak „piwerko ze sprajtem”?

Albo Kaczafi.

Jarosław Kaczyński.

Jest wiele interpretacji. Po ukazaniu się mojej książki zobaczyłem na jednym z forów internetowych wpis, przytoczę z pamięci: „Autor stworzył coś w rodzaju nowego języka. Jestem ciekawy, czy śpi z tym spokojnie” (śmiech). Dało mi to do myślenia, jaka jest tego skala popularności. Kiedy udzielałem wywiadu redaktorowi Piotrowi Legutce do „Gościa Niedzielnego” usłyszałem od niego, że chyba sam nie zdaję sobie sprawy ze skali swojej popularności. Chociaż docierały do mnie sygnały, że moje pisanie w pewnych kręgach prawicowych jest niezwykle popularne. Pomyślałem, że jest to także wpływ językowy.

Krystyna Grzybowska powiada, że felieton jest koroną na głowie dziennikarstwa, gatunkiem luksusowym. Jako felietonista ma Pan poczucie noszenia korony, skoro dostrzega Pan oznaki popularności?

Nigdy nie myślałem w ten sposób. Zwłaszcza, że trudno mi się uznać za dziennikarza. Czuję się tylko po trosze felietonistą, autorem komentarzy, może satyrykiem. Nie chcę wyjść na bufona, więc na tym poprzestanę. Jedno jest pewne: cieszę się, że moja twórczość została doceniona przez przyznanie mi Nagrody Złotej Ryby.

Jej zdaniem felieton nie atakuje, ale – poprzez inteligencję, erudycję, dobór słów czy fraz – załatwia: przeciwnika politycznego, głupotę, tępotę, chamstwo. W którym z tych obszarów najczęściej tnie Pan swoim piórem?

Wymyśliłem sobie i wymarzyłem – chciałbym, aby tak wyglądało – że przede wszystkim wbijam szpilę w głupotę i tępotę. Chciałbym też tępić usilną, wymyśloną, lewacką  postępowość. Mam w końcu konserwatywne poglądy.

Ś.p. Maciej Rybiński, mąż Krystyny Grzybowskiej, był mistrzem felietonu, znanym z erudycji, poczucia humoru, ciętego języka. Czerpał Pan z jego doświadczeń? Uczył się pisania z jego felietonów?

Bardzo ceniłem twórczość Macieja Rybińskiego, ale moje pisanie jest osadzone w moim patrzeniu na świat. Moje teksty nie są klasycznymi felietonami, bardziej komentarzami satyrycznymi do spraw bieżących. Napisane są językiem, który wypracowywałem przez kilka lat. Mam wrażenie i nadzieję, że mój styl jest charakterystyczny.

Recepta na felieton Macieja Rybińskiego była taka: chodzi o to, żeby wziąć czyjeś poglądy, jakiegoś fantasty, nawiedzonego ideologa czy hochsztaplera i wyciągnąć z nich logiczne wnioski. Pan tak postępuje?

Staram się z poglądów wyciągnąć logiczne konsekwencje, aby wykazać, że te opinie są abstrakcyjne, absurdalne, bez sensu. Jak ponad pięćdziesiąt płci, rodzajów psychiki, wymienionych na Facebooku.

To dokładnie tak, jak u Macieja Rybińskiego, który dopowiadał, że trzeba te poglądy wyciągać coraz dalej, cały czas z żelazną konsekwencją, by w końcu obnażyć ostateczny skutek – kompletny absurd albo efekty wręcz odwrotne od zamierzonych.

Podpiszę się pod tym obiema rękami. Czasami tak się dzieje, że moi bohaterowie walczą z problemami, jak w socjalizmie. Sami je sobie stwarzają i poza nimi nikt takich problemów nie zna.

Nagroda Złotej Ryby daje Panu motywację?

Odbierając tę nagrodę przypomniały mi się słowa wypowiedziane do Macieja Rybińskiego, kiedy odbierał Nagrodę Kisiela. Powiedziano o Nim, że pisze, bo myśli. Bardzo mi się podoba ta zależność i chciałbym w ocenie mojego pisania dostrzegać przebłyski tej wypowiedzi. Byłbym dumny, gdyby mówiono o mnie: „W tym, co pisze, widać, że facet myśli”.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl