BŁAŻEJ TORAŃSKI: Ile razy sprawdzała Pani dzisiaj stan swojego konta w Internecie?

EWA KALETA: O Jezu, od kilku dni nie sprawdzałam, bo wiem, że nic tam nie ma i nie chcę tego widzieć. Nie chcę wpadać w stan histerii, kiedy brakuje mi pieniędzy i sprawdzam, czy przelew przyjdzie tego dnia czy następnego. Z przyjaciółmi reporterami i bezrobotnymi aktorami, którzy także nie mają pieniędzy, śmiejemy się ironicznie nad swoim losem. Czasami przychodzi mi jednak do głowy, że może nie powinnam się tak obnosić ze swoją biedą. 

W grudniu napisała Pani na Facebooku: „Kiedy napiszę reportaż nie wiem, ile mi za niego zapłacą i często nawet, kiedy dokładnie – żyję w poczuciu, że na moje miejsce jest kilkanaście osób i jestem wymienialna, jak suwak w spodniach (…)”. Z taką myślą zbudziła się Pani dzisiaj rano?

Nie, z dobrą myślą o sobie, że jestem reporterem wobec innych ludzi, ale też wobec siebie samej. Zdałam raport z tego co dzieje się w naszym środowisku. Pierwszy raz w życiu zrobiłam coś naprawdę odważnego. Tym postem na Facebooku po raz pierwszy wystąpiłam w swoim interesie. Uwolniłam się, otworzyłam głowę, wypowiedziałam na głos prawdę o problemach całego środowiska.

Wykrzyczała ją Pani.

Dokładnie tak. Odsłoniłam się ze swoimi słabościami. To wyzwoliło mnie i odblokowało.

Czuła się Pani spięta?

Przez ostatni rok miałam problemy z wymyślaniem tematów i z tego powodu cierpiałam. Byłam zestresowana. Trzymałam to w sobie. Mało zarabiałam, bo stawki za teksty w ostatnim roku mocno spadły. Po wypowiedzi na Facebooku zaczęły mi do głowy przychodzić różne pomysły, ale i ludzie wokół zaczęli mnie budować, mówić, co dobrego myślą o moich tekstach. Wiele się we mnie wyklarowało. Przerwałam wewnętrzną zmowę milczenia. Kiedy człowiek nagle zaczyna zarabiać małe pieniądze, to zaczyna też gorzej myśleć o sobie i o swoich kompetencjach. Myślę, że wiele osób współpracujących z redakcjami, ma poczucie, że nie mają zbyt wielu praw. Nie zauważyłam nawet, kiedy stałam się niewolnikiem w swojej własnej głowie, chciałam godnie przejść kryzys z redakcjami, z którymi współpracowałam i nie skarżyć się. Chciałam być lojalna. Ale brak kasy na dłuższą metę degraduje i tę sferę.

Zwykłym wpisem na Facebooku pomogła Pani sama sobie, przeszła katharsis. Ale czy wydawcy chcą z Panią jeszcze rozmawiać?

Chcą. W redakcjach, z którymi współpracowałam, czuję pozytywny klimat. Niektórzy docenili mnie za to, co powiedziałam na głos. Czuję ich wsparcie, generalnie duże wsparcie całego środowiska. Obawiałam się, że redaktorzy mogą się poczuć zaatakowani. Tymczasem wspierają mnie. To znaczy, że problem dotyczy nas wszystkich. Nie poczułam się przez nikogo zgaszona.

„Nie przestanę pisać o wyzysku pracowniczym, który dotyczy innych ludzi. Ale nie przestanę też mówić o wyzysku, który dotyczy też mojego środowiska”. Pani często pisuje o wyzysku, jak w reportażu wcieleniowym „Test gołębia” o sprzątaczkach. Jako reporterka bez etatu czuje się Pani wykorzystywana?

Mam poczucie, że redakcje płacą za mało, niepokoją mnie też zasady traktowania freelancerów. Myślę, że jest między nami mało porozumienia. Mało o sobie wiemy. Jako freelancerzy czujemy się od wszystkich zależni. Chyba nie zawsze redaktorzy zdają sobie z tego sprawę. Co więcej, my współpracownicy, często nie wiemy z jakich praw możemy korzystać. Nie znam twarzy osób, które decydują o systemie, w którym jestem. Żyją w nim także redaktorzy. Ich historie są podobne do mojej. Dziś jesteś redaktorem, za chwilę możesz wrócić na freelans. Zresztą często słyszę od różnych redaktorów: chcę wrócić na freelans, bo na etacie nie mam czasu na pisanie, nie wyrabiam się.

Wierzę jednak, że wreszcie od kogoś uzyskam odpowiedź na pytania, dlaczego tak się dzieje, że zarobki są niskie. Chcę porozmawiać z ludźmi, którzy są na styku biznesu i zarządzania gazetami. Z tymi, którzy podejmują decyzje o obcinaniu stawek, którzy mają do czynienia z pieniędzmi, ale jednocześnie mają świadomość, że to przekłada się na pracę dziennikarzy i na ich życie, na funkcjonowanie całej gazety. Oprócz tego, że mnie to nurtuje z powodu moich zarobków, też jestem ciekawa, co ci ludzie mają w głowach, co oni o nas wiedzą.

Tymczasem ciągle słyszy Pani, że w mediach jest kryzys. „Zdałam sobie sprawę, że nie umiem zarabiać pieniędzy. Przyjęłam założenie, że czeka mnie skromne życie. Jestem z tym pogodzona. Kręci mnie romantyczna wizja, że spełniam swoje ambicje i że daje mi to wielką wolność” powiedziała Pani w wywiadzie dla portalu Narodowego Instytutu Audiowizualnego. Kiedy przychodzi Pani płacić rachunki za czynsz, prąd, gaz, nadal czuje się Pani wolna?

Stresuję się swoją sytuacją finansową, bo przeważnie żyję na kreskę. Pożyczam od przyjaciół. Mam systemy opłacania rachunków. Ale nie zmienia to mojego przekonania, że pisanie reportaży ma sens. Brak pieniędzy dołuje mnie, ale nie ogranicza mojego poczucia wolności. Czuję, jak ostatnio, że stoję pod ścianą. Ale, jak stoję pod ścianą, to przychodzi mi do głowy taka myśl: może by tę ścianę opisać w reportażu?

Pożyczone pieniądze trzeba oddać.

No tak, ale tak sobie myślę, że może wyjadę za granicę. Popracuję, zarobię i jeszcze o tym napiszę. Nie spuszczam z tonu. Uparłam się, że będę pisać reportaże i chcę to robić.

Nie może się Pani umawiać na stawkę minimalną?

Nikt tego nie musi przestrzegać. Ustalałam kilkakrotnie minimalną stawkę i łamano tę zasadę.

Nie dotrzymują słowa?

No tak. Często. Tłumaczą, że coś się zmieniło. Że to nie ich wina. Że nie mają na to wpływu. Że sami nie wiedzą, jak to się stało. Że doszło do zmian kadrowych. Opadają mi ręce. Nie mam nawet siły się kłócić.

Sytuacja wygląda tak: ktoś umówił się ze mną na 500 zł za reportaż. Potem przychodzi do mnie rachunek i tam jest 300-200 zł. Piszę maila i pytam, co się stało. Dostaję odpowiedź, że redaktor nie miał na to wpływu. No i co ja mam zrobić? Odesłać te 300 zł? Szukać winnego? Poczekać na następny miesiąc rozliczeniowy? Mogłabym, tylko, że ja bardzo potrzebuję kasy i koniec końców biorę 300 zł i mówię „spoko” przez zęby.

Brakuje Pani asertywności? Odpuszcza Pani, mając świadomość, że na Pani miejsce jest kilkunastu chętnych?

Wiele razy odpuszczałam. Nie walczyłam o stawkę, choć czasami było to kilkaset złotych mniej, jak w jednej z redakcji, gdzie ostatnio stawki za reportaż spadły z 900 zł do 200 zł. Brałam na siebie więcej pracy i myślałam, że to zniosę. Nigdy nie weszłam na taki poziom, aby powiedzieć: „Płaćcie mi tyle i tyle, bo inaczej nie będę u was publikować”. Za bardzo zależy mi na pisaniu. Jest to dla mnie ważniejsze od pieniędzy. Taki jest mój świat wartości. Niestety, wewnętrznie mnie to zablokowało. Czułam, że się wypaliłam. Nie mogłam ruszyć z żadnym tematem. Załamałam się. Po nominacji w konkursie „Newsweeka” dla reportażu „Test gołębia” wysłałam do tej redakcji mejl. Napisałam, że nie mam pracy, sytuacja na rynku jest zła i chciałabym złożyć propozycje tematów reportaży. Liczyłam na jakieś konsekwencje nominacji, że skoro mnie doceniono, to może będą chcieli mój reportaż. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. To mnie rozczarowało.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl