BŁAŻEJ TORAŃSKI: Powietrze jest lepkie i pachnie siarką, temperatura dochodzi do minus pięćdziesięciu, a śnieg jest … czarny. To wszystko w Norylsku, jednym z najbardziej wysuniętych na północ miast  świata. Napisałeś, że „Norylsk nie mógłby istnieć nigdzie indziej na świecie”. Na czym polega jego unikatowość?

MARCIN MAKOWSKI: Chodzi o pogoń za zyskiem, brak szacunku dla zdrowia  człowieka i heroizm, na który stać tylko Rosjan. Potrafią oni całkowicie się poświęcić i wykonywać czynności nie pojęte ludzkim rozumem. Tak zdefiniowałbym Norylsk, miasto, które zagospodarowało niemal cały rynek niezwykle rzadkich w skorupie ziemskiej pierwiastków, wykorzystywanych w elektronice lub broni jądrowej.

Największym bogactwem tego regionu są nikiel, platyna,  pallad, ale także tellur, iryd, hafn.

Przerabiają 45 proc. światowych zasobów palladu, 40 proc. platyny, 35 – niklu, 15 – kobaltu i 10 proc. miedzi. Dla ich wydobycia Rosjanie nie zbudowali jednak osad górniczych – ze zmieniającą się co dwa tygodnie załogą, jak to się dzieje w innych krajach półkuli północnej, w Kanadzie czy w Norwegii – tylko wznieśli, trzysta kilometrów za kręgiem polarnym,  prawie dwustutysięczne miasto. To nie tylko moja opinia, że Norylsk nie mógłby istnieć nigdzie indziej na świcie poza Rosją. To jest fakt. Nie ma takiego drugiego miasta na świecie.

Nie masz wrażenia, że ta nieludzka ziemia przypomina Dziki Zachód Ameryki Północnej, zdobywany przez poszukiwaczy złota?

Historia Norylska ma rys merkantylny. Od 1921 roku ściągają tam ludzie, aby się wzbogacić. Dostają trzy razy wyższą pensję, aniżeli w głębi Rosji i dodatek do renty za wysługę w warunkach arktycznych. Ale ma też rys tragiczny. Miasto zbudowali niewolnicy.

Więźniowie polityczni?

Norylsk był w sieci gułagów. Szacuje się, że przy jego budowie zginęło ok. 20 tysięcy więźniów. Katorżniczą pracą wycinali drzewa. Nie ma tam żadnej zieleni, parków, pojedynczych drzew. Przez kolejne lata mogło być, jak na Dzikim Zachodzie: ściągali ludzie mamieni złudną obietnicą szybkiego zysku.

Norylsk nie powstałby, napisałeś, gdyby nie „ludzka żądza posiadania i możliwość jej zaspokojenia”? Miałeś na myśli żądzę władzy, sowieckiego imperium?

Tak było, ale od lat nikt nikogo nie zmusza, aby tam zamieszkał i pracował. Rosjanie rozumują jednak tak: „Przyjadę na kilkanaście lat, pomęczę się, ale potem będę żył jak król w ciepłych krajach”. Dramat tego miasta polega na tym, że w przeszłości ludzie nie mieli wyboru. Teraz, kiedy mają wybór, ukrywa się przed nimi konsekwencje życia w zanieczyszczonym środowisku. Powietrze jest lepkie, ma zapach siarki, nad blokami unoszą się chmury grubego smogu, śnieg potrafi być czarny. Przy ekstremalnych temperaturach – od minus pięćdziesięciu do plus trzydziestu – kurczą się naczynia włosowate w płucach i gdyby ludzie chcieli zmienić na starość klimat na ten pod palmami, będzie to dla nich groźniejsze, aniżeli pozostanie do końca życia na północy. W komunistycznych blokach z wielkiej płyty ludzie nigdy nie zakręcają kaloryferów, bo nagle w maju może nadejść mróz i wysadzić w nich wodę. Ludzie stale mają włączone światła, zwłaszcza w czasie dwumiesięcznej nocy polarnej.

Jaka jest tam zima? Zaczyna się od napływu lodowatego wiatru zwanego „Cziornaja purga”?

Brzmi to, jak z dramatycznej, apokaliptycznej powieści. Nadciąga wiatr, którego prędkość sięga dwustu kilometrów na godzinę. Zima jest tam ekstremalna z perspektywy jakiegokolwiek miasta na świecie. Bloki wznosi się na betonowych palach, aby śnieg, tworzący zaspy sięgające trzeciego piętra, nie zasypywał mieszkań. Widziałem to na reporterskich zdjęciach, wypytywałem o to ludzi przez Internet.

W czasach imperium sowieckiego Norylska nie było na mapie.

Nadal jest miastem zamkniętym. Nie łatwo tam wjechać. Potrzebna jest specjalna zgoda. Przez lata pełnił rolę strategiczną, wymazany był z mapy, jakby go w ogóle nie było. W rejestrach podawano tylko numer skrzynki pocztowej – 224 – gdzie napływała korespondencja państwowa. Jeśli ktoś nie ma charakteru z żelaza, wyjeżdża stamtąd lub popada w depresję, w konsekwencji popełnia samobójstwo. Nie dość, że rzadko docierają tam promienie słońca, światło, okna często zasypane są śniegiem. Ludziom mieszają się pory dnia i roku. Jest to malownicze, ale dramatyczne.

Ludzie są tam zawieszeni między bezsennością a depresją?

Tak widzą swoje życie w Norylsku. Elena Czernyszowa, autorka fotografii artystycznych opowiada, że najgorzej czuła się w czasie dwumiesięcznej nocy polarnej. Ciągle zmęczona, nie mogła zasnąć, jej ciało nigdy się nie budziło. Nękał ją strach o to, że światło nigdy nie wróci. Życie jest tam pod każdym względem ekstremalne. Nie ma nawet przestępczości, bo nie ma jak uciec. Miasto otacza wieczna zmarzlina, tajga, roślinność syberyjska. Do lotniska i portu Dudinka nad Jenisejem przez sto kilometrów biegnie jedyna asfaltowa droga. Dlatego ludzie są zawieszeni między depresją, bezsennością, a hiper aktywnością  w ciągu lata, kiedy ciągle świeci słońce. Żyją w emocjonalnej hiperboli. Równocześnie, jak w rezerwacie komunizmu, obchodzą rocznice wojny ojczyźnianej i składają wieńce pod pomnikami Lenina.

O czym marzą?

Bardzo chciałbym polecieć do Norylska i o to zapytać. Przede wszystkim dowiedzieć się, jak znoszą przygniatające życie. Myślę, że każdy z nich chce tylko coś przeczekać, załatwić swój interes i uciec. Równocześnie mają: Internet, kino, teatr, bibliotekę, wyższą uczelnię i meczet. Chciałbym ich także zapytać, czy zdają sobie sprawę, że mogą wprawdzie wyjechać z Norylska, ale on zostanie w nich do końca życia. Bo tego zanieczyszczenia środowiska z organizmu nie da się już za żadne pieniądze usunąć. Ci ludzie za trzy razy wyższe pensje płacą nie tylko czasem, ale swoim życiem. Czy pieniądze są tego warte? Oni, jak to w Rosji, nie do końca są świadomi, że mają alternatywę. Myślę, że w żadnym państwie na świecie nie dopuszczono by do czegoś tak ekstremalnego, do dramatu, który rozgrywa się w tle przemysłu górniczego. To jest miasto z przedziwnej galaktyki. Wygląda, jak nieudany projekt socjalizmu zakonserwowany od czasów stalinizmu, jak wieczna zmarzlina, z której czasami odkopuje się kości mamutów. Nikt normalny nie zbudowałby takiego miasta dla ludzi, którzy wcale nie muszą tam mieszkać.

Tekst zbudowałeś na materiale czerpanym z sieci. Czy nie łatwiej było poprosić redaktora naczelnego „Do Rzeczy” o delegację i bilet?

Nie wystarczy tam wylecieć, kupując bilet. Aby wjechać do miasta potrzebna jest zgoda Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rosji. Przekonanie Rosjan, że celem nie jest szpiegowanie. Trudno się tam dostać. Spędzenie w Norylsku nocy polarnej może jednak przynieść reportaż i książkę życia. Tego nie dałoby się porównać z jakimkolwiek moim doświadczeniem dziennikarskim.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl