BŁAŻEJ TORAŃSKI: Ma Pan silnie rozwiniętą intuicję? 

WOJCIECH BOJANOWSKI: Dla dziennikarza ważne jest, aby czuł, czy jakaś historia ma potencjał, jest tematem, w który warto zainwestować czas i energię. Myślę, że mam taki zmysł, bo wierzę w ludzi i nigdy się na nich nie zawiodłem. 

Realizując dla „Superwizjera” TVN reportaż „Śmierć w komisariacie” o Igorze Stachowiaku przeczuwał Pan, że wstrząśnie opinią publiczną? 

Nie myślałem o tym i nie zastanawiałem się. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem nagranie z paralizatora, na którym Igor Stachowiak wije się na podłodze toalety komisariatu półnagi, skuty w kajdankach, z wbitymi w ciało stalowymi elektrodami, jest męczony i torturowany przez kilku policjantów, to mocno mnie to ruszyło, cały czas miałem przed oczami tę scenę. Przeglądałem ten materiał kilkadziesiąt, a może kilkaset razy, za każdym robił na mnie ogromne wrażenie. Przyszedł moment, w którym poczułem, że nie mogę tego zaakceptować. Że muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby do takich sytuacji już nie dochodziło. Nigdy nie zastanawiam się, jakie reakcje wywoła mój reportaż, czy wstrząśnie opinią publiczną. Zakładam jednak, że jeśli cokolwiek mnie bulwersuje, głęboko porusza, ma  potencjał, żeby poruszyć również widza. 

Patrząc na tortury w polskim komisariacie przelatywały Panu przed oczami klatki filmów o juntach wojskowych w Ameryce Łacińskiej? 

Nasuwały mi się skojarzenia ze scenami z więzienia w Guantanamo na Kubie. W swojej reporterskiej pracy widziałem wiele wstrząsających obrazów. Na przykład na Ukrainie po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu: kilkaset ciał rozrzuconych na polu, w tym kobiety, dzieci, ich zabawki i niedoczytane książki. Takie obrazy pozostają w pamięci na długo. Trudno o nich zapomnieć. Śnią się po nocach. Tak po ludzku trudno się z tym pogodzić. Myślę, że każdy człowiek nosi w sobie wewnętrzny „miernik poruszenia”.

Jeśli u mnie dochodzi do czerwonego krańca skali uznaję, że muszę tę historię opowiedzieć, żeby potencjalni odbiorcy takiego materiału poczuli, że być może coś w tej rzeczywistości warto byłoby zmienić. 

Pracował Pan nad tym reportażem przez rok, odwiedzał Wrocław ze trzydzieści razy. Co Pana napędzało? Adrenalina? Pragnienie dojścia do prawdy? 

Motywuje mnie zawsze zagadka, tajemnica i elementy układanki, które do siebie nie pasują. Podczas tych wyjazdów kilka razy trafiałem w ślepe uliczki. Coś na początku wydawało się interesujące, ale po zweryfikowaniu okazywało się, że informacje były zupełnie nieprawdziwe. Tym bardziej byłem ostrożny w sprawdzaniu kolejnych hipotez. Zależało mi na tym, aby w reportażu znalazło się wyłącznie to, co z każdej strony zostało zweryfikowane i potwierdzone w co najmniej kilku źródłach. Bezdyskusyjne. Mnie napędza ciekawość. Najprostsze na świecie dążenie do poznania prawdy. Zwykle, jak na światło dzienne wychodzi taka sprawa, szybko kształtuje się publiczna narracja, zbiór powszechnie obowiązujących interpretacji i ocen. 

Działa psychologia tłumu. Opinia publiczna wydaje werdykt. Bywa, że dokonuje linczu. Z rysopisu Igor Stachowiak miał przypominać mężczyznę podejrzewanego o oszustwo. 

Tymczasem w śledztwie dziennikarskim stopniowo ustalałem, że tej narracji przeczą fakty. Z trudem docierałem do świadków, którzy kwestionowali obraz sytuacji przedstawiony przez policję. Staram się przyglądać każdej sprawie z wielu perspektyw. W dziennikarstwie nie warto podążać za tłumem. I chodzić po utartych i wytyczonych już ścieżkach.  Dla przykładu, byłem w miejscach kilkunastu zamachów terrorystycznych. Ale nie widzę sensu, żeby ustawiać kamerę wśród kilkudziesięciu innych. Po ataku terrorystycznym na jarmark w Berlinie nie pojechaliśmy na miejsce tragedii, gdzie byli wszyscy, tylko jako jedyni, zlokalizowaliśmy parking, z którego ta ciężarówka została porwana.

O siódmej nad ranem udało mi się dotrzeć do baru z kebabem, gdzie po raz ostatni widziano kierowcę przed śmiercią. Warto zawsze szukać odmiennej perspektywy albo z rezerwą lub nawet niedowierzaniem podchodzić do powszechnie utartych poglądów i sądów.  

Najmocniejsze sceny w „Śmierci w komisariacie” są na opublikowanym przez Pana nagraniu z … paralizatora. Wiedział Pan wcześniej, ze paralizator może także nagrywać? 

Oczywiście, że nie. Dla mnie piękno dziennikarstwa polega także na tym, że przez rok mogłem stać się niemal ekspertem od paralizatorów. Przeczytałem wszystkie możliwe instrukcje użycia tego urządzenia. Przez kilka godzin rozmawiałem z rzecznikiem  firmy, która je sprzedaje. Wiem dokładnie jak się je obsługuje. Jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli policjanta, który sięga po paralizator, kamera włącza się automatycznie od razu kiedy urządzenie jest  w stanie gotowości do strzału. Gdyby ktokolwiek zakwestionował, czy paralizator został użyty właściwie, zapis obrazu będzie dowodem chroniącym – albo obciążającym – policjanta. W przypadku Igora Stachowiaka policjant od razu wystrzelił z paralizatora. Nie odczekał tych kilku sekund. Film, który można zobaczyć w reportażu, zaczyna się od pierwszej sekundy zarejestrowanego nagrania.

Odezwał się w nim instynkt zwierzęcy?

Nie wiem i nie oceniam tego. Bardzo mi zależało na tym, aby narracja reportażu była wyważona. Jestem daleki od tego, aby oceniać tych policjantów. Rolą dziennikarza jest relacjonować, pokazywać fakty, a nie oceniać to co się wydarzyło.

Niech oceniają widzowie i organa ścigania.

Widzowie i wymiar sprawiedliwości. Jestem daleki od piętnowania policjantów, a po ludzku jest mi ich nawet zwyczajnie szkoda.

Szkoda oprawców?

System, w którym pracują, nie pozwala im się wyłamać. Jest presja na wyniki, zarobki są niskie, a szeregowi policjanci z każdej strony dostają po głowie. Chciałbym, żeby był tam jakiś wentyl bezpieczeństwa - tak, żeby policjant, który sprzeciwia się takim zbiorowym przemocowym zachowaniom miał z kim o tym pogadać i czuł się bezpiecznie. W tej sytuacji uczestniczyło wiele osób i zabrakło kogoś, kto powiedziałby: „Chłopaki, zapędziliśmy się trochę! Pogubiliśmy się!”.

W takich sytuacjach niestety działa myślenie grupowe i jest pokusa, żeby za wszelką cenę „chronić swoich” motywując to fałszywie rozumianą dbałością o dobre imię instytucji. Znam skandynawski przykład, kiedy strażnicy więzienni sami przeprowadzili dochodzenie w sprawie znęcania się jednego ze strażników nad więźniem. Uznali, że to leży w interesie ich służby. Że w ten sposób najlepiej przysłużą się Służbie Więziennej. Zrobili to sami, zamiast czekać aż sprawą zainteresują się dziennikarze czy prokuratorzy. Uznali, że usunięcie z ich szeregów oprawcy jest najlepszym sposobem na ochronę ich dobrego imienia. Życzyłbym sobie, żeby polska policja ze sprawy Stachowiaka wyciągnęła podobne wnioski. Czekam z nadzieją i obserwuję.

W Polsce – w wielu środowiskach zawodowych: od lekarzy po sędziów – dominuje hipokryzja i ręka rękę myje. Nie ma skandynawskiej transparentności.

To naturalna pokusa, że różne grupy starają się chronić swoich.

Wahał się Pan czy opublikować nagranie z paralizatora?

Myślałem o tym zwłaszcza z punktu widzenia rodziny Igora Stachowiaka. Dla nich oglądanie tych scen było bardzo trudnym doświadczeniem. Powiadomiłem ich, że takie nagranie zostanie opublikowane. Po drugie: kontrowersje może budzić emisja tak brutalnego nagrania zarejestrowanego kilkanaście minut przed śmiercią. Pytano mnie po emisji reportażu, czy nie mogłem tych scen omówić albo pokazać tylko stop–klatki. Uznaliśmy, że trudno zaakceptować taką rzeczywistość w polskim komisariacie policji i ukryć to w jakiś sposób przed opinią publiczną. To jest zapis brutalnej, ale jednak rzeczywistości. W taki sposób potraktowana została osoba, za którą w momencie zatrzymania odpowiedzialność przejęła policja. Policja, czyli polskie państwo. Kierowaliśmy się interesem społecznym. Chcieliśmy zwrócić uwagę na poważny problem. Mam nadzieję, że jeśli jeszcze kiedykolwiek w Polsce dojdzie do podobnej sytuacji, to funkcjonariuszowi, który zechce użyć paralizatora do wymuszania odpowiedzi na pytania, palec na spuście się zatrzyma.

Jak Pan zdobył to nagranie?

Metodami dziennikarskimi. 

TVN nie płaci za takie nagrania?

Nie. Nigdy tego nie robiliśmy. To byłoby nieuczciwe i miałbym poważne zastrzeżenia co do wiarygodności takiego materiału. Ponadto ja wierzę w ludzi. Często zgłaszają się do nas z materiałami, bo ich wewnętrzne mierniki zbulwersowania do końca wychylają wskazówki. Po emisji „Śmierci w komisariacie” wiele osób zgłosiło się do mnie z kolejnymi tematami. W miarę możliwości staram się wszystko zweryfikować, ale to oczywiście bardzo pracochłonne i żmudne.

Miał Pan nadzieję, że sprawa Stachowiaka zmieni system w policji. Tymczasem nic takiego się nie stało. Poleciały jedynie głowy. Ma Pan poczucie wpływu na rzeczywistość?

Dziennikarze nie są od zmieniania świata. Powinni jedynie wskazywać obszary, w których zmiany są konieczne. Jestem optymistą i myślę, że ten reportaż w znaczący sposób wpłynął na zmiany w świadomości społecznej.

Pan ma równie optymistyczne spojrzenie na przyszłość dziennikarstwa. Uważa Pan, że jest w stanie się odrodzić, wygrzebać spod sterty śmieci, jakimi są fake newsy?

Wierzę, że właśnie teraz, w epoce fake newsów, kiedy na całym świecie publikuje się miliony mniej lub bardziej wiarygodnych informacji, przychodzi idealny czas na prawdziwy renesans dziennikarstwa. Wierzę w to, bo tak się powoli zaczyna dziać na zachodzie, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, gdzie ludzie coraz częściej zwracają się ku poważnym mediom o ugruntowanej pozycji. Szukają latarni na oceanie półprawd. Nie jest największą sztuką być pierwszym i podać sensacyjną informację. Odbiorcy oczekują, że dostaną informację wiarygodną i zweryfikowaną. Że ktoś poświęcił wiele czasu i uwagi na to, aby dojść do prawdy. W świecie coraz bardziej podzielonym, rozhuśtanym i rozedrganym, właśnie dobre, uczciwe i rzetelne dziennikarstwo się odrodzi. Jestem o tym przekonany.

Ale świat, jak Pan trafnie zauważa, jest głęboko podzielony. W Polsce także. Jak Pan ogląda różne telewizje – od TVN przez Polsat po Telewizję Polską – nie czuje Pan, jakby dziennikarze uczestniczyli w innych wydarzeniach?

Niestety tak. Ja staram się czytać i oglądać wszystko. Samemu wyrabiać sobie zdanie. Jednak drastycznie odmienne opisy tej samej rzeczywistości mogą wprowadzać widzów w stan schizofrenii. Można czasem odnieść wrażenie, że to były relacje z całkowicie odmiennych wydarzeń. Tymczasem dziennikarze byli dokładnie w tym samym czasie i miejscu. Oczywiście każdy filtruje to, co widzi, i w czym uczestniczy, przez swoje wewnętrzne filtry, bazuje na swoich doświadczeniach i na tym co przeżył i czego doświadczył. Ale Polska pękła na pół. Nie mam pomysłu, co z tym zrobić, ale niedobra jest taktyka okopywania się i rozmawiania wyłącznie z ludźmi, którzy myślą tak samo jak my. Na tych, którzy myślą inaczej, często nawet się nie oglądamy. Czasami tylko ktoś rzuci granatem w kierunku wrogiego obozu i chowa się ponownie do swojego okopu. To do niczego nie prowadzi. Znam wielu wartościowych dziennikarzy, którzy pracują po jednej i drugiej stronie barykady. Chciałbym, abyśmy znowu zaczęli ze sobą rozmawiać, komunikować się, bo w gruncie rzeczy poświęcającym się temu zawodowi dziennikarzom chodzi o to samo - łączy ich ciekawość świata i chęć jego zrozumienia.

Żeby nie było aż tak pesymistycznie, zauważam od niedawna, że obliczu zagrożenia, które dotyczy dziennikarstwa jako takiego albo całego środowiska, potrafimy się jednak na chwilę zjednoczyć. Pamiętam, że kiedy sąd zwolnił mnie z tajemnicy dziennikarskiej w związku ze sprawą Stachowiaka, wyrazy oburzenia i wsparcia przychodziły z różnych, niespodziewanych często stron. To budujące. Podobnie jest z najwyższą w historii karą nałożoną na TVN przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Głosy oburzenia i wsparcia dobiegają z przeróżnych redakcji.

Myślę, że my dziennikarze wbrew pozorom co do pryncypiów, zasad i fundamentalnych wartości, jednak się zgadzamy. Może wokół tego środowisko powinno się jednoczyć?

Chciałbym dialogu i może nie trzypasmowej estakady, ale chociaż małego pieszego mostu nad kanionem, który dzieli polskich dziennikarzy.

Może więc powinien Pan zacząć od pójścia na piwo z reporterem TVP Info. To dosyć naiwne, idealistyczne.

Jestem młody i myślę, że trochę naiwności i dziecięcej ciekawości w zawodzie reportera potrzeba. Przyjaźnię się z kilkoma osobami pracującymi w TVP. Bardzo lubię i cenię Arletę Bojkę, z którą wielokrotnie podróżowałem, Tomka Wolnego czy mojego poprzedniego szefa – Kubę Sufina. Zdarzyło mi się nawet wypić z nim w lecie piwo. Będzie dobrze, żyjemy w bardzo ciekawej i wymagającej rzeczywistości. Dzisiaj jeszcze bardziej potrzeba przyzwoitych, rzetelnych i ciekawych świata dziennikarzy.

Dlatego wierzę w rozkwit dziennikarstwa. W jego renesans. Z dnia na dzień z roku na rok, żyjemy w coraz bardziej skomplikowanym świecie i poprzez rzetelną informację możemy ludziom ten świat tłumaczyć. 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl