Skąd pomysł na cykl rozmów z poetami - „Wiersz jest drogą”?

Podobno wszystko, co robimy w życiu, świadczy o nas. Ja już od bardzo dawna szukam takich tropów poetyckich i to nie tylko w literaturze, ale w obrazie, dźwięku, pejzażu – krótko mówiąc - w otaczającej mnie rzeczywistości. Jeśli się na nią otwieramy, ona zaczyna do nas przemawiać.

Dlaczego śląscy poeci?

Bo są znakomici. Świetnie piszą, wydają kolejne tomiki wierszy, zdobywają nagrody poetyckie, są tłumaczeni na obce języki. A nie są znowu jakoś specjalnie znani, czy rozpieszczani. Poza tym wydawało mi się, że gdzie jak gdzie, ale w telewizji publicznej należy pokazać tak wyjątkowych ludzi, którzy tworzą za pomocą słów swoje wewnętrzne światy i dzielą się nimi. 

Jak udało się wpaść na trop Aleksandra Rozenfelda?

Realizowałam film dokumentalny o Rafale Wojaczku i wówczas, jako jeden ze świadków jego życia, pojawił się Aleksander Rozenfeld. Od samego początku Rozenfeld wydał mi się człowiekiem niezwykle barwnym, z ogromnym poczuciem humoru, a przede wszystkim z ciekawym życiorysem. Bohater mojego reportażu jest polskim Żydem urodzonym w Związku Radzieckim. Później mieszkał we Wrocławiu, Warszawie, Lublinie, Złotowie, Żywcu i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze. Ciągle przemieszczał się z miejsca na miejsce. Po 1981 roku wyemigrował do Izraela. W tej swojej „ziemi obiecanej” imał się rożnych zajęć, był nawet zamiataczem arabskiego dworca. I choć – jak sam przyznał – nikt mu tam krzywdy nie robił, jakoś dłużej w Izraelu wytrzymać nie mógł. Powód? Jest poetą, a kogo tam obchodziły jego wiersze? W jednym z nich napisał: „cóż z tego, że wszystko można powiedzieć, kiedy i tak nikt nie słucha twojego mówienia, nikt nie słucha twojego pisania, a twoja Polska jest zaledwie małym guzikiem przy ogromnym garniturze Europy, Azji i Oceanii”. Stąd zapewne decyzja o powrocie do Polski, przez Watykan, gdzie był gościem Jana Pawła II, ale to już inna opowieść. A zatem z jednej strony nietuzinkowy życiorys, a z drugiej świetne wiersze. Aleksander Rozenfeld nie należy do grupy poetów introwertyków. To poeta, który lubi się otwierać i mówić o sobie w sposób naturalny i interesujący. I tak powstał ten pierwszy odcinek.

Przed pierwszym odcinkiem „Wiersz jest drogą” był już wcześniej zamysł o cyklu o śląskich poetach?

Oczywiście! Powstało osiem odcinków dla Telewizji Katowice. To była piękna praca, miałam wrażenie, że podczas realizacji unoszę się kilka centymetrów nad ziemią! Ale to też było wyzwanie: jak przełożyć poezję na język obrazów i to w - krótkiej przecież - formie. Moim pomysłem była pewna asceza. Skupiliśmy się na sprawach najistotniejszych, próbowaliśmy dotknąć tajemnicy. Bo poezja jest tajemnicą. Stąd również wybór czarno-białych zdjęć i precyzyjne operowanie światłocieniem.

Bohater w reportażu powiedział: „Moim światem jest język”. Dlaczego „gramatyka nieobecności”?

„Gramatyka nieobecności” to tytuł taki trochę przewrotny. Właściwie cytat, jeden wers wyciągnięty z wiersza. Dla mnie ten fragment jest ważny i symboliczny, bo z jednej strony mamy język, poprzez który bohater się poetycko wypowiada, ale z drugiej - właśnie ta „nieobecność”. Rozenfeld odzwierciedla mit Żyda-Wiecznego Tułacza, wszędzie był, ale nigdzie na dłużej nie zagrzał miejsca. W końcu wybrał swój kierunek i wrócił do Polski. Przecież tylko tutaj może pisać o tym, o czym myśli i co mu leży na sercu. Warto podkreślić, że po powrocie do Polski Rozenfeld przyjął chrzest i to też jest bardzo wymowne.

Jaka jest gramatyka, język współczesnego dziennikarza- dokumentalisty?

Każdy twórca sam decyduje, w jaki sposób robi swoje materiały i jak posługuje się ową gramatyką. Z mojego punktu widzenia dokumentalista stara się dotrzeć do prawdy i zbliżyć do bohatera, ale nie powinien go oceniać, czy zakładać z góry jakiejś hipotezy. Moi bohaterowie są dla mnie ważni, jestem po ich stronie. Jak mogłabym nie być! Przecież wpuścili mnie do swojego świata! Rozmawiając o filmie dokumentalnym należy jednak pamiętać, że nie jest on „dowodem prawdy”, jakimś „obiektywnym” dziełem. I nie może być.  Zresztą, już od połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy próbowano zdefiniować ten gatunek, wszyscy, którzy się nim zajmowali - i praktycznie, i teoretycznie -  wiedzieli, że nie jest to „świadectwo prawdy” i że tu się bardzo często inscenizuje. Film dokumentalny jest kreacją. Kiedy zadaję bohaterowi pytania, wybieram miejsca zdjęć, ustawienia kamery, ujęcia do montażu to przecież ja odciskam na tym filmie swój autorski ślad. Ale czyż przez takie kreowanie rzeczywistości nie możemy dotrzeć do prawdy? To się w żaden sposób nie wyklucza. Nie mówię tu, oczywiście, o celowym odkształcaniu, czy wręcz zakłamywaniu rzeczywistości. Autor w procesie tworzenia musi być uczciwy nie tylko wobec siebie, ale przede wszystkim wobec odbiorców, którzy będą oglądać film. Tak samo musi być uczciwy wobec bohatera. Zawsze uważałam, że moment spotkania z człowiekiem, który znajduje się po drugiej stronie kamery i który nam ufa to wielka świętość. W tej kwestii trzeba być bardzo delikatnym i przestrzegać zasad etyki dziennikarskiej, żeby komuś, po prostu, nie wyrządzić krzywdy. To fascynujący temat i można by o tym długo mówić.

Jak zatem pokazać prawdę? W filmie bohater często cytując fragmenty swojej poezji udowadnia utożsamiając się ze słowem pisanym, że z jego wnętrza wypływa prawda. Te fragmenty są niezwykle naturalne i poprzez słowo poetyckie stapiają się w jedną całość i dla mnie są świadectwem prawdy.

Bardzo istotne jest tu samo spotkanie z człowiekiem, rozmowa z nim, bycie w jego otoczeniu, przypatrywanie się temu, kim jest, jak się zachowuje, jak mówi, jakimi gestami się posługuje - to  składa się potem w jedną całość. Wracając do filmu o Aleksandrze Rozenfeldzie – obrazy, w których nabija fajkę, zapala ją, czyta wiersze, patrzy w okno, stoi gdzieś w parku, rozgląda się – to wszystko jest prawdziwe, zostało mi dane. Nie wymyśliłam tego - moim zadaniem było te fragmenty życia zauważyć, utrwalić a potem ułożyć w opowieść. A jakim pięknym obrazem jest jego twarz! Jakbym miała sobie wyobrazić żydowskiego mędrca to właśnie taki by był! Dodatkowo, cudowny wątek z córeczką, która przybiega i tuli się do niego, i widać, że to jest jego wielkie szczęście. Fantastycznie, że mogliśmy takie momenty uchwycić. Byliśmy tam i to jest ten fragment wyrwany rzeczywistości.

Zakończenie reportażu sprawia, że widz sam może sobie wiele dopowiedzieć i zinterpretować.

Tak, mamy bowiem do czynienia z trudnym losem i przejmującą poezją, ale mamy też miłość, dziecko, słońce, urodę świata. Chciałabym tu wspomnieć o dwóch ujęciach-symbolach. Pierwsze, rozpoczynające film to „podróż Rozenfelda”. Z tyłu familok, potem dziwaczne graffiti malowane na ścianie. Rozenfeld idzie i pyta, a także tłumaczy – chyba bardziej sobie, niż nam - dlaczego „tak jak inni, nie zmienił swojego oblicza”. Rozenfeld zawsze gdzieś podążał, był w nieustannej drodze. I tej rzeczywistej, i metaforycznej.

Droga – życie na walizkach. W poszukiwaniu własnej tożsamości?

Dokładnie. Ale jak on idzie? Ważny jest kierunek ruchu. W naszej kulturze czytamy od lewej do prawej. A ten „mój” Rozenfeld idzie odwrotnie! Tak to sobie wykombinowałam, bo on przez całe życie szedł pod prąd, był osobny. Jednak, pod koniec filmu, kiedy pojawia się z córeczką, to już idzie we „właściwą” stronę. Jaki z tego wniosek? Każdy może, oczywiście, sam zinterpretować te ujęcia, ale ja czuję, że to dziecko go w jakimś stopniu sprowadza z powrotem na naszą planetę. Rozenfeld już się tak nie buntuje, nie wadzi ze światem. Znalazł swoje szczęście i sens życia. Dla małej Magdy ciągle pisze wiersze. Są delikatne, przejmujące. Dlatego wymyśliłam ten drugi kadr, który - w pewnym sensie - równoważy pierwszy. Taka moja filmowa gra z widzem, wejście na głębszy poziom opowieści.

Czy można powiedzieć, że poprzez poezję docieramy do świata współczesnego? Czy udało się Pani odszyfrować kod, odnaleźć klucz do rzeczywistości poprzez poezję i kontakt z poetami?

Nie, nie mam takiego kodu, ani klucza do rzeczywistości. Zawsze odkrywam ją na nowo. Na tym też  polega uroda otaczającego nas świata. Codzienność to element niespodzianki. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy i jak życie nas zaskoczy. Na pewno kontakt ze sztuką, muzyką, czy poezją pomaga mi wiele dostrzec. Jednak kodu na rozszyfrowanie rzeczywistości chyba nie ma - jest tak zakodowana, że nigdy się przed nami nie otworzy. Myślę, że to dobrze. Inaczej życie byłoby przewidywalne i nudne, a tak  - ciągle nas intryguje.

Na czym polega fenomen warsztatu dziennikarza dokumentalisty?  W jaki sposób dokumentalista buduje narrację spoglądając na bohatera i otaczającą go rzeczywistość przez pryzmat kamery?

Powiem o sobie: staram się dowiedzieć o filmowanej rzeczywistości i bohaterach jak najwięcej. To etap nazwany dokumentacją. Od samego początku również bardzo pracują wyobraźnia i emocje. Jest też ogrom niepokoju. Wiele razy przekonałam się, jak bardzo prawdziwe są słowa, że każdy film jest pierwszym! Po latach pracy w zawodzie mam już, oczywiście, jakiś warsztat, znam reguły filmowej gramatyki, ale rutyna w filmie dokumentalnym nie jest wskazana. O wiele ważniejsze jest żeby umieć się zdziwić, chcieć ciągle szukać, patrzeć z innej strony, zadawać pytania. To dobry sposób na dotarcie do prawdy. A ponieważ tworzę filmy, przede wszystkim posługuję się obrazem. No więc po nocach myślę, jakie to będą kadry, jak w nich „umieszczę” bohatera, jak pokażę ten jego hermetyczny świat. Niezwykle inspirująca jest dla mnie muzyka, którą sama dobieram do swoich filmów. Następnie piszę scenariusz - życie zawsze go weryfikuje i dobrze! Tak ma być! To nie fabuła! A potem, krok po kroku, wchodzimy w tę przestrzeń. Muszę tu podkreślić znakomitą pracę mojej ekipy, bo przecież filmu nie robię sama. W nagrodzonym projekcie za zdjęcia odpowiadał Witold Kornaś, za dźwięk śp. Henryk Stysiński, całość montowałam z Piotrem Wróblem, a produkcją zajmowała się Krystyna Nowojska.

Dziennikarz czy dokumentalista?

Nie ma sztywnej granicy, między reportażem, a filmem dokumentalnym. Często te gatunki się przenikają. Gdybym miała jednak przeprowadzić jakąś linię demarkacyjną, to powiedziałabym, że dziennikarz bardziej operuje tym, co „tu i teraz”, pochyla się nad wydarzeniami  dnia codziennego. Często spełnia ważną funkcję społeczną polegającą na przedstawianiu ludziom tej bieżącej rzeczywistości. Dokumentalista to bardziej plan ogólny, operowanie symbolem, metaforą. Tematy, które teraz realizuję, nie są formami dziennikarskimi, ani publicystycznymi. Już jakiś czas temu zakochałam się w filmie dokumentalnym i chcę podążać tą ścieżką. Krótkie filmy z serii „Wiersz jest drogą” pokazujące poetów są zapisem pewnego stanu ich umysłu, marzeń, oczekiwań. I to też jest ważne, że oni sami czytają tu swoje wiersze, interpretują je. Dlatego spotkania z nimi mają wymiar ponadczasowy.

Kto jest odbiorcą cyklu „Wiersz jest drogą”?

Każdy. Odbiorcą jest wrażliwy człowiek. Taki, który chce się dowiedzieć czegoś o poezji – niezwykłym bogactwie, które mamy tu na Śląsku. Ktoś, kto otwiera się na działanie słowa i obrazu. A potem pójdzie z tym wszystkim dalej, swoją własną drogą. Wiersz go poprowadzi.

Fot. Maciej Knapa

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl